Ostatnio moja nastoletnia siostra znowu mnie zaskoczyła. Opowiadała mi o jakiejś tam grze komputerowej i o postaci, którą gra. Że ona wcale nie lubi walczyć tylko jest taką pomocą, która chodzi i uzdrawia i że to jest w tym najfajniejsze. I że tak spełnia swoje pragnienie bycia Wojowniczą Księżniczką. Na co ja spojrzałam na nią z lekką ironią w oku zaznaczając, że...to tylko gra komputerowa. I wtedy usłyszałam niby banalne pytanie "no to jak inaczej mam to pragnienie realizować?".
Obie czytałyśmy "Urzekającą". I pamiętam, że kiedyś wcale nie odnajdywałam w sobie takiego pragnienia, żeby 'stoczyć bitwę u boku walecznego mężczyzny'. Zdecydowanie nie. A teraz? Chyba rozumiem to całkiem inaczej. I tak też odpowiedziałam mej młodszej. Że to nie chodzi o bieganie z łukiem albo strzelanie do wrogów albo nie wiadomo co. Tu chodzi o codzienne małe walki. O bliskich, o relacje, o swoje marzenia, o swoją duszę, o Kościół, o wartości, o codzienne wybieranie bycia szczęśliwym człowiekiem...To jest nieustanne mocowanie się. I czasem mocno to czuję. Ktoś bliski tonie, a ja staję do duchowej walki o niego. Ktoś mnie oskarża, a ja bronię siebie.
Dzielna Niewiasta przepasuje mocą swe biodra,
umacnia swoje ramiona (Prz 31,17). Walczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz