Przez ostatni rok pracowałam w gastronomii. Moja "pierwsza poważna praca". Dużo nerwów i wysiłku, trochę nieprzespanych nocy, złorzeczeń, biegania w stresie, nieprzyjemnych uwag, załamanych rąk, rozbitych szklanek i talerzy. Wspaniali ludzie, rodzące się przyjaźnie, rozmowy o wierze, pasjach, związkach. Zderzenie się z całkiem innymi poglądami i charakterami. Poznawanie samej siebie w nowych sytuacjach. Wchodzenie w niewłaściwe relacje i powolne się z nich wygrzebywanie. Nauka życia. Zmiana patrzenia na świat. Pierwsza opuszczona od kilku lat niedzielna Msza. Kryzysy. Niepomalowane paznokcie i kilka nadprogramowych kilogramów. Dużo dobrych wspomnień.
I dysonans pragnień - zostać, czy uciekać? Czasem mam takie dni, kiedy jestem pewna, że czas tą pracę zmienić. Kiedy małe plusy przebywania ze wspaniałymi ludźmi są totalnie przysłonięte przez morze minusów. A potem, gdzieś między napełnianiem szklanek lodem i lemoniadą i polerowaniem talerzy, kiedy patrzę na to moje miejsce, czuję się jak w domu. I nie chcę tego zmieniać. I tak dzień za dniem, wahania. Co będzie dla mnie lepsze? Czy zmiana pracy pomoże mi jakoś lepiej swoje życie ogarnąć? Spowoduje, że zacznę mieć czas na rozwijanie siebie? Czy to tylko taka moja mrzonka i nic się nie zmieni? Czy to odważna decyzja, czy ucieczka przed tym, co trudne? I co z relacjami, które tu zbudowałam? Jak to tak... zostawić? Wejść w całkiem nowe, przerażająco nieznane?
I kiedy złe dni przeważają i wiem, że już dłużej nie chcę tak pracować, że gastronomia życia mnie nauczyła, ale sił już brak, zapada decyzja. Czas zacząć pisać CV.