Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

sobota, 28 października 2017

za dużo.

Mam takie ostatnio wrażenie, że jestem bombardowana informacjami. Że chciałabym milion rzeczy zrobić, spróbować, przeżyć. Do tego stopnia, że szkoda mi czasu na spanie.
Dziś, dzięki dostępowi do Internetu, wszelakich książek i publikacji, jednego kliknięcia myszką, tudzież wyszukiwania głosowego, mogę znaleźć wszystko i nic. Miliony informacji na temat właściwej diety - nie wiem która rzeczywiście jest właściwa. Tysiąc pomysłów na ćwiczenia w domu, ale czy ja na pewno powinnam rozciągać plecy? No i oczywiście info na temat mojej choroby, im dłużej czytam, tym bardziej jestem przekonana, że mam raka i zaraz umrę. Widzę, że jest bardzo dużo śmieci, bzdur, bełkotu. Pewnie dużo ludzi czyta i wierzy. Nic dziwnego, ja też się w tym gubię.
Każdy może zacząć publikować i wysyłać swoje przekonania w sieć. Herezje, spostrzeżenia, wątpliwości, przeżycia. Jak my - niby dla siebie a jednak nie. Niby piszę o tym co mnie porusza, a liczę, że Tobie też da do myślenia.
No i żeby się sprzedać, istnieć, dostać nową pracę, liczyć się wśród ludzi, musisz, nie, że możesz, musisz istnieć online. Więc pilnuję się co udostępniam, jakie zdjęcia wrzucam, jakie opinie wygłaszam, zwłaszcza że łatwiej się to robi online, mając wrażenie anonimowości (nie do końca jest to prawdą). Sama sobie robię jak najlepszy PR - kto wie, co za kilka lat będę chciała w życiu robić?
I mam takie wrażenie, że przez to, że czytam o takich możliwościach, o podróżach, o szyciu, o rowerze, o pomyśle na biznes, o zakładaniu start up'u, o pływaniu i nie wiem czym jeszcze, chce wszystkiego spróbować. Chcę obejrzeć te wszystkie filmy, które polecacie, chce przeczytać te wszystkie książki, których zapowiedzi dostaję codziennie w newsletterze.
Nie da się. Za dużo tego jest.
Więc chyba przydałby się minimalizm w życiu online. Fejsbuk tylko do komunikacji i sprawdzaniu ogłoszeń wspólnotowych. Instagram tylko do czerpania inspiracji rozwojowych. Kursy online szycia - sprawdzone (pani z Burdy na Youtube jest super!). Medyczne porady tylko u lekarza - twarzą w twarz. Trening z instruktorem, w odpowiednio zaawansowanej grupie. Książka w tramwaju czytana - tylko dobra, nie ma co czytać miernoty (już wykasowałam z Kindla początkujących autorów próbujących opowieści o piciu wódki), czas wypisać się z newsletterów portali sprzedających e-booki - wejdę tam jak skończę czytać to co teraz czytam). O diecie kupiłam sobie książkę. A z racji blokady w pracy nie słucham już muzyki z Youtube, choć tej muzyki to jednak mi żal.
Widzę, że za dużo mam życia online, a równocześnie chcę to wyrównać życiem w realu co kończy się niedospaniem. Za duża ilość informacji przygniata, za dużo pokazuje informacji, za duży robi mętlik w głowie. 
A jak Ty sobie z tym radzisz?

niedziela, 15 października 2017

Nic co mam, nie jest moje.

Polecam Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa. Jestem pod ogromnym wrażeniem! Każdy rozdział daje tyle do myślenia, że mówić by o tym można było godzinami. Jedna myśli chodzi za mną jednak jakoś szczególne. Posiadanie.
Tak często mówimy, że coś jest NASZE. MOJA Mama, MOJA przyjaciółka, MOJA praca, MOJE pieniądze, MOJE auto, MÓJ czas, MOJE życie. Moje, moje, moje. A przecież tak naprawdę, nic z tych rzeczy nie należy do mnie.
Nie wybrałam moich rodziców, ani momentu w którym się narodziłam. Nie mam też żadnej władzy nad tym, ile chwil przeżyję. Mogę sobie planować MÓJ wolny czas, ale nie mam wpływu na te wszystkie niespodziewane rzeczy, które mogą się zdarzyć i pokrzyżować MOJE plany. Ludzie, którzy są mi bliscy, są wolni, mogą odejść kiedy chcą. Nie są moją własnością. To zmienia perspektywę. Zaczynam widzieć, że to wszystko jest DAREM. Bezinteresownym. Z miłości. To rodzi wolność. Przestaję kurczowo się chwytać tego, co nazwalam swoim. Przestaję się bać, że stracę. Przyjmuję z wdzięcznością. Każdy dzień, przyjaciół, rodzinę. I wiem, że prawdziwym właścicielem jest ON. I ja cała należę do Niego.
Nagle przypowieść o robotnikach w pańskiej winnicy nabiera sensu. A te wszystkie materialne rzeczy, które kupiłam, o których mogę powiedzieć, że są moimi, traktuję jak narzędzia dane robotnikom do uprawy winorośli.
Niesamowicie uwalniająca jest świadomość tego, że tak naprawdę nic nie mam. I jednocześnie nie muszę się o nic martwić, bo Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem, to On mój los zabezpiecza (Ps 16, 5).