Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

środa, 30 grudnia 2015

O umieraniu.

Wiem, wiem, mamy okres Bożego Narodzenia, a ja tu z takim tematem? Cóż....nie znamy dnia ani godziny. Byłam wczoraj na pogrzebie Osoby, którą widziałam kilka razy w życiu, ale z którą wiążą mnie tak zwane więzy krwi. I szczerze mówiąc, nie sądziłam, że jakoś bardzo mnie to poruszy. A jednak.
Pierwszy raz przeżywałam pogrzeb mając w perspektywie niebo. I kochającego Ojca, który czeka. I dotarło do mnie, że roniąc łzy, tak naprawdę nie płaczemy nad osobami, które odchodzą, ale nad nami. Opłakujemy naszą samotność. Wylewamy żal, złość, niezrozumienie. Bo przecież temu, który odchodzi, jest już dużo lepiej. Niewyobrażalnie lepiej.
Zaczęłam myśleć o moim odejściu. Czy to lekko niepoważne w tak młodym wieku wybierać czytania na swój pogrzeb? Może. Ale chciałabym, żeby to "ostatnie pożegnanie" było pełne nadziei i mocy. Żeby wybrzmiało Słowo pełne radości, mówiące o tym, że błogosławieni, którzy w Panu umierają - już teraz. Zaiste, mówi Duch, niech odpoczną od swoich mozołów, bo idą wraz z nimi ich czyny. I o tym, że Pan pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Żeby wybrzmiała Boża obietnica: wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę od swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia!  
Więc tak. Wybrałam już czytania i pieśni na swój własny pogrzeb. Żeby zostawić moich bliskich pełnych nadziei. A jak będzie, to się kiedyś okaże.

niedziela, 20 grudnia 2015

taka niedziela.

Taka dziś niedziela na rozmyślania. Oglądałam wczoraj film October baby opowiadający o dziewczynie, która przeżyła aborcję. Film bardzo dobry, polecam. Podobno miał pełnić funckję terapeutyczną dla kobiet, które dokonały aborcji. A mimo wszystko porusza też inne kwestie.
Mnie niezmiernie poruszyła relacja ojciec-córka, która wbrew pozorom nie jest tam przypadkowa.
I zasypiałam wczoraj z taką myślą - prośbą, że chciałabym takiego ojca dla moich dzieci, coby córki uwielbiał i kochał jakby były księżniczkami.
I chyba to nie przypadkiem na ten film trafiłam. Kilka dni temu miałam włączonego Youtuba i nie wiem czy to była reklama czy co (nie mogę tego odnaleźć a chciałam linka wrzucić), ponieważ leciał on w tle a ja pracowałam. Ale przeleciało mi przez ucho i zapadało w pamięci. Jakaś kobieta opowiadała o swoim pierwszym pobycie w Paryżu. Miała 8 lat i pojechała tam ze swoim ojcem. Pojechali tylko we dwoje, po to by na zawsze zapamiętała "że to ojciec jest tym który kocha ją najbardziej, na zawsze i niezależnie od tego co się wydarzy". Wzrusza? A może smuci?
No właśnie. Tak sobie czasem myślę, że ja mam tak bardzo dużo rzeczy niepoukładanych w swoim życiu...
Ale przypomniała mi się dziś w kościele środa popielcowa sprzed kilku lat. Kiedy tak strasznie płakałam i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, bo znów się czułam oszukana, że ktoś zachowywał się jakby mnie kochał, a jednak wcale nie chciał ze mną być. I stałam przed krzyżem i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. I usłyszałam wtedy słowa No co Ty ryczysz? Przecież Ja Cię kocham. I nigdy nie przestanę. Do dzisiaj płaczę jak o tym myślę. Nikt nigdy przenigdy nie kochał tak jak On. Aż do śmierci.
No i co płaczesz? Do przodu trzeba iść.

sobota, 28 listopada 2015

za progiem.

Ostatnio różne wydarzenia zmusiły mnie do chwili zadumy.
Praca, co naszym życiem chyba być nie powinna. A mimo wszystko tak dużo czasu to zajmuje... że ciężko nie mówić, że się tym żyje. A jeszcze gdy się lubi to co się robi...
Ale. Po pierwsze. O emocjach w pracy chciałam napisać. Bo bardzo często się zdarza, że męczą nas różne rzeczy, że mamy gorszy dzień, że coś się w życiu nie układa. I przychodzimy z tym do pracy. Zostawiać to za progiem czy nie?
Wszak mówi się, by pracy do domu nie nosić (tak zdrowiej!). To domu do pracy też nie, prawda?
I jest to trudne. Bo tworząc zespół (zgrany bardziej lub nie) bardzo na siebie oddziałowujemy. I ktokolwiek z nas przyjdzie w złym humorze, albo nie będzie się odzywał przez pół dnia, albo rzucał o wszystko... oddziałowuje na całe ciało. I z jednej strony chciało by się temu komuś pomóc, jakkolwiek ulżyć. A z drugiej zaczyna się człowiek denerwować (a może to brak cierpliwości?), że jest narażany na dodatkowe obciążenia, na oddziaływanie trudnych spraw innych. I choć mnie to bardzo boli, to wiem, że ja czasem też przychodzę z tym wszystkim co mnie w życiu dotyka do pracy. I że choć nie chcę nikogo obciążać tym, co boli mnie, to nie potrafię. I jestem po tej drugiej, "przeszkadzającej", stronie.
I są takie dni, że chciałoby się rzucić wszystko i powiedzieć: "chodź, idziemy gadać, nie mogę patrzeć jak Ty cierpisz". A nie ma jak, nie ma kiedy, jest pełno roboty.
I pojawia się druga kwestia, chyba najważniejsza.
Kto/co jest tu najważniejsze? Czy drugi człowiek czy praca?
Więc chyba trzeba być przede wszystkim sobą. Może to wraz z doświadczeniem zawodowym przychodzi... lekkość oddzielania życia od pracy lub zobojętnienie na mieszanie się tych dwóch światów? Pozostawiam to bez odpowiedzi i do ewentualnego przemyślenia.

niedziela, 15 listopada 2015

zapomnienie...

Już drugi raz mam w głowie przygotowanego posta... już drugi raz nie dam rady go przelać na papier... zapomniałam...
a miało być do myślenia. i jest. myślę, myślę intesywnie. nie przypomnę sobie!
i czuję się zmęczona. tym że ciemno jest szybko. że mokro. że smutno.
że trudno jest dziękować za każdy dzień.
w zapomnieniu łatwiej. byle się zająć byle nie myśleć. choroba dzisiejszego świata?
chyba następnym razem zacznę notować to co chcę przelać na literki....

Po dzisiejszym kazaniu zostały mi pytania. Też do Ciebie.
Czy dziękujesz Mu za to że stworzył Cię tak cudownie? Widzisz to? Że On pragnie jak najlepiej, pragnie Twego szczęścia?
Popatrz ile wokół nas dobra, ile dobrych ludzi mamy na swej drodze. A gdzie ich prowadzisz? Świadczysz im? Ja czasem nie umiem, nie mam siły.
Reszta pytań zapomniana.
A jak niedziela?
Leniwa. Spokojna. Odpoczynkowa. Wreszcie. Bo tydzień będzie jak zawsze - intensywny.


niedziela, 8 listopada 2015

Trudne dni.

Czasem się zastanawiam, czemu mówimy o trudnych dniach kobiety w momencie kiedy dostaje okresu. Tak jakby jasne, jest to trudne, bolesne, czasem nawet przez dwa tygodnie chodzę zła i rozdrażniona.
Ale moje trudne dni są zupełnie kiedy indziej. Moje trudne dni to dni płodne.
Umieram wtedy z tęsknoty za dotykiem, mogłabym się do kogokolwiek przytulać. Każdy gest ze strony męskiej ma dla mnie podtekst. To taka moja comiesięczna walka z czystością.
I tu się pojawia pytanie czy to naprawdę ma sens? A jeśli już będę w poważnym związku, będziemy wiedzieli że to na zawsze? Po co czekać?
Walka o czystość jest niezmiernie trudna. I ważna. To taka nauka okazywania sobie miłości. I wierności sobie.
Tak, chcę być wierna mojemu mężowi i chcę by on był wierny mi. Czy dam radę? Nie wiem. Ufam że z Nim tak.

niedziela, 1 listopada 2015

Obłudnicy.

Ależ tu pusto i głucho. Hej, wracamy? Nie dajmy się chorobie "nie-mam-czasu"!

Dużo trudnych rzeczy się we mnie ostatnio rodzi. Takich bolących i uwierających, jak kamyk w bucie. Chociaż taka jest podobno historia powstawania pereł - malutkie ziarno piasku dostaje się do muszli, trochę się tam pokręci i pouwiera a potem proszę, czyste piękno. Więc może i z tych moich duchowych kamyków coś się zrodzi?
Myślę sobie, że jesteśmy mistrzami w oszukiwaniu siebie. A przynajmniej ja. Nikt mnie tak nie nabiera i w niczyje bajeczki i wytłumaczenia tak nie wierzę, jak w swoje. "Jeszcze tylko dwie piosenki i zaraz wracam do nauki", "ostatni odcinek i siadam do modlitwy", "jutro wstanę wcześniej i zrobię sobie śniadanie, nie muszę go przecież dziś szykować", "w następnym tygodniu to już na pewno znajdę czas, żeby spotkać się z bliskimi" i cała masa tym podobnych zdań. I już w momencie, kiedy je sama do siebie wypowiadam, wiem, że są nieprawdą, że wcale tak nie będzie, że to tylko marna próba usprawiedliwienia mojego lenistwa. I tak się sama sobie pozwalam oszukiwać. Wszak to całkiem wygodne.
Ostatnio w czytaniach i Ewangelii powtarzało się jedno mocne Jezusowe słowo. Obłudnicy. Ale przecież to nie o mnie! A potem usłyszałam, że obłuda jest wtedy, kiedy umiem stanąć w prawdzie, ale tego nie robię. I już wiem, że każdy moment, kiedy uciekam przed prawdą o sobie samej, jest obłudą. Tu zostaje tylko jedno pytanie, jak się z tą prawdą zmierzyć, jak ją znaleźć, jak w niej wytrwać? 

Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze - Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna . Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie. J 14,16-17

sobota, 3 października 2015

Nauczyć się kochać.


Mam tylko jedną krótką myśl, która ostatnio we mnie kwitnie i owocuje we wdzięczność. Obejrzałam film "Her". Zachwycił mnie. Spodobało mi się szalenie pokazanie "procesu" zakochania. I utkwiło we mnie jedno filmowe zdanie, rzucone w sytuacji rozstania. Teraz już wiemy, jak kochać.
Rozstania bolą, wiadomo. I nieważne jest wtedy, że inni ci mówią, że wydobrzejesz, że będzie ktoś następny, inny, "fajniejszy" etc. Wcale się nie chce tego słyszeć. Ale... drugą stroną medalu jest wzrastanie. W końcu człowiek poznaje samego siebie w relacjach. Każde zakochanie pokazuje mi coś o mnie samej. Każda relacja uczy mnie co robić, albo czego nie robić, obnaża moje słabości i wyciąga na wierzch talenty. A przynajmniej powinna.
I tak sobie myślę, że w nauce miłości trzeba być odważnym. Trzeba się zgodzić na ryzyko złamanego serca. W końcu nieodłącznym elementem miłości jest cierpienie.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Czego mnie uczą bajki Disneya

Lubię bajki. Mam wielki sentyment do tych z dzieciństwa, chociaż kiedy się do nich wraca po latach, to wszystko się zmienia. Ostatnio naczytałam się różnych artykułów o tym, że stare Disneyowskie bajki nie uczą dziewczynek żadnych "dobrych" zachowań,  tylko czekania na idealnego księcia, bierności, wiary w to, że jak się drugą osobę kocha, to ona się dla nas zmieni i innych takich nieżyciowych spraw. A jednocześnie mówi się o tym, jak to zmienia się teraz zmienia kino w ramach "równości płci" i że furorę robią te, w których główną bohaterką jest walcząca kobieta (ot, pierwsza z brzegu Niezgodna albo Igrzyska śmierci).
I myślę sobie, że to wcale nie taki nowy motyw. Już przecież była Pocahontas, Mulan czy Esmeralda z Dzwonnika z Notre Dame. Czego one uczą? Pokonywania uprzedzeń, odpowiedzialności za swoje decyzje i za tych, których się kocha, sprytu. No i oczywiście ODWAGI. Dla mnie te bajowe postaci są obrazem czystej kobiecości w tym wojowniczym wydaniu. Nie chodzi tu o to, że jesteśmy tak samo silne jak mężczyźni i że możemy to samo co oni, ale o to, że na swój, jedyny i niepowtarzalny sposób, wykorzystując swoją kobiecą kreatywność, spryt i całą wewnętrzną siłę którą mamy, możemy walczyć o to, co dla nas ważne.
I pamiętam mój zachwyt, kiedy oglądałam te bajki. Zachwyt spowodowany siłą bohaterek. Bo przecież.... można być i księżniczką i wojowniczką, nie?

piątek, 12 czerwca 2015

Głodni.

Ja z trochę spóźnionymi przemyśleniami o Czwartku. O Bożym Ciele. Tak mi się to zgrało z różnymi pobocznymi wątkami i słuchanymi konferencjami.
Że te tęsknoty, to nasze "nienażarcie" się, ten głód, to taki Boży jest.
Tylko On mi da taką miłość, tylko on zapcha tą moją dziurę w boku adamowym.
Więc po pierwsze Eucharystia. A po drugie Adoracja.
Wpadłam wczoraj na kwadransik. Ulżyło mi trochę. Nabrałam energii. I do przodu. Do kolejnego czwartku.

niedziela, 7 czerwca 2015

Churching

- A słyszała pani o churchingu [czyt. czerczingu]? Nie? Jest teraz taki trend w Kościele, że się na Mszę chodzi dla księdza. Ooo, bo on tak fajnie mówi! I raz przyszła do mnie jakaś pani i mówi, że ona to chodzi do ojca X. A ja jej na to, że to wspaniale, on taki intelektualista, no i bardzo dobrze. Ale, mówię do niej, niech pani pamięta, że tak, jak w parafii, do nigdzie się za panią nie modlą. A ona zdziwiona mnie pyta, że jak to. A ja jej mówię, że tak właśnie, bo ja co tydzień odprawiam Mszę w intencji wszystkich parafian. Bo niech pani pamięta, że wuj zawsze pozostanie wujem, ale ojciec to ojciec.

Tak mi powiedział mój nowohucki ksiądz proboszcz. I nie mogłam się z nim nie zgodzić. A i ja byłam częścią tego trendu. Nawróciłam się u Dominikanów i do nich zapałałam sympatią. I jakoś nie ciągnęło mnie wcale do mojej wiejskiej parafii, no bo przecież u Dominikanów tak pięknie śpiewają i takie mówią kazania i w ogóle super. Najlepszy Kościół na świecie.
Teraz chyba dorastam do tego, żeby wrócić do domu. Żeby się cieszyć moją "wiejską Mszą", żeby chcieć tam być. Żeby poczuć się odpowiedzialną, za tą moją najbliższą część Kościoła...
Ale widzę tu pozytywną stronę owego churchingu. Idę za księdzem, który do mnie trafia, dzięki niemu wchodzę coraz bardziej i bardziej we Wspólnotę Kościoła. I rozumiem więcej, widzę więcej. I z tym co dostałam wracam do Domu.

piątek, 29 maja 2015

Asertywność

Będąc nastolatką uważałam się za osobę asertywną, bo nie miałam problemów, żeby odmówić alkoholu albo papierosów tudzież innych używek. Nie przeszkadzało mi bycie jedyną niepijącą osobą na imprezie. Taka asertywna, ha!
Teraz już widzę, że to tylko mała część. Że chodzi o coś poważniejszego - o obronę siebie. I że to się wyraża w małych rzeczach - zwróceniu uwagi komuś w tramwaju, jeśli posługuje się siarczystym językiem, od którego uszy bolą, powiedzeniu "nie" bliskiej osobie, kiedy potrzebuję czasu dla siebie, mówieniu o swoich uczuciach, nawet jeśli są trudne, w wysłuchaniu czyjejś odmiennej opinii.... Dla mnie asertywność sprowadza się tak naprawdę do podejmowania decyzji,których pragnę, o których wiem, że będą dobre. Pomimo strachu.
I to jest wszystko bardzo trudne, wiesz?

czwartek, 21 maja 2015

Wojownicza Księżniczka

Ostatnio moja nastoletnia siostra znowu mnie zaskoczyła. Opowiadała mi o jakiejś tam grze komputerowej i o postaci, którą gra. Że ona wcale nie lubi walczyć tylko jest taką pomocą, która chodzi i uzdrawia i że to jest w tym najfajniejsze. I że tak spełnia swoje pragnienie bycia Wojowniczą Księżniczką. Na co ja spojrzałam na nią z lekką ironią w oku zaznaczając, że...to tylko gra komputerowa. I wtedy usłyszałam niby banalne pytanie "no to jak inaczej mam to pragnienie realizować?".
Obie czytałyśmy "Urzekającą". I pamiętam, że kiedyś wcale nie odnajdywałam w sobie takiego pragnienia, żeby 'stoczyć bitwę u boku walecznego mężczyzny'. Zdecydowanie nie.  A teraz? Chyba rozumiem to całkiem inaczej. I tak też odpowiedziałam mej młodszej. Że to nie chodzi o bieganie z łukiem albo strzelanie do wrogów albo nie wiadomo co. Tu chodzi o codzienne małe walki. O bliskich, o relacje, o swoje marzenia, o swoją duszę, o Kościół, o wartości, o codzienne wybieranie bycia szczęśliwym człowiekiem...To jest nieustanne mocowanie się. I czasem mocno to czuję. Ktoś bliski tonie, a ja staję do duchowej walki o niego. Ktoś mnie oskarża, a ja bronię siebie. 
Dzielna Niewiasta przepasuje mocą swe biodra, umacnia swoje ramiona (Prz 31,17). Walczy.

wtorek, 19 maja 2015

do Mateczki. I o żonach.

Czasem łapie nas taki kryzys, że nie wiemy co z sobą zrobić.
To co mnie dziś złapało, przerosło mnie totalnie i fakt, że jest to spowodowane czynnikiem zewnętrznym - chorobą nie pomógł w żaden sposób. Skutkiem tego, po różnych dziwnych próbach załagodzenia sytuacji, wylądowałam... na Majówce.
Uff. To był najlepszy moment dzisiejszego dnia. Nie ma to jak pójść do Mamy, przytulić się i powiedzieć o wszystkim co nas boli i czego się boimy.
I może nie jest już super, ale mam takie poczucie, że nie jestem z tym sama i dostałam pomysł jak sobie poukładać te niektóre sprawy.

A przy okazji szybko o żonach. Bo mój dzień (na L4) zaczął się od słuchania audycji "Dzieci wiedzą lepiej" w PRTrójka pt "Kto to jest żona?". Prawie się popłakałam ze śmiechu, ale cały dzień chodziło za mną, że "nie ma co kaprysić i wybrzydzać (...)". A potem dołączył do tego o. Szustak z Pomarańczarnią (sezon 2gi, odcinek 13). I moje przemyślenia na temat powołania przerwało mi wspomnienie pewnej jazdy tramwajem..
Wrocław. W autobusie przejeżdżającym koło akademików politechniki. Rozmawia dwóch studentów. Może 2 albo 3 rok. O jakimś balu. Kto z kim idzie.
A: "Ty idziesz z dziewczyną?!?"
B: "No".
A: "Ale z Twoją dziewczyną?"
B: "No, tak."
A: "Ale ostatnio nie miałeś dziewczyny..."
B: "Już mam."
A: "Ale jak to? Ty masz dziewczynę?"
Mina studenta A była bezcenna. Zwłaszcza, że student B nie sprawiał wrażenia niemiłego, nieogarniętego albo w jakikolwiek sposób niezdolnego do bycia z jakąś dziewczyną, a nawet bym rzekła z fajną dziewczyną. Więc ja polecam serdecznie  nad sobą się zastanowić. Skąd się biorą dziewczyny i gdzie znaleźć taką dla siebie? :)

niedziela, 10 maja 2015

na wszystko jest czas.

W tym ostatnim zabieganiu to odkryłam. Że na wszystko jest czas.
Chodzenie na nabożeństwa majowe do kościoła, gdzie są poduszki na siedziskach ławek... na starość.
Przesiadywanie w kościele, też później, nie że wcale nie, ale może niekoniecznie zamiast randki...
I nie chodzi mi o to, że mamy nie mieć Pana na pierwszym miejscu. Tylko chodzi mi o to, że teraz jest czas żeby się pokazać, latać z nogami na wierzchu, a za chwilę rodzić dzieci.
A nam się czasem wszystko myli. Chcielibyśmy mieć wszystko od tyłu. Najpierw super ułożone życie duchowe, a potem starania o rodzinę. Nie, że wszyscy, ale taką niektórzy z nas mają tendencję.
I nie chodzi mi też o to, że mamy się zacząć martwić, że wszyscy wokół zaręczają się, rodzą dzieci, nie. Na to też jest czas.
Chodzi mi o takie przyjęcie, że to co teraz mam jest specjalnie dla mnie. Np. żeby mi wreszcie schabowe wychodziły, albo żebym potrafiła w pół godziny zrobić obiad, gdy na głodnego się wraca z delegacji. I trzeba tu takiego dobrego wyczucia między życiem sactrum a profanum. Tak bym to nazwała.

niedziela, 15 lutego 2015

różne drogi

Ostatnio jakiś dziwny mam czas, wiesz? Trochę depresyjny, a bo mało słońca było (już na szczęście jest), trochę zabiegany bo goście, goście, goście, praca, sprzątanie, goście i ciągle coś się dzieje...
I w tym wszystkim nagle ni stąd ni zowąd.
Dwa świadectwa. Na imprezie, ot zwykłej domówce. Dwa piękne świadectwa, o tym jak On działa. Nie że gdzieś u kogoś daleko. Ale tu, wśród nas.
Tak, było mi to bardzo potrzebne. Teraz to widzę, bardzo dokładnie. Że były one dla mnie (też). I to, że tam trafiłam, to nie był przypadek. I to, że tak strasznie się bałam tam iść jest teraz dla mnie zupełnie zrozumiałe.
Bo przecież. Jestem Księżniczką. I nie wiem jak mogłam zapomnieć i nie wiem jak mogłam Go stracić z oczu i znowu chodzić po omacku i szukać nie wiadomo kogo/czego...
I teraz widzę, choć ciągle nie dokładnie, nad czym powinnam siąść i przemyśleć i nad czym powinnam pracować.
Oj, dobry to był weekend, oj mam za kogo dziękować dziś naszemu Tacie.
Oby i na Twej drodze stawali tacy ludzie!

poniedziałek, 2 lutego 2015

moje miejsce.

Trafiłam ostatnio do kościoła parafialnego, na Mszę studencką. Oburzyło mnie niezmiernie, że jest szybko, że nie ma kazania i że w ogóle mało studentów jest.
Później się okazało, że to pierwsza niedziela miesiąca i że jest adoracja. A poza tym może jest po sesji i nie ma studentów?
Nie wiem.
Wiem za to jedno. Tyle razy narzekamy na nasze parafie, tyle razy narzekamy na nasze wspólnoty. Może warto zacząć działać i coś w nich zmieniać?
Tym samym odkryłam bardzo ciekawe rzeczy dziejące się tuż za płotem. Ah, gdyby człowiek potrafił korzystać z Internetu :)
I wiesz, jak wydawało się, że nic nie ma, to mi się chciało, a jak się okazuje, że działają to mi się już nie chce. "Bo pewnie będzie niefajnie i to nie dla mnie". Czasem w naszych chce-nie chce tak widać złego, że aż ręce opadają!
A dziś mam pierwszy dzień od dawna(=tygodnia) kiedy nie wracam z pracy i idę od razu spać. Więc czas na przemyślenia, plany na najbliższy miesiąc i działanie.
Ładne wczoraj było drugie czytanie i ładny jest komentarz tu. Polecam ja :)

czwartek, 15 stycznia 2015

'Koło zmiany'

Zaczęłam warsztaty "Żyj po Bożemu". Psychologia + wiara = połączenie idealne dla mnie :)
Pewnie wiele Ci jeszcze o samych warsztatach opowiem, dziś tylko o standardowym coachingowym narzędziu. Bo myślę sobie, że jest bardzo obrazowe, spróbuj też!
1. Narysuj koło, które przedstawia Twoje życie. Potem dziel je na ważne sfery Twojego życia - relację z Bogiem, przyjaciółmi, rodziną (dla mnie to na przykład całkiem osobne kwestie:), studia, pracę etc.
2. Zaznacz swój poziom zadowolenia z każdej sfery w skali od 1% to 100%.
3. Przypatrz się każdej sferze. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Czy coś Cię w tym stanie rzeczy cieszy/martwi?
4. Określ, jak chciałabyś, żeby było. Tak realistycznie, tak, żeby dało Ci to zadowolenie, było uciechą, a nie zmorą jakąś.
I najważniejsza rzecz - patrząc na te obszary Twojego życia, w których chciałabyś zmienić najwięcej, które są na teraz jakoś najważniejsze, pomyśl, co KONKRETNIE możesz zrobić, żeby zmniejszyć dystans między tym, jak jest, a jak chciałabyś, żeby było. I zapisz sobie jeden cel, który Cię do tego przybliży. I zrób go jeszcze dziś.

Genialne nie? :D
Ucieszyłam się tym ćwiczeniem bardzo. Po pierwsze dlatego, że kiedy pierwszy raz rysowałam moje koło, to mierzyłam się z nielubieniem siebie i najbardziej chciałam poprawić samą siebie, swoje zainteresowania, formy spędzania czasu wolnego i inne takie. A teraz była to jedna z dwóch sfer, które zostawiłabym bez zmiany. A po drugie dlatego, że wyznaczenie sobie tych małych kroków do przejścia każdego dnia natchnęło mnie nową falą optymizmu. I tak, tak, mam słomiany zapał....ale tym mam też wiarę, że tym razem będzie inaczej!

wtorek, 6 stycznia 2015

o czystości.

Miałam Ci pisać o zeszłym roku, o tym ile się zmieniło, o byciu Królewną i Jego Córką, o odkrywaniu kobiecości i o zmianach. Bo zeszły rok był bardzo intensywny, wiesz?
Ale jest temat trudniejszy. Może ciekawszy. Pewnie dla ludzkości bardziej aktualny.

Tak naprawdę to przez większą część mojego życia byłam święcie przekonana, że problem czystości przedmałżeńskiej pojawia się dopiero w momencie wchodzenia w związek. To chyba jedno ze sprytniejszych kłamstw złego.
Drugi fakt to taki, że nigdy ale przenigdy chyba się nie zastanawiałam po co i dlaczego. I jak to wytłumaczyć drugiej osobie, tak, żeby 1) przekonać, 2) nie dać się przepchnąć na drugą stronę?

Bo na przykład mówienie o NPRze wydaje się proste (nie jest, zwłaszcza gdy 90% społeczeństwa wierzy że to kalendarzyk i nie da się przekonać że jest inaczej). Nie jest, jasne że nie, ale potrafię poruszyć ten temat, potrafię go bronić. Doskonale rozumiem dlaczego i po co. I nie mam tu żadnych wątpliwości.

Ostatnio zachwyciła mnie taka scena w filmie Pearl Harbour (chłopcy mi podsunęli myśl by go oglądnąć i bynajmniej nie dla tej sceny), gdzieś przy 28. minucie. Kiedy ona jest totalnie zdecydowana i wie, że to jest jej mężczyzna i że z nim chce spędzić tą noc. Pomimo tego, że nie wiadomo czy on wróci z frontu. Nie myśli o tym co potem, myśli o tym co teraz, o tym jak bardzo go kocha. A on ją stopuje i mówi, że chce wiedzieć, że najlepsze jest wciąż przed nim. Ta myśl, ta perspektywa, utrzyma go przy życiu. Fakt faktem, że życie życiem i (kto oglądał to wie), nie wszystko pójdzie tak jak pójść powinno. Ale całkowicie zauroczyło mnie to, że to on a nie ona miał taką postawę. Brawo! Szukamy takich mężczyzn. A przynajmniej fajnie by było żebyście się zdarzali, bo czasami mam wrażenie że wszyscy idziemy w bardzo złą stronę...

A druga rzecz, to od Ciebie - historia Moriah i Joela. Tu jej piękne świadectwo.
W ogóle cała sytuacja wydaje się nierzeczywista i niezrozumiała - bo żeby się nigdy nie całować? Tak w ogóle?!? Było to dla mnie dosyć absurdalne. Przez moment. Bo kto normalny da się przekonać, że będziemy się całować dopiero po ślubie? I co ze sobą robić wcześniej? Jak w ogóle wejść w jakikolwiek związek?
A jednocześnie pomyślałam sobie, że ja też tak chcę! I że to by było ekstra powiedzieć potem świadectwo. Patrzcie jakiego mam przystojnego męża! A wytrwaliśmy, udało się i było warto!
I pewnie mało kto się tu ze mną zgodzi. A ja wciąż nie mam argumentów za i do obrony. Nadal nie wiem jak przekonać do mojego punktu widzenia. Ale wiem, że chcę. Nie spróbować. Ale wytrwać, wywalczyć. Jestem tego stu procentowo pewna. To prawdopodobnie oznacza, że najbliższe moje trzy związki długo nie potrwają. A może i dziesięć. Trudno.
To pewnie oznacza też, że będzie bardzo bardzo bardzo ciężko. Ale nie ma nic nie możliwego.
Zapewne może rozpętam burzę i ktoś mi wygarnie, że pewnie jestem stara, brzydka i nie mam nikogo w pobliżu (ściema). Albo, że jestem głupia i staroświecka, nie wspominając o dewocji. Polecam Narzeczonych z Bożej Łaski. Oni też ładne świadectwo dają :)

I tak sobie myślę, że to nie przypadkiem ostatnio to wszystko do mnie trafia, wiesz? On ma w tym jakiś plan.
Tak więc na najbliższy czas, polecam i Tobie i wszystkim, którzy walczyć o czystość zamierzają:
Amen.

piątek, 2 stycznia 2015

'Bóg ma plan'

Odsłuchuję sobie znów Pomarańczarni, od samego początku. W pierwszej serii konferencja 8 jest odpowiadaniem na pytania studentów. I znów SZOK. I rewizja swojego myślenia.
Nie wierzę w przeznaczenie. W takim sensie, że "co się ma stać to i tak się stanie, nie ważne co ja zrobię". Wierzę, że każdy z nas jest stworzony wolnym. I że Bóg jest wszechwiedzący i wie, jak będzie wyglądać każda kolejna sekunda mojego życia, że mnie kocha najszaleniej na świecie i daje mi tylko to, co dla mnie dobre. I że miłość jest decyzją.
Żyłam sobie jednak w przekonaniu, że "Bóg ma plan dla mojego życia", że ma jakąś konkretną jedną drogę i że powinnam Go codziennie pytać, co mam danego dnia zrobić. I że jestem powołana do małżeństwa z konkretną osobą, do konkretnej pracy, do konkretnej posługi itd. Czy to się nie kłóci trochę w tym, co napisałam powyżej? No chyba.
I co o. Adam mówi w swojej konferencji?
"Nigdy Bóg nie powołuje jednej osoby dla drugiej osoby."
"Jeżeli kogoś wybierzesz, żeby go kochać, to jest to Boże powołanie, bo On w tą miłość wejdzie. Ale dopiero po Waszym wyborze."
"Bóg cię kocha. To jest koniec Bożego planu."
"To wy wybieracie drogę, nie Bóg ją dla was wybiera."
"Bóg mówi: kochaj! Szukaj, gdzie jest serce, które ci odpowie miłością. Jak je znajdziesz i wybierzesz, to ja ci w tym sercu pobłogosławię."
"Bóg przychodzi i mówi: czy ty chcesz?"
Wizja jest tu chyba taka: Bóg w każdej sytuacji życiowej staje przede mną i pokazuje mi, którędy mogę pójść. I pyta, czy chcę. A ja w mojej wolności wybieram. A jeśli nie wybiorę tego, co On mi proponuję, to On dalej będzie ze mną w tym wszystkim, w danej konkretnej sytuacji, wejdzie na tą wybraną przeze mnie ścieżkę i będzie wciąż mi pokazywał, co w danej sytuacji jest dla mnie dobre. Ale to ja wybieram. I że to nie tak, że On już wszystko zaplanował a ja mam tylko 'szukać Jego woli' i tego, co powinnam zrobić, żeby ten Jego plan spełnić.

Nie wiem, czy to co ci tu mówię ma w ogóle jakiś sens, jest to we mnie jeszcze niepoukładane... I nie chodzi też o to, że o. Adam jest jakąś wyrocznią czy coś. Ale te jego słowa bardzo mnie uderzyły i chyba obudziły. I mam nadzieję, że mnie poprowadzą do prawdy.