Wiem, wiem, mamy okres Bożego Narodzenia, a ja tu z takim tematem? Cóż....nie znamy dnia ani godziny. Byłam wczoraj na pogrzebie Osoby, którą widziałam kilka razy w życiu, ale z którą wiążą mnie tak zwane więzy krwi. I szczerze mówiąc, nie sądziłam, że jakoś bardzo mnie to poruszy. A jednak.
Pierwszy raz przeżywałam pogrzeb mając w perspektywie niebo. I kochającego Ojca, który czeka. I dotarło do mnie, że roniąc łzy, tak naprawdę nie płaczemy nad osobami, które odchodzą, ale nad nami. Opłakujemy naszą samotność. Wylewamy żal, złość, niezrozumienie. Bo przecież temu, który odchodzi, jest już dużo lepiej. Niewyobrażalnie lepiej.
Zaczęłam myśleć o moim odejściu. Czy to lekko niepoważne w tak młodym wieku wybierać czytania na swój pogrzeb? Może. Ale chciałabym, żeby to "ostatnie pożegnanie" było pełne nadziei i mocy. Żeby wybrzmiało Słowo pełne radości, mówiące o tym, że błogosławieni, którzy w Panu umierają - już teraz.
Zaiste, mówi Duch, niech odpoczną od swoich mozołów, bo idą wraz z nimi
ich czyny. I o tym, że Pan pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Żeby wybrzmiała Boża obietnica: wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę od swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg,
Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy
naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia!
Więc tak. Wybrałam już czytania i pieśni na swój własny pogrzeb. Żeby zostawić moich bliskich pełnych nadziei. A jak będzie, to się kiedyś okaże.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz