Częściowo odniosę się do Twojego ostatniego wpisu. :)
Też mam rozważania o decydowaniu.
Tym razem o kobiecym decydowaniu.
Mam takie obserwacje. Że my nie potrafimy decydować. Zwłaszcza o sobie. Że przychodzi nam to z trudnością.
Przedstawię to na przykładzie.
Decyduję między A i B. I jestem całkowicie zdecydowana na A. Mniej więcej po połowie dnia rozważań jestem zdecydowana na B. Całkowicie, uważam że poprzednia decyzja była niesłuszna i że trzeba ją zmienić. Następnego dnia, po całonocnych rozważaniach mam bardzo duże wątpliwości i dalej nie wiem czy wybrać A czy B. A gdy już całkiem zdecyduję, potwierdzę i nie mogę odwołać, zaczynam snuć rozważania czy aby na pewno dobrze zdecydowałam...
Strasznie mnie to ostatnio zdenerwowało. Że nie potrafię. Chłopcy mi powiedzieli, że to normalne, przecież jestem dziewczyną (uwielbiam ten argument). I wcale mi nie pomogli w decyzji. Za to następnego dnia fantastycznie wspomogli wątpliwości podecyzyjne. :)
Tym razem decyzję podjęła Góra. I ciągle nie jestem pewna, zdecydowana, za to jestem szczęśliwa i myślę że od nowego roku doskonale docenię tę decyzję... z resztą zobaczymy ;)
Dlaczego i po co.
Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...
sobota, 13 grudnia 2014
środa, 10 grudnia 2014
Decydować.
Różne rozmowy, fragmentu rekolekcji i Pisma ułożyły mi się w sensowną całość.
Motyw pustyni i Hagar przewinął się i u o.Adama i w rekolekcjach "Pusta studnia". I oto wygnanej niewolnicy kończą się zapasy, zostawia więc swojego syna i oddala od niego, żeby nie patrzeć, jak umiera. Na to przychodzi anioł z obietnicą, a potem Bóg otwiera oczy Hagar tak, że widzi studnię z wodą, która była tuż obok.
No genialne.
Dokładam do tego jeszcze jedno Słowo:
"Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy - bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka - ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia." 2 P 3,9
I wiesz co widzę? Że wszystko źle :P
Że ja przez dłuuuuugi czas (o wiele za długi!) przyjmowałam strategię, że "ja się będę modlić i Bóg wszystkim się zajmie". I niejedną litanią, koronką, Słowem, płaczem i śpiewem się modliłam. I nic. Zupełnie nic. No więc oczywiście modlitwa stawała się trudniejsza, wyrzutów było coraz więcej i tak dalej, może wiesz jak to jest. I już wiem, że nie o to chodzi. Że życie to nie bierne czekanie na cud, to wkładanie wszystkich swoich wysiłków i serca w daną sprawę. A reszta - wiadomo, w Bożych rękach :)
Po to mam wolną wolę i rozum, żeby decydować. A Ducha Świętego po to, żeby robić to mądrze. Odpowiedzialność za moje życie jest w moich rękach. To ja żyję. I to, że chcę żyć z Nim nie znaczy, że mam nic nie robić. W końcu nabrały sensu słowa Ignacego: Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.
I kiedy ja się tak niecierpliwiłam, że 'przecież już tyle czasu czekam na cud, mógłbyś w końcu coś zrobić', to Bóg stał zaraz obok, cierpliwy w stosunku do mnie, czekając na moją decyzję, na konkret. Ale oczywiście wcale tego nie widziałam, zupełnie jak Hagar.
Chyba tak to jest, że jak się skupi wzrok na problemie, to już się nie widzi Jego spojrzenia pełnego miłości.
Motyw pustyni i Hagar przewinął się i u o.Adama i w rekolekcjach "Pusta studnia". I oto wygnanej niewolnicy kończą się zapasy, zostawia więc swojego syna i oddala od niego, żeby nie patrzeć, jak umiera. Na to przychodzi anioł z obietnicą, a potem Bóg otwiera oczy Hagar tak, że widzi studnię z wodą, która była tuż obok.
No genialne.
Dokładam do tego jeszcze jedno Słowo:
"Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy - bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka - ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia." 2 P 3,9
I wiesz co widzę? Że wszystko źle :P
Że ja przez dłuuuuugi czas (o wiele za długi!) przyjmowałam strategię, że "ja się będę modlić i Bóg wszystkim się zajmie". I niejedną litanią, koronką, Słowem, płaczem i śpiewem się modliłam. I nic. Zupełnie nic. No więc oczywiście modlitwa stawała się trudniejsza, wyrzutów było coraz więcej i tak dalej, może wiesz jak to jest. I już wiem, że nie o to chodzi. Że życie to nie bierne czekanie na cud, to wkładanie wszystkich swoich wysiłków i serca w daną sprawę. A reszta - wiadomo, w Bożych rękach :)
Po to mam wolną wolę i rozum, żeby decydować. A Ducha Świętego po to, żeby robić to mądrze. Odpowiedzialność za moje życie jest w moich rękach. To ja żyję. I to, że chcę żyć z Nim nie znaczy, że mam nic nie robić. W końcu nabrały sensu słowa Ignacego: Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.
I kiedy ja się tak niecierpliwiłam, że 'przecież już tyle czasu czekam na cud, mógłbyś w końcu coś zrobić', to Bóg stał zaraz obok, cierpliwy w stosunku do mnie, czekając na moją decyzję, na konkret. Ale oczywiście wcale tego nie widziałam, zupełnie jak Hagar.
Chyba tak to jest, że jak się skupi wzrok na problemie, to już się nie widzi Jego spojrzenia pełnego miłości.
niedziela, 30 listopada 2014
Znów Adwent.
Mam takie nieodparte wrażenie, że dzisiejsze czasy dają nam niesamowite możliwości dobrego przeżywania Adwentu. Wybór rekolekcji, także tych internetowych jest ogromny! Złapałam się na tym, że chciałabym wszystkiego, ale przecież się nie da, trzeba coś wybrać...
A to te wyglądające na ciekawsze:
A to nasze czekanie, to przecież czekanie na Paruzję. Jakże nie czekać radośnie? Dziś taką miałam myśl.
Chwilowo chodzę i szukam ogrzewanego kościoła - choć trochę. Dolnośląskie zimne, temperatura odczuwalna ciągle około 5 stopni niższa niż ta na termometrze.... Więc ruszam z rekolekcjami Internetowymi i szukam jakiś dobrych, żeby nie marznąć na próżno w kościelnej ławce.
Fajnie by było, dobrze przeżyć ten adwent, choć widzę, że i tak będzie lepszy niż poprzednie. W reszcie do niego dorosłam, dojrzałam. A może to ciągle Owoce Wylania Ducha Świętego? :)
A to te wyglądające na ciekawsze:
- Pusta Studnia, czyli rekolekcje dla sucharów
- Plaster miodu
- ADVENTure. Rekolekcje w wielkim mieście w kościele i w sieci
Zauważ, jak ich tytuły rozbudzają wyobraźnię!
I jeszcze polecam, tradycyjnie, Czytaj Słowo.
Choć ja zawsze uważam, że do kościoła i tak trzeba iść i swoje przemarznąć ;)
A to nasze czekanie, to przecież czekanie na Paruzję. Jakże nie czekać radośnie? Dziś taką miałam myśl.
Chwilowo chodzę i szukam ogrzewanego kościoła - choć trochę. Dolnośląskie zimne, temperatura odczuwalna ciągle około 5 stopni niższa niż ta na termometrze.... Więc ruszam z rekolekcjami Internetowymi i szukam jakiś dobrych, żeby nie marznąć na próżno w kościelnej ławce.
Fajnie by było, dobrze przeżyć ten adwent, choć widzę, że i tak będzie lepszy niż poprzednie. W reszcie do niego dorosłam, dojrzałam. A może to ciągle Owoce Wylania Ducha Świętego? :)
czwartek, 13 listopada 2014
Oczyszczenie
Bóg taki dobry!
Oczywiście całkiem przypadkiem (haha!) wyświetliła mi się gdzieś tam z boku ma pasku youtube taka konferencja o. Pelanowskiego:
https://www.youtube.com/watch?v=dpLX_gI8Y50
Zaczynam słuchać i znowu wiem, że to o mnie. Kiedy się nawróciłam (niedługo moje 3 urodziny!:), to faktycznie wiele radości dawała mi modlitwa Słowem, były Boże obietnice, uzdrowienie, uwolnienie, no jednym słowem - cuda i czas bliskości z Bogiem. A od roku sucho i pusto, ucisk serca i cierpienia. I do tej pory myślałam sobie, że 'po prostu mam trudny czas' i pewnie 'Bóg wyprowadzi z tego dobro'. Kiedy słuchałam o sygnałach Bożego oczyszczenia i zobaczyłam, że wiele z nich objawia się w moim 'tu i teraz', to aż się roześmiałam. Potrzebowałam takiego nazwania mojego obecnego stanu. Oczyszczenie. Dało mi to dużo jasności, radości i nadziei. Że już wiem, po co to wszystko. Jasno widzę cel. I już się nie boję kolejnych trudności. Sens wrócił.
I pomyślałam sobie znów o Bożej obietnicy, którą usłyszałam ostatnio. "Stanę się jakby rosą dla Izraela tak, że rozkwitnie jak lilia" (Oz 14,6). I tak sobie myślę, że ta lilia to mój obraz po oczyszczeniu. Będzie pięknie! :D
Najpiękniejszy z tej konferencji: "Bóg chce nam jeszcze przed śmiercią zagwarantować niebo"!
Za wszystko dziękujcie Bogu, taka jest bowiem wola Boża względem was w Jezusie Chrystusie.
Oczywiście całkiem przypadkiem (haha!) wyświetliła mi się gdzieś tam z boku ma pasku youtube taka konferencja o. Pelanowskiego:
https://www.youtube.com/watch?v=dpLX_gI8Y50
Zaczynam słuchać i znowu wiem, że to o mnie. Kiedy się nawróciłam (niedługo moje 3 urodziny!:), to faktycznie wiele radości dawała mi modlitwa Słowem, były Boże obietnice, uzdrowienie, uwolnienie, no jednym słowem - cuda i czas bliskości z Bogiem. A od roku sucho i pusto, ucisk serca i cierpienia. I do tej pory myślałam sobie, że 'po prostu mam trudny czas' i pewnie 'Bóg wyprowadzi z tego dobro'. Kiedy słuchałam o sygnałach Bożego oczyszczenia i zobaczyłam, że wiele z nich objawia się w moim 'tu i teraz', to aż się roześmiałam. Potrzebowałam takiego nazwania mojego obecnego stanu. Oczyszczenie. Dało mi to dużo jasności, radości i nadziei. Że już wiem, po co to wszystko. Jasno widzę cel. I już się nie boję kolejnych trudności. Sens wrócił.
I pomyślałam sobie znów o Bożej obietnicy, którą usłyszałam ostatnio. "Stanę się jakby rosą dla Izraela tak, że rozkwitnie jak lilia" (Oz 14,6). I tak sobie myślę, że ta lilia to mój obraz po oczyszczeniu. Będzie pięknie! :D
Najpiękniejszy z tej konferencji: "Bóg chce nam jeszcze przed śmiercią zagwarantować niebo"!
Za wszystko dziękujcie Bogu, taka jest bowiem wola Boża względem was w Jezusie Chrystusie.
sobota, 8 listopada 2014
Lenistwo
Jestem zachwycona, poruszona, zaniepokojona i równocześnie uradowana....Dominikanie to jednak mądrzy goście są ;) Przeczytałam właśnie GENIALNY artykuł. O mnie.
http://dominikanie.pl/2014/11/demon-poludnia-recepta-na-nicnierobienie/
Problem lenistwa już od jakiegoś czasu gdzieś tam mnie niepokoił, ale nie wiedziałam tak do końca o co chodzi. Mam dużo zajęć i jestem zmęczona więc nie mam siły na cośtam i cośtam. Czy to już lenistwo? Gdzie jest granica między tym zdrowym odpoczynkiem a grzechem? I jak w ogóle z tym walczyć? Przeczuwałam, że chodzi o stan ducha. W końcu wszystko bierze się z serca, nie?
Więc co tu robić?
"Lenistwo to jednak sfera ducha, gdzie pokuta i samodyscyplina są środkami właściwymi do jego zwalczania." No tak. Ale jak się jest leniwym to ta dyscyplina...
"Oddajmy raz jeszcze głos Ewagriuszowi, który podpowiada, że acedię leczy się wytrwałością i czynieniem wszystkiego z wielkim staraniem."
Ha!
Na rekolekcjach dla animatorów usłyszałam cudną konferencję, która trochę mi przewróciła w sercu i w głowie. O dyscyplinie właśnie. A potem miałam szczęście to wartościowej rozmowy. Wnioski?
Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!
Czyli codzienna dyscyplina. Taka mała. Ścielenie łóżka przed wyjściem, regularne i porządne jedzenie, nieodpuszczanie mycia zębów czy jakiejkolwiek innej pozornie nieważnej(!) rzeczy. No i dyscyplina w modlitwie. Nie chodzi zaraz o dwugodzinne śpiewanie pieśni ale o drobne kroczki, niech to będzie tylko 'Ojcze nasz' rano i wieczorem. Ale dzień w dzień, bez ustępstw.
Jeszcze sobie myślę, że niezbędne jest tu miłosierdzie. Do samego siebie. Dziś się nie udało? To nic, jutro też jest dzień na zmiany :)
http://dominikanie.pl/2014/11/demon-poludnia-recepta-na-nicnierobienie/
Problem lenistwa już od jakiegoś czasu gdzieś tam mnie niepokoił, ale nie wiedziałam tak do końca o co chodzi. Mam dużo zajęć i jestem zmęczona więc nie mam siły na cośtam i cośtam. Czy to już lenistwo? Gdzie jest granica między tym zdrowym odpoczynkiem a grzechem? I jak w ogóle z tym walczyć? Przeczuwałam, że chodzi o stan ducha. W końcu wszystko bierze się z serca, nie?
Więc co tu robić?
"Lenistwo to jednak sfera ducha, gdzie pokuta i samodyscyplina są środkami właściwymi do jego zwalczania." No tak. Ale jak się jest leniwym to ta dyscyplina...
"Oddajmy raz jeszcze głos Ewagriuszowi, który podpowiada, że acedię leczy się wytrwałością i czynieniem wszystkiego z wielkim staraniem."
Ha!
Na rekolekcjach dla animatorów usłyszałam cudną konferencję, która trochę mi przewróciła w sercu i w głowie. O dyscyplinie właśnie. A potem miałam szczęście to wartościowej rozmowy. Wnioski?
Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!
Czyli codzienna dyscyplina. Taka mała. Ścielenie łóżka przed wyjściem, regularne i porządne jedzenie, nieodpuszczanie mycia zębów czy jakiejkolwiek innej pozornie nieważnej(!) rzeczy. No i dyscyplina w modlitwie. Nie chodzi zaraz o dwugodzinne śpiewanie pieśni ale o drobne kroczki, niech to będzie tylko 'Ojcze nasz' rano i wieczorem. Ale dzień w dzień, bez ustępstw.
Jeszcze sobie myślę, że niezbędne jest tu miłosierdzie. Do samego siebie. Dziś się nie udało? To nic, jutro też jest dzień na zmiany :)
piątek, 7 listopada 2014
Niemowlę
Miałam niezwykłą przyjemność nocowania z młodą Mamą z dwójką dzieci w jednym pokoju. Przez prawie tydzień. Bardzo ubogacające doświadczenie. I męczące ;)
Człowiek to jednak głupi był, że już 2 czy nawet 3 lata temu mówił, że 'jest gotowy na bycie mamą'. Zdecydowanie nie! Nie wiem czy w ogóle można być na to tak w pełni gotowym, ale to, że się zachwycam małymi dzieciakami i szalenie mnie rozczulają, to zdecydowanie za mało do bycia odpowiedzialną rodzicielką. A refleksja numer dwa po tym szalonym czasie to jeden obraz. Małemu wyrastały ząbki i cierpiał. I słychać to było w tym płaczu, to jego 'ała ała'. I cóż można zrobić w takiej sytuacji? Nic. Tulić i czekać. Kiedy tak sobie ukradkiem spoglądałam na tego pięknego bobasa w ramionach swojej Mamy, to przypomniało mi się Boże Słowo "Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę - schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go." Oz 11,4.
I myślę sobie, że z nami też tak jest. Że jesteśmy jak takie płaczące i cierpiące niemowlęta, często takie bezradne... A Tata bierze nas na ręce i tuli. Tylko tyle. Aż tyle. Wszystko.
Człowiek to jednak głupi był, że już 2 czy nawet 3 lata temu mówił, że 'jest gotowy na bycie mamą'. Zdecydowanie nie! Nie wiem czy w ogóle można być na to tak w pełni gotowym, ale to, że się zachwycam małymi dzieciakami i szalenie mnie rozczulają, to zdecydowanie za mało do bycia odpowiedzialną rodzicielką. A refleksja numer dwa po tym szalonym czasie to jeden obraz. Małemu wyrastały ząbki i cierpiał. I słychać to było w tym płaczu, to jego 'ała ała'. I cóż można zrobić w takiej sytuacji? Nic. Tulić i czekać. Kiedy tak sobie ukradkiem spoglądałam na tego pięknego bobasa w ramionach swojej Mamy, to przypomniało mi się Boże Słowo "Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę - schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go." Oz 11,4.
I myślę sobie, że z nami też tak jest. Że jesteśmy jak takie płaczące i cierpiące niemowlęta, często takie bezradne... A Tata bierze nas na ręce i tuli. Tylko tyle. Aż tyle. Wszystko.
czwartek, 6 listopada 2014
Ze spojlerem
Uwaga w treści postu będzie spojler! Kto ogląda "Prawo Agaty" i nie jest na bieżąco (to znaczy do 3. odcinka 6. sezonu), niech nie czyta :)
No więc ja oglądam. Nadrabiam zaległości od dwóch miesięcy i już dochodzę do ostatnich odcinków.
I mam taką tęsknotę dziś. Za domem. Za własnym mieszkaniem. Za rodziną. Za dziećmi. A ona tam płacze. Bo się boi? Bo nie chce? Jest w ciąży i płacze.
A ja siedzę i płaczę bo nie jestem, bo mam tęsknotę za dzieckiem.
Takie życie kobiety. Zależne od hormonów.
Dlatego czasem mi ciężko wysiedzieć z moimi chłopcami w pracy. I widzą od razu że chodzę wściekła. Jak osa.
Ty też tak masz, nie?
sobota, 25 października 2014
to spokojnie.
Robimy ostatnio w pracy różne damsko-męskie porównania, dobre rady na zdobycie/zniechęcenie oraz prowadzimy całkiem niepotrzebne wywody. Na przykład o rysowaniu strzałek - może jednak to nie kobiety rysują je w "drugą" stronę tylko ja? Czasem sobie myślę, że połowa tych pomysłów jest moim patrzeniem na rzeczywistość i nie koniecznie musi tak myśleć przeciętna kobieta. :)
Ale. Jedna obserwacja. Chyba ogólna.
Że my, kobiety, za bardzo się przejmujemy. Za dużo bierzemy do siebie. Za bardzo spinamy i się stresujemy. Fakt faktem, że czasem to nie do końca zależne. I chodzę i się wkurzam nawet nie o to, że coś nie tak, tylko po prostu, bo hormony! Ah, te hormony...
No, ale. Czasem trzeba wziąć się na dystans.
Więc wzięłam do siebie ulubione mojego szefa: "To spokojnie". Spokojnie, jest dobrze, pomyśl, powoli zrób, do przodu. Bez spiny, bez stresu i bez niepotrzebnego jęczenia. Co ma być to będzie, jesteśmy w najlepszym czasie i miejscu! No i nie musimy mieć wszystkiego pod kontrolą ;)
Ale. Jedna obserwacja. Chyba ogólna.
Że my, kobiety, za bardzo się przejmujemy. Za dużo bierzemy do siebie. Za bardzo spinamy i się stresujemy. Fakt faktem, że czasem to nie do końca zależne. I chodzę i się wkurzam nawet nie o to, że coś nie tak, tylko po prostu, bo hormony! Ah, te hormony...
No, ale. Czasem trzeba wziąć się na dystans.
Więc wzięłam do siebie ulubione mojego szefa: "To spokojnie". Spokojnie, jest dobrze, pomyśl, powoli zrób, do przodu. Bez spiny, bez stresu i bez niepotrzebnego jęczenia. Co ma być to będzie, jesteśmy w najlepszym czasie i miejscu! No i nie musimy mieć wszystkiego pod kontrolą ;)
środa, 1 października 2014
zamiast serialu odwiedź Pana Jezusa!
Mam ostatnio jakiś głupi czas, wiesz? Takie bycie nie-bycie. Smęty, szybko nudzące się włóczenie się po mieście dla samego włóczenia i zbijania czasu, miliony minut wygadanych przez telefon. Ciągłą myśl by wreszcie posprzątać i porządnie coś ugotować. Zmęczenie wszystkiego.
I z tego wszystkiego lecę z kolejnym sezonem kolejnego serialu.
Takie dorosłe życie (?). Praca, obiad, serial, sen. I od nowa.
Więc dziś jadę do Pana Jezusa. Jeszcze nie obcykałam tu blisko adoracji, więc jadę na Mszę. Lepiej u Niego posiedzieć niż faszerować się złudnym światem, nie? U mojego Przyjaciela. Najlepszego. Blisko i nie przez telefon.
Opowiem mu co u mnie i jakoś to dalej będzie, nawet bez słońca, dobrze.
I z tego wszystkiego lecę z kolejnym sezonem kolejnego serialu.
Takie dorosłe życie (?). Praca, obiad, serial, sen. I od nowa.
Więc dziś jadę do Pana Jezusa. Jeszcze nie obcykałam tu blisko adoracji, więc jadę na Mszę. Lepiej u Niego posiedzieć niż faszerować się złudnym światem, nie? U mojego Przyjaciela. Najlepszego. Blisko i nie przez telefon.
Opowiem mu co u mnie i jakoś to dalej będzie, nawet bez słońca, dobrze.
niedziela, 28 września 2014
mam wszystko, co chciałem mieć.
Mam ostatnio bardzo dużo czasu na przemyślenia. I tak czuję, że próbujemy dojść do tego samego. I ciągle nie możemy. I będziemy jeszcze błądzić i błądzić.
Co jest moim celem w życiu? Planować czy nie planować? Marzyć? W którą stronę się obrócić?
Całkiem niedawno, rozmawiałam z kimś, kto powiedział mi, że ma wszystko co chciał mieć i że jest szczęśliwy. Praca, dorosłe życie, kochająca druga połowa. Zaczęłam się wtedy zastanawiać. Jak to jest u mnie?
Na pewno mam mniej. Mniej niż chciałam mieć. Mniej niż oczekiwałam kiedykolwiek, że będę mieć. Chwilami nawet zdaje mi się, że mniej niż potrzebuję. I takich fizycznych rzeczy, sprzętów domowych, kuchni, ale i ludzi, zajęć, czasu, sił i całej masy rzeczy z ochotą włącznie.
Co z tego wynika? Na pewno chwilami mi to przeszkadza i doprowadza do szału (ta kuchnia i mieszkanie po studencku zwłaszcza). Ale daje pole do popisu jeśli chodzi o marzenia. Pokazuje, że mój plan to mój plan, a Boży to Boży, choć one i tak na szczęście są dosyć zbieżne ;) Ale wciąż Go pytam, co ja tu robię i dlaczego? I jak długo jeszcze i czy w ogóle to ma jakiś sens?!?
Ale z tym, że mam mniej, nie czuję się jakoś nieszczęśliwa. Raczej mocna. Że wszystkie moje plany na przyszłość po prostu uległy przeinaczeniu a ja się tu odnajduję, dalej idę do przodu, do Niego.
I tak sobie myślę... że moje wszystko to On. I od kiedy jest, choć czasem Go nie widzę wyraźnie, to nie muszę się o nic zbyt troszczyć. Wszystko jest na swoim miejscu i nie potrzebuję nic więcej. Naprawdę nic. I przez Niego mam więcej niż kiedykolwiek marzyło mi się mieć - mam perspektywę Nieba. I to jest najfajniejsze w naszym ziemskim życiu. :)
Co jest moim celem w życiu? Planować czy nie planować? Marzyć? W którą stronę się obrócić?
Całkiem niedawno, rozmawiałam z kimś, kto powiedział mi, że ma wszystko co chciał mieć i że jest szczęśliwy. Praca, dorosłe życie, kochająca druga połowa. Zaczęłam się wtedy zastanawiać. Jak to jest u mnie?
Na pewno mam mniej. Mniej niż chciałam mieć. Mniej niż oczekiwałam kiedykolwiek, że będę mieć. Chwilami nawet zdaje mi się, że mniej niż potrzebuję. I takich fizycznych rzeczy, sprzętów domowych, kuchni, ale i ludzi, zajęć, czasu, sił i całej masy rzeczy z ochotą włącznie.
Co z tego wynika? Na pewno chwilami mi to przeszkadza i doprowadza do szału (ta kuchnia i mieszkanie po studencku zwłaszcza). Ale daje pole do popisu jeśli chodzi o marzenia. Pokazuje, że mój plan to mój plan, a Boży to Boży, choć one i tak na szczęście są dosyć zbieżne ;) Ale wciąż Go pytam, co ja tu robię i dlaczego? I jak długo jeszcze i czy w ogóle to ma jakiś sens?!?
Ale z tym, że mam mniej, nie czuję się jakoś nieszczęśliwa. Raczej mocna. Że wszystkie moje plany na przyszłość po prostu uległy przeinaczeniu a ja się tu odnajduję, dalej idę do przodu, do Niego.
I tak sobie myślę... że moje wszystko to On. I od kiedy jest, choć czasem Go nie widzę wyraźnie, to nie muszę się o nic zbyt troszczyć. Wszystko jest na swoim miejscu i nie potrzebuję nic więcej. Naprawdę nic. I przez Niego mam więcej niż kiedykolwiek marzyło mi się mieć - mam perspektywę Nieba. I to jest najfajniejsze w naszym ziemskim życiu. :)
czwartek, 25 września 2014
Grom.
Miałam dziś bezsenną noc. I ciężki dzień. Jeszcze 24h temu byłam człowiekiem, który martwił się swoimi niepoukładanymi relacjami, nowymi studiami, ustawieniem swoich zajęć w ciągu tygodnia i innymi tym podobnymi. A potem nagle trach, trudne wieści dużego kalibru. I niemoc, zwątpienie i złość. I szok. 'Grom z jasnego nieba'.
Strasznie tu bolesne i trudne, kiedy bliskie osoby spotyka tragedia i kiedy nijak nie można pomóc. Tak namacalnie. Tylko wspierać modlitwą.
I nagle człowiek sobie uświadamia, że tak naprawdę to nie ma żadnych problemów. Żadnych. Że nie ma się czym przejmować i w ogóle to ma piękne życie. Ale...chyba wolałam żyć w przekonaniu, że te moje problemy to największe na świecie.
Strasznie tu bolesne i trudne, kiedy bliskie osoby spotyka tragedia i kiedy nijak nie można pomóc. Tak namacalnie. Tylko wspierać modlitwą.
I nagle człowiek sobie uświadamia, że tak naprawdę to nie ma żadnych problemów. Żadnych. Że nie ma się czym przejmować i w ogóle to ma piękne życie. Ale...chyba wolałam żyć w przekonaniu, że te moje problemy to największe na świecie.
Rezygnować.
Trochę się to łączy z moim postem o Dzielnych. Ciąg dalszy to chyba ;)
Bo wiesz, Bóg mnie uczy rezygnować. I to piękne :D
Nie tak dawno czytałam książkę "Podróż pragnień" J. Eldredge'a. I jej końcówka była dla mnie kompletnie niezrozumiała. I trochę bulwersująca też. Zaczęło się od zdania "Wymyśl sobie swój plan, a ja go udaremnię. Bóg". Ooooo jakaż byłam oburzona! Że przecież Bóg absolutnie nie jest taki! Bóg, który niszczy, który zabija to, co dobre?! O nie. A potem w całym rozdziale autor pisał o poddawaniu się Bogu i o niespełnianiu swoich pragnień. Kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. A potem były Dzielne. I to pytanie "Co by było, gdyby to, do czego dążysz, wcale się nie spełniło? Jak byś się czuła?". Spróbowałam to sobie wyobrazić. I....OK. Miałam wtedy w sobie jakąś taką pewność, że Bóg mnie będzie prowadził do tego, co dla mnie dobre, do tego, czego On sam dla mnie chce, że On sam mi to wszystko pokaże. I jest we mnie na to zgoda. Niech tak będzie.
Kilka dni później dostałam swój rozkład weekendowych zajęć i okazało się, że w większości pokrywają się z wykładani Dominikańskiego Studium Teologii i Filozofii, na które tak bardzo czekałam! Było we mnie dużo radości, że w końcu ktoś dobrze mi wyłoży podstawy teologii, że będę mogła usłyszeć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. I nic z tego. Rezygnacja.
Zapisałam się też na rekolekcje dla kobiet, które będzie prowadził bp Ryś (którego uwielbiam!!:). Już rok temu. Rok. A tu informacja, że mam Jankowy wyjazd dla animatorów. W tym samym czasie, a jakże. I najpierw żal. No jak to tak, Boże?! A potem krótkie pytanie: "co będzie lepsze dla mojego serca?". Decyzja. Pokój serca. Rezygnacja.
Może dla Ciebie to żadna duża sprawa, ale dla mnie bardzo! Bo wiesz, ja to jeszcze do niedawna planowałam WSZYSTKO w swoim życiu. Od dalekiej przyszłości i starości, po rodzinę, dom, pracę, relacje, ugotowany na jutro obiad i inne takie. Powoli się tego oduczam. I czymś nowym jest dla mnie takie rezygnowanie, nawet z tego co dobre. I zgoda na to, że moje życie to nie tak jak JA chcę.
Czyżby to była...wolność?
Bo wiesz, Bóg mnie uczy rezygnować. I to piękne :D
Nie tak dawno czytałam książkę "Podróż pragnień" J. Eldredge'a. I jej końcówka była dla mnie kompletnie niezrozumiała. I trochę bulwersująca też. Zaczęło się od zdania "Wymyśl sobie swój plan, a ja go udaremnię. Bóg". Ooooo jakaż byłam oburzona! Że przecież Bóg absolutnie nie jest taki! Bóg, który niszczy, który zabija to, co dobre?! O nie. A potem w całym rozdziale autor pisał o poddawaniu się Bogu i o niespełnianiu swoich pragnień. Kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. A potem były Dzielne. I to pytanie "Co by było, gdyby to, do czego dążysz, wcale się nie spełniło? Jak byś się czuła?". Spróbowałam to sobie wyobrazić. I....OK. Miałam wtedy w sobie jakąś taką pewność, że Bóg mnie będzie prowadził do tego, co dla mnie dobre, do tego, czego On sam dla mnie chce, że On sam mi to wszystko pokaże. I jest we mnie na to zgoda. Niech tak będzie.
Kilka dni później dostałam swój rozkład weekendowych zajęć i okazało się, że w większości pokrywają się z wykładani Dominikańskiego Studium Teologii i Filozofii, na które tak bardzo czekałam! Było we mnie dużo radości, że w końcu ktoś dobrze mi wyłoży podstawy teologii, że będę mogła usłyszeć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. I nic z tego. Rezygnacja.
Zapisałam się też na rekolekcje dla kobiet, które będzie prowadził bp Ryś (którego uwielbiam!!:). Już rok temu. Rok. A tu informacja, że mam Jankowy wyjazd dla animatorów. W tym samym czasie, a jakże. I najpierw żal. No jak to tak, Boże?! A potem krótkie pytanie: "co będzie lepsze dla mojego serca?". Decyzja. Pokój serca. Rezygnacja.
Może dla Ciebie to żadna duża sprawa, ale dla mnie bardzo! Bo wiesz, ja to jeszcze do niedawna planowałam WSZYSTKO w swoim życiu. Od dalekiej przyszłości i starości, po rodzinę, dom, pracę, relacje, ugotowany na jutro obiad i inne takie. Powoli się tego oduczam. I czymś nowym jest dla mnie takie rezygnowanie, nawet z tego co dobre. I zgoda na to, że moje życie to nie tak jak JA chcę.
Czyżby to była...wolność?
środa, 24 września 2014
Dzielne o stracie.
Mówiłam, że o tym opowiedzieć Ci muszę! Byłam na spotkaniu Dzielnych Niewiast już prawie miesiąc temu. To chyba dobrze mówić o tym z perspektywy czasu, bo kilka rzeczy w międzyczasie się we mnie przegryzło ;)
Choreoterapia, czyli praca zw swoim ciałem, trochę tańca i trochę aktorskich ćwiczeń. Było o stracie. Idealne dla mnie, bo wciąż nieprzepracowane. Zaczęłyśmy od chodzenia z podniesioną głową. Niby nic, nie? Unieść głowę, patrzeć w dal, w jakiś punkt gdzieś poza morami budynku i przejść na drugą stronę sali. Ale myślę sobie, że każdy z nas powinien zaczynać od tego dzień. Od podniesienia głowy. I od patrzenia 'w dal', na to, co przed nami, na niebo! Czy nie do tego powinny biec nasze myśli?
Potem była puenta. Ochotniczce zawiązywano oczy, obracano x razy i kazano dojść na drugą stronę sali. Na początku te, które nie brały działu prowadziły głosem, wskazywały drogę. Przy kolejnych wolontariuszkach trwałyśmy w ciszy, obserwując. Pojawiły się też krzesła jako przeszkody.
I bardzo bardzo bardzo mocno zapadł we mnie jeden obraz. Kiedy którejś udało się dotrzeć do krzeseł, czasem obijając nogi i się potykając, wiedziała już, w którą stronę się kierować. Wybierała dobrą drogę i szła nią, może nieco ostrożniej, prosto do celu. Te przeszkody były kierunkowskazem. Tak to odebrałam. Że przecież ja też się potykam, też mam do pokonania różne trudności. Ale każda z nich jest wyjątkową (!) okazją to zweryfikowania, czy idę w dobrą stronę. Każda kieruje mnie do Tego, który jest Drogą. I widzę, że to, co trudne, tak naprawdę mi pomaga.
Wyniosłam też coś innego. Pierwszej ochotniczce podpowiadałyśmy "obróć się w lewo" czy "dalej prosto!" i był moment, kiedy to wcale nie pomagało, tylko jeszcze bardziej ją kołowało. Bo słyszała różne głosy, mówiące czasem zupełnie coś innego. W życiu chyba też tak mamy, nie? Wokół nas dużo ludzi, którzy radzą i pomagają, tylko....trzeba mądrze wybierać , kogo słuchać.
A na koniec historia z początku. Bo zanim zaczęłyśmy tańce i ćwiczenia było małe wprowadzenie. I z tym chcę Cię dziś zostawić.
Pomyśl do czego teraz dążysz, co jest celem, który realizujesz.
Co by było, gdybyś nic z tego nie osiągnęła, gdyby nic z tego nie spełniło się w Twoim życiu?
Choreoterapia, czyli praca zw swoim ciałem, trochę tańca i trochę aktorskich ćwiczeń. Było o stracie. Idealne dla mnie, bo wciąż nieprzepracowane. Zaczęłyśmy od chodzenia z podniesioną głową. Niby nic, nie? Unieść głowę, patrzeć w dal, w jakiś punkt gdzieś poza morami budynku i przejść na drugą stronę sali. Ale myślę sobie, że każdy z nas powinien zaczynać od tego dzień. Od podniesienia głowy. I od patrzenia 'w dal', na to, co przed nami, na niebo! Czy nie do tego powinny biec nasze myśli?
Potem była puenta. Ochotniczce zawiązywano oczy, obracano x razy i kazano dojść na drugą stronę sali. Na początku te, które nie brały działu prowadziły głosem, wskazywały drogę. Przy kolejnych wolontariuszkach trwałyśmy w ciszy, obserwując. Pojawiły się też krzesła jako przeszkody.
I bardzo bardzo bardzo mocno zapadł we mnie jeden obraz. Kiedy którejś udało się dotrzeć do krzeseł, czasem obijając nogi i się potykając, wiedziała już, w którą stronę się kierować. Wybierała dobrą drogę i szła nią, może nieco ostrożniej, prosto do celu. Te przeszkody były kierunkowskazem. Tak to odebrałam. Że przecież ja też się potykam, też mam do pokonania różne trudności. Ale każda z nich jest wyjątkową (!) okazją to zweryfikowania, czy idę w dobrą stronę. Każda kieruje mnie do Tego, który jest Drogą. I widzę, że to, co trudne, tak naprawdę mi pomaga.
Wyniosłam też coś innego. Pierwszej ochotniczce podpowiadałyśmy "obróć się w lewo" czy "dalej prosto!" i był moment, kiedy to wcale nie pomagało, tylko jeszcze bardziej ją kołowało. Bo słyszała różne głosy, mówiące czasem zupełnie coś innego. W życiu chyba też tak mamy, nie? Wokół nas dużo ludzi, którzy radzą i pomagają, tylko....trzeba mądrze wybierać , kogo słuchać.
A na koniec historia z początku. Bo zanim zaczęłyśmy tańce i ćwiczenia było małe wprowadzenie. I z tym chcę Cię dziś zostawić.
Pomyśl do czego teraz dążysz, co jest celem, który realizujesz.
Co by było, gdybyś nic z tego nie osiągnęła, gdyby nic z tego nie spełniło się w Twoim życiu?
wtorek, 23 września 2014
ludzie!
Najważniejsi są ludzie, wiesz? Stale mi się to przewija przez głowę. I w tym czwartym tygodniu jestem już przywiązana do moich kolegów. Bardzo. Za bardzo. Musiałam się czegoś chwycić, żeby tu nie utonąć. Po trzech tygodniach nieczułości, braku tęsknoty, braku łez, nagle się okazało, że jestem człowiekiem. Trochę mi za Wami smutno. Ot, tak troszeczkę.
Chciałabym posiedzieć z dziewczynami, może wypić wino, ale przede wszystkim pogadać, na luzie. Bo tak jest fajnie, fajosko. Ale już męczy mnie dowcip męski, aczkolwiek oni naprawdę się starają. Męczy mnie bycie jedyną kobietą w dziale, choć to się wiąże z wieloma dogodnościami, to chyba już mam za duże zapędy do matkowania im i wykorzystywania swojej kobiecości przy zauważaniu drobnych szczegółów i innych ważnych spraw przez męskie oko gubionych.
A po ostatniej delegacji i chorowaniu po niej, to już w ogóle darzę ich za dużą troską i za dużym przywiązaniem.
A może to wynika z mojej kobiecości? Że muszę kochać i dbać i troszczyć się?
Nie wiem. Myślę, że będę to rozważać jeszcze wiele wiele razy i że niebawem do tego powrócę. :)
Chciałabym posiedzieć z dziewczynami, może wypić wino, ale przede wszystkim pogadać, na luzie. Bo tak jest fajnie, fajosko. Ale już męczy mnie dowcip męski, aczkolwiek oni naprawdę się starają. Męczy mnie bycie jedyną kobietą w dziale, choć to się wiąże z wieloma dogodnościami, to chyba już mam za duże zapędy do matkowania im i wykorzystywania swojej kobiecości przy zauważaniu drobnych szczegółów i innych ważnych spraw przez męskie oko gubionych.
A po ostatniej delegacji i chorowaniu po niej, to już w ogóle darzę ich za dużą troską i za dużym przywiązaniem.
A może to wynika z mojej kobiecości? Że muszę kochać i dbać i troszczyć się?
Nie wiem. Myślę, że będę to rozważać jeszcze wiele wiele razy i że niebawem do tego powrócę. :)
środa, 17 września 2014
O dziurach.
Znowu jedna myśl krótka. Ostatnio dużo u mnie konfrontacji z różnego rodzaju stratami. Taki czas, cóż poradzę. Na pewno napisze o tym więcej, w końcu muszę Ci opowiedzieć o Dzielnych! W każdym razie, natknęłam się przy różnych rozmyślaniach i modlitwie na znany fragment z Izajasza:
Duch Pana Boga nade mną,
bo Pan mnie namaścił.
Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim,
by opatrywać rany serc złamanych,
by zapowiadać wyzwolenie jeńcom
i więźniom swobodę;
aby obwieszczać rok łaski Pańskiej,
i dzień pomsty naszego Boga;
aby pocieszać wszystkich zasmuconych,
<by rozweselić płaczących na Syjonie>,
aby im wieniec dać zamiast popiołu,
olejek radości zamiast szaty smutku,
pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu.
Nie pamiętam, żebym wcześniej zwróciła uwagę na te ostatnie wersy. A one są genialne! Wieniec zwycięstwa, piękno z popiołów, namaszczenie głowy olejkiem, pieśń życia!
I myśląc o tym nowym życiu, które On wznieca z popiołów, miałam piękny obraz Boga Ogrodnika, który zajmuje się ranami serca. Kiedy w sercu jest dziura, On ją oczyszcza, czasem może nawet pogłębia, potem sypie tam nową ziemię, która będzie sprzyjać rozwojowi, wkłada ziarenko, podlewa Wodą Żywą i tak w tej dziurze wyrasta cudowny kwiat! I absolutnie wszystko może tak przemienić. Cudne, nie? :D
"Oto czynię wszystko nowe." Ap 21,5
Duch Pana Boga nade mną,
bo Pan mnie namaścił.
Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim,
by opatrywać rany serc złamanych,
by zapowiadać wyzwolenie jeńcom
i więźniom swobodę;
aby obwieszczać rok łaski Pańskiej,
i dzień pomsty naszego Boga;
aby pocieszać wszystkich zasmuconych,
<by rozweselić płaczących na Syjonie>,
aby im wieniec dać zamiast popiołu,
olejek radości zamiast szaty smutku,
pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu.
Nie pamiętam, żebym wcześniej zwróciła uwagę na te ostatnie wersy. A one są genialne! Wieniec zwycięstwa, piękno z popiołów, namaszczenie głowy olejkiem, pieśń życia!
I myśląc o tym nowym życiu, które On wznieca z popiołów, miałam piękny obraz Boga Ogrodnika, który zajmuje się ranami serca. Kiedy w sercu jest dziura, On ją oczyszcza, czasem może nawet pogłębia, potem sypie tam nową ziemię, która będzie sprzyjać rozwojowi, wkłada ziarenko, podlewa Wodą Żywą i tak w tej dziurze wyrasta cudowny kwiat! I absolutnie wszystko może tak przemienić. Cudne, nie? :D
"Oto czynię wszystko nowe." Ap 21,5
piątek, 5 września 2014
piękne=smutne?
Nie wiem, czy Ty też tak masz. Ale mi się to ostatnio zdarza często. Że łapie się na myśli, że coś jest tak piękne, że aż smutne. I wiele rzeczy przyprawia mnie o smutek, o łzy, o ciche westchnienie. A może to... wzruszenie? :) Tylko ja w swojej twardości i upartości nie pozwalam sobie na taki odruch?
Nie wiem.
Wiem za to, że wrocławska fontanna multimedialna jest przecudna! Nawet w dzień, gdy nie widać jej kolorów. I płakanie przy niej wydaje się być właściwe. Takie łączenie się z wodą ;)
Dużo u mnie piękna po tym pierwszym tygodniu pracy. Na szczęście łez niewiele, ale wzruszeń milion! :)
Nie wiem.
Wiem za to, że wrocławska fontanna multimedialna jest przecudna! Nawet w dzień, gdy nie widać jej kolorów. I płakanie przy niej wydaje się być właściwe. Takie łączenie się z wodą ;)
Dużo u mnie piękna po tym pierwszym tygodniu pracy. Na szczęście łez niewiele, ale wzruszeń milion! :)
środa, 3 września 2014
O cierpieniu krótka myśl.
Śpiewałam sobie ostatnio pod nosem pieśń "Błogosławcie Pana" i uderzył mnie jakoś szczególnie pierwszy wers. Wiele już razy tą pieśń słyszałam i śpiewałam i nie zwracałam na to większej uwagi.
"Błogosławicie Pana wszystkie Jego dzieła, które by nie kwitły, gdyby nie cierpienie".
Cierpienie to temat z którym jakoś się zmagam od dłuższego czasu. Wiele we mnie pytań, a odpowiedzi brak. Gdzie sens?
I powoli rodzi się we mnie zgoda. Zgoda na to, że nie rozumiem, co więcej, zgoda na to, że pewnie w tym życiu nie zrozumiem, że nie dostanę wszystkich odpowiedzi. Zgoda na to, jak moje życie wyglądało i jak wygląda. Akceptacja.
W końcu skoro moje życie jest w rękach Tego, który jest troskliwym, wszechwiedzącym, wszechmocnym i miłosiernym Tatą, to czy mogło się zdarzyć coś bez sensu? Coś, co nie przyniesie mi pożytku? Odpowiedź jest jasna.
Wracając do pieśni. Te dwa słowa: "kwitnąć" i "cierpienie" przypomniały mi cytat z "Urzekającej":
Pozostanie ściśniętą w pąku było bardziej bolesne, niż podjęcie ryzyka rozkwitnięcia.
Dodam do tego jeszcze jeden fragment.
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. J 12, 24
Ja tak zaczynam na to patrzeć: każda rana jest moją szansą, jest podwaliną zmiany. Kiedy umieram dla siebie, dla bliskich, kiedy umierają moje plany, relacje, marzenia, wtedy mogę przynieść owoc. Coś we mnie umiera i coś nowego się rodzi. I w te dziury mojego serca wchodzi Ten, który to wszystko przemienia, który rozlewa w nich swoje błogosławieństwo. Żebym rozkwitała. Żebym była najpiękniejszą wersją samej siebie.
https://www.youtube.com/watch?v=2RR02gmrOpA
"Błogosławicie Pana wszystkie Jego dzieła, które by nie kwitły, gdyby nie cierpienie".
Cierpienie to temat z którym jakoś się zmagam od dłuższego czasu. Wiele we mnie pytań, a odpowiedzi brak. Gdzie sens?
I powoli rodzi się we mnie zgoda. Zgoda na to, że nie rozumiem, co więcej, zgoda na to, że pewnie w tym życiu nie zrozumiem, że nie dostanę wszystkich odpowiedzi. Zgoda na to, jak moje życie wyglądało i jak wygląda. Akceptacja.
W końcu skoro moje życie jest w rękach Tego, który jest troskliwym, wszechwiedzącym, wszechmocnym i miłosiernym Tatą, to czy mogło się zdarzyć coś bez sensu? Coś, co nie przyniesie mi pożytku? Odpowiedź jest jasna.
Wracając do pieśni. Te dwa słowa: "kwitnąć" i "cierpienie" przypomniały mi cytat z "Urzekającej":
Pozostanie ściśniętą w pąku było bardziej bolesne, niż podjęcie ryzyka rozkwitnięcia.
Dodam do tego jeszcze jeden fragment.
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. J 12, 24
Ja tak zaczynam na to patrzeć: każda rana jest moją szansą, jest podwaliną zmiany. Kiedy umieram dla siebie, dla bliskich, kiedy umierają moje plany, relacje, marzenia, wtedy mogę przynieść owoc. Coś we mnie umiera i coś nowego się rodzi. I w te dziury mojego serca wchodzi Ten, który to wszystko przemienia, który rozlewa w nich swoje błogosławieństwo. Żebym rozkwitała. Żebym była najpiękniejszą wersją samej siebie.
https://www.youtube.com/watch?v=2RR02gmrOpA
poniedziałek, 1 września 2014
Odpocząć.
Też mam ostatnio zakręcony czas. A to dorywcza praca, spotkania z ważnymi ludźmi, rozjazdy, przejazdy, krakowskie kawiarnie, spełniane marzenia, nowe projekty.... Ciągle coś. I to dobre, bardzo dobre! Ale przez to, że ciągle coś się dzieje, mocno czuję takie wewnętrzne zmęczenie, po wszystkich trudach tego roku. Chciałabym na chwilę od wszystkiego uciec.
Nie pamiętam, żebym kiedyś tak tęskniła za rekolekcyjnym czasem. Za ciszą i spotkaniem z Nim. Serce mi podpowiada, że to jedyne lekarstwo na moje zmęczenie, że tego teraz potrzebuję. Że nowy akademicki rok, który już tuż tuż, będzie nie do przejścia ze spokojnym sercem, jeśli teraz nie dam mu w ciszy przemówić. Że potrzebuję takiego 'naładowania akumulatorów'. Nowej siły i nowej nadziei.
Więc zamykam bloga i szukam miejsca, na przeżycie moich osobistych rekolekcji.
Nie pamiętam, żebym kiedyś tak tęskniła za rekolekcyjnym czasem. Za ciszą i spotkaniem z Nim. Serce mi podpowiada, że to jedyne lekarstwo na moje zmęczenie, że tego teraz potrzebuję. Że nowy akademicki rok, który już tuż tuż, będzie nie do przejścia ze spokojnym sercem, jeśli teraz nie dam mu w ciszy przemówić. Że potrzebuję takiego 'naładowania akumulatorów'. Nowej siły i nowej nadziei.
Więc zamykam bloga i szukam miejsca, na przeżycie moich osobistych rekolekcji.
czwartek, 28 sierpnia 2014
wszyscy się czymś stresujemy.
Moje ostatnie milczenie to trochę zaniedbanie. To bieganie w te i we wte za ludźmi, za rzeczami, z pudełkami i innymi sprawunkami. Jeszcze kilka dni i się przeprowadzę, spróbuję ustatkować choć na ten krótki moment.
Tymczasem miałam ostatnio dużo rozmów, częściowo z tymi samymi ludźmi. I doszliśmy w pewnym momencie to wniosku, którym chciałam się z Tobą podzielić.
Mianowicie "wszyscy się czymś stresujemy".
A to, że nowe studia, albo nie pozdawane jeszcze egzaminy. Albo że nowa praca, albo w ogóle pierwsza. Albo że jej ciągle (lub znów) nie ma. I nowe mieszkanie, nowi współlokatorzy albo nie wiadomo co jeszcze.
W każdym razie każdego z nas coś nęka i pewnie tak już będzie zawsze, do końca. I pojawia się pytanie: czy się tym dzielić i obciążać naszych najbliższych?
Nie umiem na nie odpowiedzieć, ale widzę jakie wsparcie ostatnio otrzymałam. Nawet samo siedzenie i patrzenie jak dzielę moje graty na trzy pudełka było niesamowicie pomocne.
I rodzi się w moim sercu ogromna wdzięczność za ludzi, których Pan Bóg postawił na mojej drodze życia. Za tych, którzy teraz, w tym ostatnim czasie byli blisko. I nawet jeśli nam się nie uda utrzymać tych znajomości do końca, to one są naprawdę teraz ważne. Więc dziękuję i ma radość nie ma końca.
Tymczasem miałam ostatnio dużo rozmów, częściowo z tymi samymi ludźmi. I doszliśmy w pewnym momencie to wniosku, którym chciałam się z Tobą podzielić.
Mianowicie "wszyscy się czymś stresujemy".
A to, że nowe studia, albo nie pozdawane jeszcze egzaminy. Albo że nowa praca, albo w ogóle pierwsza. Albo że jej ciągle (lub znów) nie ma. I nowe mieszkanie, nowi współlokatorzy albo nie wiadomo co jeszcze.
W każdym razie każdego z nas coś nęka i pewnie tak już będzie zawsze, do końca. I pojawia się pytanie: czy się tym dzielić i obciążać naszych najbliższych?
Nie umiem na nie odpowiedzieć, ale widzę jakie wsparcie ostatnio otrzymałam. Nawet samo siedzenie i patrzenie jak dzielę moje graty na trzy pudełka było niesamowicie pomocne.
I rodzi się w moim sercu ogromna wdzięczność za ludzi, których Pan Bóg postawił na mojej drodze życia. Za tych, którzy teraz, w tym ostatnim czasie byli blisko. I nawet jeśli nam się nie uda utrzymać tych znajomości do końca, to one są naprawdę teraz ważne. Więc dziękuję i ma radość nie ma końca.
sobota, 16 sierpnia 2014
Bronić siebie.
Miałam małą sprzeczkę, w której usłyszałam dosyć przykre słowa. I pierwszy raz w całym moim życiu wyszłam im naprzeciw. Wiedziałam, że były nieprawdą. Stanęłam sama w swojej obronie. To dla mnie trochę nowość. Bo wiesz, przez długie lata słuchałam podszeptów złego, że jaka to ja jestem do niczego, ani to mądre, ani ładne, ani nic dobrze zrobić nie umie... Chyba wiesz jak to jest nie? W końcu kto z nas tego nie przeżywał. Potem przyszło moje nawrócenie i powoli do tych wszystkich kłamstw zaczęła wkradać się Prawda. I Słowo, które jest "żywe,
skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, zdolne osądzić pragnienia i
myśli serca". I przemieniło mnie aż tak, że wytoczyłam ciężkie działa naprzeciw nieprzyjaciela kłamstwom. Dumna jestem z siebie, muszę powiedzieć. Cała ta sytuacja dodała mi dużo odwagi. Odwagi, żeby bronić swojego serca.
"Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było BARDZO DOBRE" Rdz 1,27; 31
"Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było BARDZO DOBRE" Rdz 1,27; 31
czwartek, 14 sierpnia 2014
Pielgrzymkowe cuda.
Nie lubię powrotów. Te 7 dni dreptania z Dominikanami to czas tak wyjątkowy i tak oderwany od rzeczywistości, tak przesiąknięty Bożą łaskawością i obecnością, tak cieszący i wymagający, że kiedy człowiek wraca na stare śmieci, to nie umie się jakoś odnaleźć...
I myślę sobie, że cały czar pielgrzymki polega na dzieleniu swojej modlitwy, swojego czasu, swoich rozmów i milczenia z ludźmi, którzy wierzą jak ja, z ludźmi o pięknych historiach i sercach, z ludźmi, przed którymi nie trzeba jakoś ukrywać swoich poglądów, swojej religijności, swojego zachwytu Bogiem. Dlatego potem powroty do rzeczywistości są trudne. Dla mnie.
Muszę Ci powiedzieć, że w tym roku wyjątkowo odczułam opiekę Taty. Miałam ze sobą tylko kilka złotych i na początku martwiłam się, jak to będzie, przecież coś na ząb trzeba będzie kupić... ale jak się Mu wszystko odda to sam o wszystko się zatroszczy! I wszystkiego miałam w obfitości, za sprawą szczodrych ludzi, którzy zawsze byli obok. Puentą niech będzie sytuacja z ostatniego postoju na dzień przed wejściem do Częstochowy. Ledwo zdążyłam powiedzieć, że 'nie mam nic na kolację', a tu zjawił się pan rozdający drożdżówki! :)
I przez cały czas pielgrzymowania Tata powtarzał mi jedno: "patrz na Mnie, nie trać Mnie z oczu". I z tym przyjechałam i w tym staram się trwać. Codziennie.
I myślę sobie, że cały czar pielgrzymki polega na dzieleniu swojej modlitwy, swojego czasu, swoich rozmów i milczenia z ludźmi, którzy wierzą jak ja, z ludźmi o pięknych historiach i sercach, z ludźmi, przed którymi nie trzeba jakoś ukrywać swoich poglądów, swojej religijności, swojego zachwytu Bogiem. Dlatego potem powroty do rzeczywistości są trudne. Dla mnie.
Muszę Ci powiedzieć, że w tym roku wyjątkowo odczułam opiekę Taty. Miałam ze sobą tylko kilka złotych i na początku martwiłam się, jak to będzie, przecież coś na ząb trzeba będzie kupić... ale jak się Mu wszystko odda to sam o wszystko się zatroszczy! I wszystkiego miałam w obfitości, za sprawą szczodrych ludzi, którzy zawsze byli obok. Puentą niech będzie sytuacja z ostatniego postoju na dzień przed wejściem do Częstochowy. Ledwo zdążyłam powiedzieć, że 'nie mam nic na kolację', a tu zjawił się pan rozdający drożdżówki! :)
I przez cały czas pielgrzymowania Tata powtarzał mi jedno: "patrz na Mnie, nie trać Mnie z oczu". I z tym przyjechałam i w tym staram się trwać. Codziennie.
poniedziałek, 28 lipca 2014
i widzę.
Ostatnie tygodnie były dla mnie bardzo trudne, wiesz? Pewnie widziałaś sama, że staram się trzymać prosto jednocześnie robiąc wszystko na 100%. I że chodzę zmęczona a udaję że nie.
I tyle wypłakałam łez ostatnio! I było ciężko, choć wiedziałam, że On przy mnie jest. To było ciężko.
I teraz to widzę. Że robiłam wszystko na maksa. I że za dużo tego było. Ale jeszcze chwilę.
Choć stres już ze mnie schodzi i chce mi się płakać i leżeć na podłodze i tyle. Potrzebuję już odpocząć.
Jeszcze trochę, troszeczkę, dam radę. Prawda?
I mam taką obserwację, że bardzo ważni są ludzie wokół nas. Że bez nich ani rusz.
I widzę konkretnie kogo Pan Bóg stawia na mojej drodze. I mówi mi: Daję Ci tego i tego, tą i tą. Dla Ciebie. Oni Cię będą teraz wspierać. Może chwilę, ale są. Ważni. Dla mnie. Specjalnie. Nie przypadkiem. I może trzeba będzie dalej iść. Bez nich, ale z innymi. Ale na zawsze pozostaną dla mnie ważni.
Oj, zaraz się popłaczę, czas odpocząć, oj czas.
Idę świętować! Teraz czas radości wreszcie! Choć chwilę się cieszmy!
Powinnam napisać posta o tym, że ten koniec jest początkiem... ale chyba mi nie wyszło ;)
W każdym razie: ulga, nadzieja i radość. To na najbliższe dni :)
Dla tych co nie wtajemniczeni: tak, zostałam dziś panią magister (inżynier)!!!! :D
I tyle wypłakałam łez ostatnio! I było ciężko, choć wiedziałam, że On przy mnie jest. To było ciężko.
I teraz to widzę. Że robiłam wszystko na maksa. I że za dużo tego było. Ale jeszcze chwilę.
Choć stres już ze mnie schodzi i chce mi się płakać i leżeć na podłodze i tyle. Potrzebuję już odpocząć.
Jeszcze trochę, troszeczkę, dam radę. Prawda?
I mam taką obserwację, że bardzo ważni są ludzie wokół nas. Że bez nich ani rusz.
I widzę konkretnie kogo Pan Bóg stawia na mojej drodze. I mówi mi: Daję Ci tego i tego, tą i tą. Dla Ciebie. Oni Cię będą teraz wspierać. Może chwilę, ale są. Ważni. Dla mnie. Specjalnie. Nie przypadkiem. I może trzeba będzie dalej iść. Bez nich, ale z innymi. Ale na zawsze pozostaną dla mnie ważni.
Oj, zaraz się popłaczę, czas odpocząć, oj czas.
Idę świętować! Teraz czas radości wreszcie! Choć chwilę się cieszmy!
Powinnam napisać posta o tym, że ten koniec jest początkiem... ale chyba mi nie wyszło ;)
W każdym razie: ulga, nadzieja i radość. To na najbliższe dni :)
Dla tych co nie wtajemniczeni: tak, zostałam dziś panią magister (inżynier)!!!! :D
poniedziałek, 7 lipca 2014
Rodzeństwo.
Ostatnio nawet zatęskniło mi się za domem. Lubię wracać. Lubię się cieszyć obecnością mojej wspaniałej rodziny :) Zachwyca mnie dorastanie mojego młodszego rodzeństwa, dojrzałość ich słów i gestów. Jestem z nich dumna. Z tej ich różnorodności, talentów, poczucia humoru. Czasem wspominam stare czasy, kiedy nie było dnia bez bijatyki i kłótni, kiedy było wzajemne wykorzystywanie i kiedy nie było o czym gadać, kiedy każdy chował swoje sekrety....A im jesteśmy starsi, tym nasze rozmowy są bardziej wartościowe, szczere i cieszące. Wiadomo, kłótnie są, no bo gdzie ich nie ma? Ale tyle wspólnie spędzonych pięknych chwil mamy już na koncie! I rodzinne wakacje to dla nas nie przeżytek, ale fajna przygoda. Mimo, żeśmy starzy.
Nie wyobrażam sobie życia bez rodzeństwa. Bez dzielenia się tym co u nas słychać, bez wzajemnego uczenia się świata...Szalenie się cieszę, że mogę być blisko nich i patrzeć jak się rozwijają. Tyle szczęścia!
Nie wyobrażam sobie życia bez rodzeństwa. Bez dzielenia się tym co u nas słychać, bez wzajemnego uczenia się świata...Szalenie się cieszę, że mogę być blisko nich i patrzeć jak się rozwijają. Tyle szczęścia!
czwartek, 3 lipca 2014
Dawać życie.
To co powiedziałaś, przypomniało mi o przeczytanej kiedyś ważnej kwestii - naszym powołaniu. Kobieta jest powołana do tego, żeby dawać życie. I do relacji. Do trwania w relacjach przeróżnych, do dbania o nie, do poświęcania się im. I to wszystko jest w sercu każdej Kobiety, czasem tylko bardziej lub mniej ukryte...
Tylko że to o wiele więcej niż 'rodzenie dzieci i posiadania męża'. Wiadomo, czasem jest nam to dane a czasem nie. Ale to nie znaczy, że jak któraś nie zostaje matką albo żoną to będzie całe życie nieszczęśliwa i niespełniona.
Zrozumiałam to jakiś czas temu już. Że daję życie. Że to właśnie JA mam je dawać, że to jedno z moich zadań. Że kiedy wchodzę do mieszkania moich przyjaciół, to mam ze sobą wnosić radość, pokój, wolność. Że mam być kobietą, przy której inni mogą się odprężyć, mogą być sobą, cierpliwą i łagodną. Że swoją delikatnością mam poruszać to co jakoś umarło w sercach moich bliskich. Może wiarę? Nadzieję?
Mam powoływać do życia relacje, dbać o nie i oddawać się im cała. I to nic, że ranią. Tak będzie zawsze, ludzie są tylko ludźmi, zawodzą. Ale powołanie wpisane w serce zostaje. I już nie chcę przed tym uciekać.
Jak tak sobie o tym myślę, to Ten na górze niesamowicie to wymyślił! Tyle ważnych zadań wkłada w moje i Twoje ręce! I jak to cieszy! :)
Tylko...wiadomo, swoją siła to ja mogę tyle co nic. Bo jak dawać życie, nadzieję i radość kiedy się jej nie ma w sobie? Na szczęście jest taki Jeden, który to wszystko daje. Za darmo i obficie.
Tylko że to o wiele więcej niż 'rodzenie dzieci i posiadania męża'. Wiadomo, czasem jest nam to dane a czasem nie. Ale to nie znaczy, że jak któraś nie zostaje matką albo żoną to będzie całe życie nieszczęśliwa i niespełniona.
Zrozumiałam to jakiś czas temu już. Że daję życie. Że to właśnie JA mam je dawać, że to jedno z moich zadań. Że kiedy wchodzę do mieszkania moich przyjaciół, to mam ze sobą wnosić radość, pokój, wolność. Że mam być kobietą, przy której inni mogą się odprężyć, mogą być sobą, cierpliwą i łagodną. Że swoją delikatnością mam poruszać to co jakoś umarło w sercach moich bliskich. Może wiarę? Nadzieję?
Mam powoływać do życia relacje, dbać o nie i oddawać się im cała. I to nic, że ranią. Tak będzie zawsze, ludzie są tylko ludźmi, zawodzą. Ale powołanie wpisane w serce zostaje. I już nie chcę przed tym uciekać.
Jak tak sobie o tym myślę, to Ten na górze niesamowicie to wymyślił! Tyle ważnych zadań wkłada w moje i Twoje ręce! I jak to cieszy! :)
Tylko...wiadomo, swoją siła to ja mogę tyle co nic. Bo jak dawać życie, nadzieję i radość kiedy się jej nie ma w sobie? Na szczęście jest taki Jeden, który to wszystko daje. Za darmo i obficie.
środa, 2 lipca 2014
urojenia
Miałam ostatnio taki głupi czas, wiesz?
Siedziałam koło matek, moich rówieśniczek i myślałam sobie: nie, to nie dla Ciebie.
Chodziłam na te śluby i gdzieś w głębi duszy słyszałam: nie będzie Ci to dane.
Patrzyłam z tęsknotą na cudze dzieci.
Zaczynałam od nowa relacje z tymi, co byli sami, a są teraz razem.
I nie mogłam się w tym wszystkim odnaleźć.
I tak sobie powoli uświadamiam, że nie wiem skąd się biorą takie kłamstwa. Ciągłe powtarzanie sobie, że nie. Że nie chcę, że nie teraz, że nie dla mnie. Przekonywanie siebie.
I potem jak mi mówią, że kogoś mi znajdą, to się zapieram rękami i nogami, że mi dobrze.
Wiesz co?
Najistotniejszy w tym wszystkim jest On. Jedyny.Właściwy.
Pan i Bóg mój.
Bez Niego ani rusz. Nic bym nie zrobiła. Nigdzie bym nie dotarła.
I to On ma być zawsze Pierwszy, a cała reszta jaka będzie.. jaka będzie...
Siedziałam koło matek, moich rówieśniczek i myślałam sobie: nie, to nie dla Ciebie.
Chodziłam na te śluby i gdzieś w głębi duszy słyszałam: nie będzie Ci to dane.
Patrzyłam z tęsknotą na cudze dzieci.
Zaczynałam od nowa relacje z tymi, co byli sami, a są teraz razem.
I nie mogłam się w tym wszystkim odnaleźć.
I tak sobie powoli uświadamiam, że nie wiem skąd się biorą takie kłamstwa. Ciągłe powtarzanie sobie, że nie. Że nie chcę, że nie teraz, że nie dla mnie. Przekonywanie siebie.
I potem jak mi mówią, że kogoś mi znajdą, to się zapieram rękami i nogami, że mi dobrze.
Wiesz co?
Najistotniejszy w tym wszystkim jest On. Jedyny.Właściwy.
Pan i Bóg mój.
Bez Niego ani rusz. Nic bym nie zrobiła. Nigdzie bym nie dotarła.
I to On ma być zawsze Pierwszy, a cała reszta jaka będzie.. jaka będzie...
piątek, 27 czerwca 2014
kobiecy organizm mistrzem kamuflażu
Taką mam ostatnio obserwację, wiesz?
Że kobiety zdecydowanie bardziej potrafią ukrywać różne bóle, zmartwienia, niepokoje. Oczywiście do pewnej granicy :)
Stałam ostatnio umordowana, bolejąca i ledwie kontaktująca, z chłopakami i rozmawialiśmy. I coś tam zeszło na to co u mnie i ja mówię, że jestem wytyrana ostatnio, że sił nie mam, a oni zgodnym chórkiem: "Ale świetnie wyglądasz! Wcale nie wyglądasz jakbyś nie miała już sił!". Nie wiem, może powinnam to potraktować jako komplement, a może jako ich niewiarę w to, że czasem muszę odpocząć? :)
Ale to już nie pierwszy raz mi się to zdarza, bywało że chodziłam chora i nikt nie zauważał i wszyscy potem się dziwili, że jak to, ja chora?
I tak sobie myślę, że nie wiem, że może to zła opcja, że może powinnam nad tym popracować? I jak być zmęczoną, to na fest? A jak być chorą to na całego i mdleć a nie słuchać "świetnie wyglądasz!"? Sama nie wiem.. :)
Wiem natomiast że stresu w pewnym momencie ukryć już nie potrafię, a przynajmniej nie przed wszystkimi. ;)
Że kobiety zdecydowanie bardziej potrafią ukrywać różne bóle, zmartwienia, niepokoje. Oczywiście do pewnej granicy :)
Stałam ostatnio umordowana, bolejąca i ledwie kontaktująca, z chłopakami i rozmawialiśmy. I coś tam zeszło na to co u mnie i ja mówię, że jestem wytyrana ostatnio, że sił nie mam, a oni zgodnym chórkiem: "Ale świetnie wyglądasz! Wcale nie wyglądasz jakbyś nie miała już sił!". Nie wiem, może powinnam to potraktować jako komplement, a może jako ich niewiarę w to, że czasem muszę odpocząć? :)
Ale to już nie pierwszy raz mi się to zdarza, bywało że chodziłam chora i nikt nie zauważał i wszyscy potem się dziwili, że jak to, ja chora?
I tak sobie myślę, że nie wiem, że może to zła opcja, że może powinnam nad tym popracować? I jak być zmęczoną, to na fest? A jak być chorą to na całego i mdleć a nie słuchać "świetnie wyglądasz!"? Sama nie wiem.. :)
Wiem natomiast że stresu w pewnym momencie ukryć już nie potrafię, a przynajmniej nie przed wszystkimi. ;)
wtorek, 24 czerwca 2014
Egzaminy
Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która tak między słowami rzuciła, że przed egzaminami modli się za naszych prowadzących, o łagodność. To był dla mnie taki pstryczek w nos. Chyba nigdy wcześniej o tym nie myślałam. Była modlitwa o łatwe pytania, o pokój serca i ufność, o siły do nauki....Ale za egzaminatorów?
A przecież to takie ważne, zwłaszcza kiedy się staje w kimś twarzą w twarz. Żeby mieć do niego szacunek i miłość w sercu. I żeby ta druga strona też ją miała do mnie. Od razu jakoś tak inaczej się patrzy i myśli o tych, za których się modli.
Więc przed nadchodzącym wielkimi krokami egzaminem - proszę o łagodność i cierpliwość dla tych, którzy będą mnie oceniać.
A przecież to takie ważne, zwłaszcza kiedy się staje w kimś twarzą w twarz. Żeby mieć do niego szacunek i miłość w sercu. I żeby ta druga strona też ją miała do mnie. Od razu jakoś tak inaczej się patrzy i myśli o tych, za których się modli.
Więc przed nadchodzącym wielkimi krokami egzaminem - proszę o łagodność i cierpliwość dla tych, którzy będą mnie oceniać.
sobota, 21 czerwca 2014
Najpiękniejsze Boże Ciało
Już od kilku lat nie byłam na procesji. Odkąd wyjechałam do Krakowa to chyba nie wróciłam do domu na to Święto. Zastanawiałam się, gdzie byłam w tamtym roku. Wtedy już przecież nawrócona i rozumiejąca więcej... Nie pamiętam. Ale to Boże Ciało zapadło mi w pamięć. Kapliczka w górach, widok wprost na Giewont, niebo jasne i bez jednej chmurki, kobiety w pięknych góralskich strojach, mężczyźni śpiewający mocnymi głosami....Pięknie! I ta Jego bliskość, Jego wzrok pełen Miłości.
Góry mnie zaczarowały. I górale. To jest dla mnie naprawdę inny świat, inna mentalność, inne charaktery, no wszystko inne. Urzekające.
Myślę sobie, że ten dzień, to był wspaniały prezent od Tego, który kocha.
"Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu." J 6,33
Góry mnie zaczarowały. I górale. To jest dla mnie naprawdę inny świat, inna mentalność, inne charaktery, no wszystko inne. Urzekające.
Myślę sobie, że ten dzień, to był wspaniały prezent od Tego, który kocha.
"Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu." J 6,33
niedziela, 8 czerwca 2014
Pocieszyciel.
I nadszedł ten dzień. Gdy oficjalnie Go wzywamy.
A przecież. Bez Niego nic się nie da. Ani wierzyć, ani cieszyć się, ani żyć.
Nie zabieraj się do pracy bez wezwania Jego pomocy.
Nie próbuj wchodzić w tęsknoty za tym co może kiedyś będzie (a może nie) bez Jego światła.
Ufaj.
Idź w Jego cieniu.
Zawsze.
Nie tylko dzisiaj.
A przecież. Bez Niego nic się nie da. Ani wierzyć, ani cieszyć się, ani żyć.
Nie zabieraj się do pracy bez wezwania Jego pomocy.
Nie próbuj wchodzić w tęsknoty za tym co może kiedyś będzie (a może nie) bez Jego światła.
Ufaj.
Idź w Jego cieniu.
Zawsze.
Nie tylko dzisiaj.
wtorek, 20 maja 2014
nie zatrzymuj.
Masz czasem tak, że budzisz się rano i nic Ci nie idzie, nie wychodzi? I chodzisz zła i tylko się chce płakać?
Dziś nie działa mi nic, żaden z programów których mega akurat dziś potrzebuję. Więc stoję przed kompem i nie wiem co ze sobą zrobić. Jestem uziemiona, uzależniona we wszystkim co robię od komputera. A dziś jak na złość nic nie działa, więc cały plan poszedł się paść. Złośliwość rzeczy martwych. Więc wszystko znów poprzekładam, nawarstwi mi się to jeszcze bardziej, znów nie będę mieć czasu i będę chodzić zestresowana.
Chyba najgłupszy pomysł to zatrzymanie się tutaj. Nic w tym momencie nie zrobię, trzeba przeskoczyć nad tym co od nas niezależne i brnąć dalej, do przodu. I nie zgubić Celu i Światła. Nie dać się pochłonąć przez mrok.
Dziś nie działa mi nic, żaden z programów których mega akurat dziś potrzebuję. Więc stoję przed kompem i nie wiem co ze sobą zrobić. Jestem uziemiona, uzależniona we wszystkim co robię od komputera. A dziś jak na złość nic nie działa, więc cały plan poszedł się paść. Złośliwość rzeczy martwych. Więc wszystko znów poprzekładam, nawarstwi mi się to jeszcze bardziej, znów nie będę mieć czasu i będę chodzić zestresowana.
Chyba najgłupszy pomysł to zatrzymanie się tutaj. Nic w tym momencie nie zrobię, trzeba przeskoczyć nad tym co od nas niezależne i brnąć dalej, do przodu. I nie zgubić Celu i Światła. Nie dać się pochłonąć przez mrok.
środa, 14 maja 2014
wdzięczności.
Słyszysz jak pada? Ma tak padać najbliższy tydzień... może Wisła znów wyleje? Nie mam butów na taką pogodę, może to i lepiej, posiedzę w domu i zrobię co zrobione ma być.
Dziś, nocą, mam takie wdzięczności. Za ludzi. Do Ojca. Za to, że ich postawił na mojej drodze. Za to, że mam komu opowiedzieć o moich trudnych decyzjach, o tym co mnie boli i męczy. Albo o radościach.
I chociaż gdy słyszę ten deszcz, ciemno za oknem aż chce mi się płakać. To jednak przepełnia mnie wdzięczność i spokój.
Jest dobrze, choć pęd i dużo na głowie. Umocniona Duchem, chciałabym iść i głosić. A muszę to w normalny, codzienny sposób wpleść....
Więc na razie dziękuję. Za to, co jest.
czwartek, 8 maja 2014
Wstawiennictwo
Dziś przy jeden z rozmów pomyślałam sobie, że jesteśmy szczęściarami, bo mamy bliskich, których można poprosić o modlitwę w trudnym czasie. Czy to nie wspaniałe? Kiedy jest problem wystarczy jeden sms i już wiem, że mam duchowe wsparcie. I tyle osób, które pomogą! To wielka pociecha przecież jest, a chyba jakoś na co dzień tego nie doceniam...Dziś na przykład wymodlony mały cud na egzaminie :)
Więc dziękuję, że mam swoich wstawienników. I że ja mogę się wstawiać za bliskimi, a czasem i za nieznajomymi spotkanymi na ulicy. I wiesz, ostatnio Bóg spełnił moje marzenie :D
Rok temu byłam na spotkaniu z charyzmatyczką Marią Vadią. Opowiadała o tym, że kiedy kogoś w jej rodzinie coś boli, to zamiast sięgać po tabletki modlą się. I że nawet jej małe wnuki tak robią! I że przecież to powinna być dla nas norma...Wtedy pomyślałam sobie, że nie ma opcji, że gdzie ja proponująca taką modlitwę w mojej rodzinie, podchodząca do obcej osoby? Ale zapłonęło we mnie pragnienie, żeby móc tak zrobić. Żeby być na tyle odważną, żeby z wiarą prosić o czyjeś uzdrowienie. I wiesz co? Kiedy byłam na Litwie jedna z dziewczyn mówiła, że ma problemy ze spaniem, że boi się nocy i nadchodzących problemów. Zaproponowałam modlitwę, ot tak, jakby to było coś najzwyczajniejszego w świecie. I ile radości mi to dało! A najwięcej zobaczenie owoców tej modlitwy. No cudne, cudne! Bóg taki dobry :D
"Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą." Łk 11, 9-10
Więc dziękuję, że mam swoich wstawienników. I że ja mogę się wstawiać za bliskimi, a czasem i za nieznajomymi spotkanymi na ulicy. I wiesz, ostatnio Bóg spełnił moje marzenie :D
Rok temu byłam na spotkaniu z charyzmatyczką Marią Vadią. Opowiadała o tym, że kiedy kogoś w jej rodzinie coś boli, to zamiast sięgać po tabletki modlą się. I że nawet jej małe wnuki tak robią! I że przecież to powinna być dla nas norma...Wtedy pomyślałam sobie, że nie ma opcji, że gdzie ja proponująca taką modlitwę w mojej rodzinie, podchodząca do obcej osoby? Ale zapłonęło we mnie pragnienie, żeby móc tak zrobić. Żeby być na tyle odważną, żeby z wiarą prosić o czyjeś uzdrowienie. I wiesz co? Kiedy byłam na Litwie jedna z dziewczyn mówiła, że ma problemy ze spaniem, że boi się nocy i nadchodzących problemów. Zaproponowałam modlitwę, ot tak, jakby to było coś najzwyczajniejszego w świecie. I ile radości mi to dało! A najwięcej zobaczenie owoców tej modlitwy. No cudne, cudne! Bóg taki dobry :D
"Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą." Łk 11, 9-10
niedziela, 4 maja 2014
niepokoje.
Mam takie niepokoje.
Co to będzie. Że jutro to może nie, ale za pół roku?!?!?
Czy zdążę się obronić, czy znajdę pracę, gdzie będę mieszkać i z kim?
Czy Ty też tak masz? Też się tego boisz?
I tak sobie myślę. Że to bez sensu.
Istotne jest tu i teraz. Masz w sercu Pana Jezusa, wierzysz że On istnieje i że Cię stworzył na swój obraz i podobieństwo, a więc Piękną? On chce dla Ciebie dobra. Więc o co tu się lękać?
Myślę, że Jedynym Pomocnym w tych niepokojach będzie Duch Święty. Prośmy Go o Łaskę wiary. I o to, żeby nie pozwalał nam wybiegać myślą zbyt daleko. Przecież będzie najlepiej jak ma być, trochę ufności! Nie ma co patrzeć w kalendarz i wybiegać myślą na pół roku dalej. No, może troszeczkę. ;)
Co to będzie. Że jutro to może nie, ale za pół roku?!?!?
Czy zdążę się obronić, czy znajdę pracę, gdzie będę mieszkać i z kim?
Czy Ty też tak masz? Też się tego boisz?
I tak sobie myślę. Że to bez sensu.
Istotne jest tu i teraz. Masz w sercu Pana Jezusa, wierzysz że On istnieje i że Cię stworzył na swój obraz i podobieństwo, a więc Piękną? On chce dla Ciebie dobra. Więc o co tu się lękać?
Myślę, że Jedynym Pomocnym w tych niepokojach będzie Duch Święty. Prośmy Go o Łaskę wiary. I o to, żeby nie pozwalał nam wybiegać myślą zbyt daleko. Przecież będzie najlepiej jak ma być, trochę ufności! Nie ma co patrzeć w kalendarz i wybiegać myślą na pół roku dalej. No, może troszeczkę. ;)
czwartek, 24 kwietnia 2014
oktawa.
Oktawa! Ósemka piękna. I mięso w piątek jeść można. I szaleć. I tańczyć i śpiewać na głos.
Odłożyłam kiełbasę na jutro. I cieszę się ze Zmartwychwstania.
Jakoś tak nie mogłam wczoraj wieczorem i dziś było ciężko. Jakieś takie smuty. Ale mi się przypomniało. Że On dla mnie ukrzyżowan i zmartwychwstał. Alleluja! Cieszmy się i weselmy!
Pięknie dziś papież Franciszek mówił. Że nie możemy być chrześcijanami-nietoperzami. Nie możemy żyć w cieniu i mroku smutków. Nasz Pan żyje! Prawdziwie! Czy to nie wystarczający powód do radości? Każdego dnia. Nie tylko w oktawie.
Odłożyłam kiełbasę na jutro. I cieszę się ze Zmartwychwstania.
Jakoś tak nie mogłam wczoraj wieczorem i dziś było ciężko. Jakieś takie smuty. Ale mi się przypomniało. Że On dla mnie ukrzyżowan i zmartwychwstał. Alleluja! Cieszmy się i weselmy!
Pięknie dziś papież Franciszek mówił. Że nie możemy być chrześcijanami-nietoperzami. Nie możemy żyć w cieniu i mroku smutków. Nasz Pan żyje! Prawdziwie! Czy to nie wystarczający powód do radości? Każdego dnia. Nie tylko w oktawie.
niedziela, 20 kwietnia 2014
Zmartwychwstały
W czasie Liturgii Paschalnej miałam myśl. O Nim. I mi uciekła. Może wróci przy kolejnym Triduum, a może dopiero u Niego.
Piękne są teksty czytań Liturgii Sobotniej. Widzimy tam przede wszystkim, że Pana Boga się czyta od tyłu. Oni większości tego co się działo, nie rozumiemy. My, mamy to szczęście, że możemy się karmić Słowem, czytać opisy i świadectwa. I wszystkie czytania, razem z psalmami tworzą taką jedność. I mówią nam niezmiennie: On Cię kocha. On umarł na krzyżu, aby Cię zbawić. Nigdy nie jesteś sam(a).
Więc wierzmy! Nie bójmy się tego! I popychajmy innych do wiary. I biegnijmy głosić, że On żyje.
Prawdziwie Zmartwychwstał!
Piękne są teksty czytań Liturgii Sobotniej. Widzimy tam przede wszystkim, że Pana Boga się czyta od tyłu. Oni większości tego co się działo, nie rozumiemy. My, mamy to szczęście, że możemy się karmić Słowem, czytać opisy i świadectwa. I wszystkie czytania, razem z psalmami tworzą taką jedność. I mówią nam niezmiennie: On Cię kocha. On umarł na krzyżu, aby Cię zbawić. Nigdy nie jesteś sam(a).
Więc wierzmy! Nie bójmy się tego! I popychajmy innych do wiary. I biegnijmy głosić, że On żyje.
Prawdziwie Zmartwychwstał!
czwartek, 10 kwietnia 2014
Siła i dobroć
Byłam wczoraj na "Niezgodnej" z dwoma przyjaciółkami. Wzdychałyśmy wszystkie do głównego bohatera, oh i ah. Zachwycająca filmowa postać, jak nic! I może nie byłoby w tym nic niezwykłego, w końcu wiadomo, każda z nas ma jakichś ulubieńców ekranowych. Ale ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mnie ruszyło! No naprawdę, coś niezwykłego...Więc zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi, czemu ten lepszy od innych.
I chyba chodzi o to, że ten główny bohater to nie żaden kochaś ani sława tylko bohater. Ale bohater o dobrym sercu. Bo wiadomo, bohaterów to w filmach na pęczki, ale jeden drugiemu nierówny. Myślę, że to, co mnie tak bardzo urzekło, to ta siła, gwałtowność i dobre serce.
A potem pomyślałam o mężczyznach w Kościele. O tych, których znam. Tych o wielkim sercu - na pęczki! Ale takich, o których mogłabym powiedzieć, że odważni i silni, to już trudniej znaleźć...Nie myślisz?
Że tak jak my-kobiety często tracimy nasze przekonanie o wyjątkowości i pięknie, które jest w nas wpisane, tak oni-mężczyźni często tracą swoje waleczne serca.
Siła i dobroć. Tak. To jest sedno. Teraz już rozumiem, dlaczego ks. Pawlukiewicz mówił, żeby nie brać za męża mężczyzny, który się nigdy nie bił i nie chodził po drzewach :P
No i jest oczywiście druga strona medalu - taki mężczyzna też szuka odpowiedniej kobiety. Ale to już inna bajka...
I chyba chodzi o to, że ten główny bohater to nie żaden kochaś ani sława tylko bohater. Ale bohater o dobrym sercu. Bo wiadomo, bohaterów to w filmach na pęczki, ale jeden drugiemu nierówny. Myślę, że to, co mnie tak bardzo urzekło, to ta siła, gwałtowność i dobre serce.
A potem pomyślałam o mężczyznach w Kościele. O tych, których znam. Tych o wielkim sercu - na pęczki! Ale takich, o których mogłabym powiedzieć, że odważni i silni, to już trudniej znaleźć...Nie myślisz?
Że tak jak my-kobiety często tracimy nasze przekonanie o wyjątkowości i pięknie, które jest w nas wpisane, tak oni-mężczyźni często tracą swoje waleczne serca.
Siła i dobroć. Tak. To jest sedno. Teraz już rozumiem, dlaczego ks. Pawlukiewicz mówił, żeby nie brać za męża mężczyzny, który się nigdy nie bił i nie chodził po drzewach :P
No i jest oczywiście druga strona medalu - taki mężczyzna też szuka odpowiedniej kobiety. Ale to już inna bajka...
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
tęsknota a marzenie.
Tak sobie myślę, ile w tej tęsknocie Twej jest marzenia? Takiego myślenia co by było gdyby...
Czy to nie tak, że ta "zła tęsknota" bardziej jest strachem, że coś nam nie wyszło?
A co z życiem tu i teraz? Ile czasu Twojego dziennego to myślenie o tym co było? A ile o tym co będzie? A gdzie teraźniejszość? Gdzie tu i teraz?
Budzę się rano i słyszę ptaszki, te wiosenne. I wiem, że śpiewają na Bożą Chwałę. A mimo wszystko ogarnia mnie myślenie, że mogło by być lepiej, przyjemniej, że byłoby po co wstawać... I wiesz co? Myślę, że to straszne kłamstwo. I staczam walkę co dzień. Żeby wstać. Już nie ma opcji brania laptopa do łóżka. Zaczyna się dzień od rozmowy z Najlepszym Przyjacielem. Już nie ma myślenia co by było gdyby budzić się gdzieś indziej, przy kimś innym. Mam to, co mam. I jestem Mu za to wdzięczna. Za każdy uśmiech i każdy krok.
Popatrz, czy to co Cię spotyka nie jest dobre? On ma we wszystkim plan. Ale zobaczysz to za trochę, jak już się skończy to co On Ci zaplanował. Bo wiesz, Pana Boga trzeba czytać od tyłu. Uczniowie też nie rozumieli co Pan Jezus do nich mówił, nie? Dopiero jak umarł, to im się klapki na oczach otworzyły, a tak to nic a nic nie rozumieli...
Więc... cierpliwości! Ufności! I wiary! To co Cię spotyka to nie przypadek. Miej siły do walki!
Czy to nie tak, że ta "zła tęsknota" bardziej jest strachem, że coś nam nie wyszło?
A co z życiem tu i teraz? Ile czasu Twojego dziennego to myślenie o tym co było? A ile o tym co będzie? A gdzie teraźniejszość? Gdzie tu i teraz?
Budzę się rano i słyszę ptaszki, te wiosenne. I wiem, że śpiewają na Bożą Chwałę. A mimo wszystko ogarnia mnie myślenie, że mogło by być lepiej, przyjemniej, że byłoby po co wstawać... I wiesz co? Myślę, że to straszne kłamstwo. I staczam walkę co dzień. Żeby wstać. Już nie ma opcji brania laptopa do łóżka. Zaczyna się dzień od rozmowy z Najlepszym Przyjacielem. Już nie ma myślenia co by było gdyby budzić się gdzieś indziej, przy kimś innym. Mam to, co mam. I jestem Mu za to wdzięczna. Za każdy uśmiech i każdy krok.
Popatrz, czy to co Cię spotyka nie jest dobre? On ma we wszystkim plan. Ale zobaczysz to za trochę, jak już się skończy to co On Ci zaplanował. Bo wiesz, Pana Boga trzeba czytać od tyłu. Uczniowie też nie rozumieli co Pan Jezus do nich mówił, nie? Dopiero jak umarł, to im się klapki na oczach otworzyły, a tak to nic a nic nie rozumieli...
Więc... cierpliwości! Ufności! I wiary! To co Cię spotyka to nie przypadek. Miej siły do walki!
sobota, 5 kwietnia 2014
Rozdwojenie
Usłyszałam wczoraj trafny przytyk, dzięki któremu zobaczyłam, jaka jestem rozdwojona, ile mam w sobie sprzecznych emocji i pragnień. Czuję się samotna, ale uciekam przed bliskimi. Tęsknię za utraconą przyjaźnią, ale nie chcę wpuszczać tej drugiej osoby do mojego serca. Nie chcę marnować życia, ale wybieram leżenie w łóżku z laptopem. Pragnę pokochać Chrystusa, ale poświęcam mu tak mało czasu....
Niesamowite, jak człowiek może być podzielony. Chcę - nie chcę, nie chcę - chcę. I żadne z tych pragnień nie wygrywa, za to męczy serce.
Po tym olśnieniu przyszło mi do głowy, że przecież "każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali". Oj tak, wali się, wali. Tylko może musi runąć, żeby powstało coś nowego, pięknego i dobrego, zbudowanego na skale?
"Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą." Ps 127,1
Niesamowite, jak człowiek może być podzielony. Chcę - nie chcę, nie chcę - chcę. I żadne z tych pragnień nie wygrywa, za to męczy serce.
Po tym olśnieniu przyszło mi do głowy, że przecież "każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali". Oj tak, wali się, wali. Tylko może musi runąć, żeby powstało coś nowego, pięknego i dobrego, zbudowanego na skale?
"Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą." Ps 127,1
piątek, 4 kwietnia 2014
Tęsknota
Z tą to kompletnie nie wiem co robić. Oczywiście tęsknota tęsknocie nierówna. Czasem chciałabym wrócić do beztroski dzieciństwa, czasem do pewnych smaków albo zapachów. Ale ta tęsknota ma w sobie coś dobrego, nie paraliżuje, nie przejmuje. Kiedy tęsknię za kimś, kto nie wróci, za chwilami, które nie doczekają kontynuacji, rodzą się trudne emocje, ta 'niedobra' tęsknota. Ja wiem, wiem, nie ma złych emocji, ale...Jak się jej poddaję to kończę płaczem. Więc czasem podchodzę ją tak intelektualnie i próbuję sobie wytłumaczyć, że taka kolej rzeczy, są straty z którymi trzeba się pogodzić i inne takie..Ale ona wciąż wraca, wciąż ta sama, czasem uderza ze zdwojoną siłą. I rządzi.
Może Ty wiesz, jak sobie z nią radzić?
Może Ty wiesz, jak sobie z nią radzić?
wtorek, 1 kwietnia 2014
Strach.
Jak już przechodzimy do emocji, to na całego.
Ostatnio chodzi ze mną strach. Dużo miałam ciężkich spraw na głowie, trochę pracy, trochę mgr, ciężkie decyzje, mało snu i to wszystko się złożyło na totalne wyczerpanie. I miałam taki moment że chciałam się schować pod stół, zakopać pod kołdrą i nigdy nie wyjść na światło dzienne.
I jak przychodziłam do kogokolwiek na moment, na chwilę, siadałam, to zbierało mi się na płacz. Aż sobie uświadomiłam, że paraliżuje mnie strach. Taki ludzki strach, na to co jest, na to czemu nie podołam, na to co będzie.
Co robić ze strachem? Oddać Panu Jezusowi! Zabierz mój strach, zabierz mój strach, zabierz mój straach!.
Jasne, że jest to trudne. Ciężko się przyznać do tego że się boi. Ciężko to nazwać po imieniu. Ale oddanie Mu tego jest uwolnieniem, łaską. Nie mówię, że teraz jest łatwiuśko i że wszystko się układa. Ale nie jestem sama! :)
Ostatnio chodzi ze mną strach. Dużo miałam ciężkich spraw na głowie, trochę pracy, trochę mgr, ciężkie decyzje, mało snu i to wszystko się złożyło na totalne wyczerpanie. I miałam taki moment że chciałam się schować pod stół, zakopać pod kołdrą i nigdy nie wyjść na światło dzienne.
I jak przychodziłam do kogokolwiek na moment, na chwilę, siadałam, to zbierało mi się na płacz. Aż sobie uświadomiłam, że paraliżuje mnie strach. Taki ludzki strach, na to co jest, na to czemu nie podołam, na to co będzie.
Co robić ze strachem? Oddać Panu Jezusowi! Zabierz mój strach, zabierz mój strach, zabierz mój straach!.
Jasne, że jest to trudne. Ciężko się przyznać do tego że się boi. Ciężko to nazwać po imieniu. Ale oddanie Mu tego jest uwolnieniem, łaską. Nie mówię, że teraz jest łatwiuśko i że wszystko się układa. Ale nie jestem sama! :)
sobota, 29 marca 2014
Smutek
Atakuje tak powoli. Wślizguje się do głowy i serca, zaczynając od jednej malutkiej myśli, a potem zmieniając ją w galopujące stado czarnych chmur. I tak się zatracam i zatapiam i chyba nawet w jakimś stopniu to lubię, takie trwanie w smutku i użalanie się nad sobą...Potem pojawia się niepokój. I albo mogę przed nim uciekać i udawać, że wcale go nie ma, albo mogę się z nim zmierzyć.Uciekanie jest zdecydowanie łatwiejsze...
Strasznie trudna jest modlitwa w takie dni. Trudne oddawanie tego wszystkiego Temu, który się tym zajmie, który nad tym panuje, trudne dziękowanie że jest jak jest, trudne zaufanie. Emocje krzyczą coś innego niż rozum.
Pomaga cisza i Pismo Święte. I uwielbienie i dziękczynienie, pomimo wszystko. Bo On jest Bogiem, a 'dla Boga nie ma NIC niemożliwego'. I kropka.
Strasznie trudna jest modlitwa w takie dni. Trudne oddawanie tego wszystkiego Temu, który się tym zajmie, który nad tym panuje, trudne dziękowanie że jest jak jest, trudne zaufanie. Emocje krzyczą coś innego niż rozum.
Pomaga cisza i Pismo Święte. I uwielbienie i dziękczynienie, pomimo wszystko. Bo On jest Bogiem, a 'dla Boga nie ma NIC niemożliwego'. I kropka.
środa, 19 marca 2014
Jeden dzień... czyli o co chodzi w rekolekcjach.
Chodzi mi cały dzień po głowie Jeden dzień w przedsionkach Twych (...) i tak sobie trochę tęsknię. Za Niebem. Za tym co Piękne.
A tu... szara rzeczywistość. Bieganie w te i we wte z laptopem. Gotowanie w biegu i ogrzewanie obiadu z 3 minuty = jedzenie na zimno. Milion poprawek projektu, zajęcia, spotkania, niedospanie. Modlitwy zostawiane na wieczór, gdy już ciężko zebrać myśl.
I wiesz co sobie myślę? Że to o to chodzi w każdych rekolekcjach. Wpadasz na jeden dzień w Jego Miłość. Albo na trzy dni. Nic nie robisz, tylko trwasz z Nim. Kochasz i jesteś kochany(a). I jest pięknie. Cudownie. A potem musisz iść dalej. I gnać. I głosić. Swoim życiem. Początkowo go widzisz zaraz obok, a potem coraz dalej i ciężej. Tak, wiem, że On mnie kocha. Ale tak trochę się boję, że ktoś/coś mi się wepchnie na to pierwsze miejsce... a nie chcę!
Więc za trochę znów trzeba by na jakieś rekolekcje/dni skupienia/coś w ten deseń pojechać. Albo do siostrzyczek! Pomilczeć. Mieć czas na spokojną modlitwę. Nie używać komputera i telefonu... I trwać w Miłości.
A to ile nam dał taki czas, poznamy po owocach! :)
A na dobranoc, najpiękniejsza modlitwa.
A tu... szara rzeczywistość. Bieganie w te i we wte z laptopem. Gotowanie w biegu i ogrzewanie obiadu z 3 minuty = jedzenie na zimno. Milion poprawek projektu, zajęcia, spotkania, niedospanie. Modlitwy zostawiane na wieczór, gdy już ciężko zebrać myśl.
I wiesz co sobie myślę? Że to o to chodzi w każdych rekolekcjach. Wpadasz na jeden dzień w Jego Miłość. Albo na trzy dni. Nic nie robisz, tylko trwasz z Nim. Kochasz i jesteś kochany(a). I jest pięknie. Cudownie. A potem musisz iść dalej. I gnać. I głosić. Swoim życiem. Początkowo go widzisz zaraz obok, a potem coraz dalej i ciężej. Tak, wiem, że On mnie kocha. Ale tak trochę się boję, że ktoś/coś mi się wepchnie na to pierwsze miejsce... a nie chcę!
Więc za trochę znów trzeba by na jakieś rekolekcje/dni skupienia/coś w ten deseń pojechać. Albo do siostrzyczek! Pomilczeć. Mieć czas na spokojną modlitwę. Nie używać komputera i telefonu... I trwać w Miłości.
A to ile nam dał taki czas, poznamy po owocach! :)
A na dobranoc, najpiękniejsza modlitwa.
wtorek, 11 marca 2014
Szczęście jedno ma Imię
Jasne, że doświadczam! To trudne, żeby w codzienności wyrażać to, że On jest najważniejszy. Bo cóż z tego, że powiem "Bóg jest u mnie na pierwszym miejscu", kiedy wcale tego nie widać w moich wyborach, słowach i uczynkach? A przecież wiara bez uczynków martwą jest....
Ale w sumie nie o tym chciałam Ci dziś powiedzieć. Tylko o drugim człowieku, który wskakuje na pierwsze miejsce. Dobrze to znam. Łatwo zamienia się czas przeznaczony na modlitwę na ten spędzony na rozmowach i wspólnym przebywaniu z tym, który powoli staje się ważniejszy.
Ostatnio miałam ciekawą rozmowę z M., która usiłowała mi wytłumaczyć, że ona nieszczęśliwe zakochania bardzo dobrze przeżywa, że to jest budujące i ona nie rozumie swoich przyjaciółek, które starają się ją wtedy pocieszyć. Dla mnie TO było nie do zrozumienia ;) Tylko wiesz co było widać w jej opowieściach? WOLNOŚĆ. Wolność w relacji do drugiego człowieka.
I tak sobie myślę, że my się chyba strasznie kurczowo czepiamy, nie? ;) Poznajemy kogoś i już mamy w głowie scenariusz naszej wspólnej przyszłości. I potem oczywiście chcemy wcielić go w życie, a jak nie wychodzi, to staramy się jeszcze bardziej i bardziej...No bo przecież zaplanowałyśmy sobie już wszystko w najlepszy możliwy sposób i przecież ten on i tylko on da nam szczęście, nie?
Czujesz to? ;)
Ja się ostatnio zorientowałam, że żyłam w przekonaniu, że przecież do szczęścia to koniecznie potrzebuję konkretnego człowieka, no bo jak to tak bez niego? Przecież się nie da! I wiesz co, to nieprawda wcale jest! Bo jest tylko taki Jeden, bez którego nie ma szczęścia :)
I doszłam do wniosku, że najpierw z Bogiem muszę poukładać moją relację. I starać się o to, żeby to Jego pierwszeństwo było niezachwiane. A On już całą resztą się zajmie :)
"Lepiej się uciec do Pana, niż pokładać ufność w człowieku.
Lepiej się uciec do Pana, niżeli zaufać książętom." Ps 118, 8-9
(albo temu jednemu 'księciu' ;))
Ale w sumie nie o tym chciałam Ci dziś powiedzieć. Tylko o drugim człowieku, który wskakuje na pierwsze miejsce. Dobrze to znam. Łatwo zamienia się czas przeznaczony na modlitwę na ten spędzony na rozmowach i wspólnym przebywaniu z tym, który powoli staje się ważniejszy.
Ostatnio miałam ciekawą rozmowę z M., która usiłowała mi wytłumaczyć, że ona nieszczęśliwe zakochania bardzo dobrze przeżywa, że to jest budujące i ona nie rozumie swoich przyjaciółek, które starają się ją wtedy pocieszyć. Dla mnie TO było nie do zrozumienia ;) Tylko wiesz co było widać w jej opowieściach? WOLNOŚĆ. Wolność w relacji do drugiego człowieka.
I tak sobie myślę, że my się chyba strasznie kurczowo czepiamy, nie? ;) Poznajemy kogoś i już mamy w głowie scenariusz naszej wspólnej przyszłości. I potem oczywiście chcemy wcielić go w życie, a jak nie wychodzi, to staramy się jeszcze bardziej i bardziej...No bo przecież zaplanowałyśmy sobie już wszystko w najlepszy możliwy sposób i przecież ten on i tylko on da nam szczęście, nie?
Czujesz to? ;)
Ja się ostatnio zorientowałam, że żyłam w przekonaniu, że przecież do szczęścia to koniecznie potrzebuję konkretnego człowieka, no bo jak to tak bez niego? Przecież się nie da! I wiesz co, to nieprawda wcale jest! Bo jest tylko taki Jeden, bez którego nie ma szczęścia :)
I doszłam do wniosku, że najpierw z Bogiem muszę poukładać moją relację. I starać się o to, żeby to Jego pierwszeństwo było niezachwiane. A On już całą resztą się zajmie :)
"Lepiej się uciec do Pana, niż pokładać ufność w człowieku.
Lepiej się uciec do Pana, niżeli zaufać książętom." Ps 118, 8-9
(albo temu jednemu 'księciu' ;))
poniedziałek, 10 marca 2014
I Am The Second
Bardzo mnie uderzyły ostatnio Twoje słowa.
Znaczyć kogoś wiele dla drugiej osoby. Właśnie to dopiero co odkryłam. Mój egoizm. Nieliczenie się z uczuciami drugiej osoby, nie że bycie bez serca. Ale to, że czegoś nie zrobię bo mi się nie chce, nie mam ochoty, a dla kogoś się okaże, że było to ważne. Ja? Ja mogę być dla kogoś ważna? No jakże... w jaki sposób... ja? Nie wierzenie w siebie.
I Pierwsze Miejsce. Niezaprzeczalnie dla Pana Jezusa.
Trudne to jest. Doświadczasz też tego?
Też tak masz, że czasem pojawia się ktoś, kto jest ważniejszy? Ktoś, kogo wydaje się, że się kocha i zrobi się wszystko żeby tak było?
Ja tak mam i mnie to boli.
Albo, że są sprawy, które Ci zasłaniają widoki na Niego? Studia, dom, rodzina, jakieś troski, co zrobić na obiad, magisterka, praca - czy będzie? I to wszystko się kotłuje w głowie i robi chmurę. Która zasłania....
I Słowo do tego (Mt 6, 24) Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi.
A przecież tylko Jezus Chrystus kocha mnie tak, że za mnie umarł. I to na krzyżu.
Chciałabym już mieć to poukładane.... Bóg na pierwszym. Zawsze. Na wieki. Wieków. Amen.
Znaczyć kogoś wiele dla drugiej osoby. Właśnie to dopiero co odkryłam. Mój egoizm. Nieliczenie się z uczuciami drugiej osoby, nie że bycie bez serca. Ale to, że czegoś nie zrobię bo mi się nie chce, nie mam ochoty, a dla kogoś się okaże, że było to ważne. Ja? Ja mogę być dla kogoś ważna? No jakże... w jaki sposób... ja? Nie wierzenie w siebie.
I Pierwsze Miejsce. Niezaprzeczalnie dla Pana Jezusa.
Trudne to jest. Doświadczasz też tego?
Też tak masz, że czasem pojawia się ktoś, kto jest ważniejszy? Ktoś, kogo wydaje się, że się kocha i zrobi się wszystko żeby tak było?
Ja tak mam i mnie to boli.
Albo, że są sprawy, które Ci zasłaniają widoki na Niego? Studia, dom, rodzina, jakieś troski, co zrobić na obiad, magisterka, praca - czy będzie? I to wszystko się kotłuje w głowie i robi chmurę. Która zasłania....
I Słowo do tego (Mt 6, 24) Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi.
A przecież tylko Jezus Chrystus kocha mnie tak, że za mnie umarł. I to na krzyżu.
Chciałabym już mieć to poukładane.... Bóg na pierwszym. Zawsze. Na wieki. Wieków. Amen.
sobota, 8 marca 2014
Ktoś ważny
A zadałaś sobie kiedyś pytanie, czy jesteś gotowa na to, żeby znaczyć wiele dla tej drugiej osoby?
Bo tak sobie myślę....chcemy być ważne, chcemy kogoś, kto nasze zdanie i nasze potrzeby będzie stawiał na pierwszym miejscu. Ale czy jesteśmy na to gotowe?
Bo ja będąc w związku wcale nie byłam. Z jednej strony chciałam być najważniejsza, a z drugiej wcale nie wierzyłam, że tak jest. Nie miałam poczucia, że jak mnie nie będzie na jakieś imprezie to mój mężczyzna będzie to jakoś szczególnie przeżywał i inne tym podobne. Głupie nie? ;)
Teraz wiem, że rozbijało się to wszystko o poczucie własnej wartości. I uważam, że bez tego ani rusz, że bez tego dobrego związku zbudować się nie da. Albo będzie bardzo trudno ;)
A jak już mam świadomość, że jestem cudowną osobą, jedyną i niepowtarzalną i że nikt inny nie wniesie do relacji tego co ja, to (chyba) jestem gotowa, żeby być ważną, żeby wiele znaczyć dla drugiego człowieka i pozwolić mu się mną zaopiekować.
A Ty?
PS jak piszę o 'byciu najważniejszą' albo 'stawianiu kogoś na pierwszym miejscu' to to nie dosłownie tak. Bo najsampierw musi być Bóg. Jak się drugiego człowieka postawi wyżej, to się wszystko sypie...
Bo tak sobie myślę....chcemy być ważne, chcemy kogoś, kto nasze zdanie i nasze potrzeby będzie stawiał na pierwszym miejscu. Ale czy jesteśmy na to gotowe?
Bo ja będąc w związku wcale nie byłam. Z jednej strony chciałam być najważniejsza, a z drugiej wcale nie wierzyłam, że tak jest. Nie miałam poczucia, że jak mnie nie będzie na jakieś imprezie to mój mężczyzna będzie to jakoś szczególnie przeżywał i inne tym podobne. Głupie nie? ;)
Teraz wiem, że rozbijało się to wszystko o poczucie własnej wartości. I uważam, że bez tego ani rusz, że bez tego dobrego związku zbudować się nie da. Albo będzie bardzo trudno ;)
A jak już mam świadomość, że jestem cudowną osobą, jedyną i niepowtarzalną i że nikt inny nie wniesie do relacji tego co ja, to (chyba) jestem gotowa, żeby być ważną, żeby wiele znaczyć dla drugiego człowieka i pozwolić mu się mną zaopiekować.
A Ty?
PS jak piszę o 'byciu najważniejszą' albo 'stawianiu kogoś na pierwszym miejscu' to to nie dosłownie tak. Bo najsampierw musi być Bóg. Jak się drugiego człowieka postawi wyżej, to się wszystko sypie...
piątek, 7 marca 2014
o modlitwie za siebie.
Wiesz, co? Tak mi się coś widzi, że te nasze problemy z relacjami, to trochę jednak wynikają z potrzeby żeby wreszcie ktoś był dla nas. Bo jak na razie to ciągle my jesteśmy dla kogoś. Wysłuchujemy, wspieramy słowem, gestem, modlitwą. Jesteśmy.
A miło by było móc wrócić do kogoś konkretnego do domu, podać mu obiad jak wróci z pracy. Mieć kogoś kto wyjmie książkę z ręki, gdy po przemęczonym dniu zasypia się nad lekturą, na którą czekało się cały dzień.
A do takiego bycia na pewno trzeba się przygotować. I myślę, że dobrze, by w naszych przygotowaniach była modlitwa. Po pierwsze za tego szczęściarza/szczęściarę co będzie jedynym/jedyną w naszym życiu. Po drugie za siebie. O bycie dobrym mężem/dobrą żoną. Ja ostatnio się złapałam, że modlę się tylko za niego, a za siebie już nie. A jak Ty masz? Czy czasem nie podobnie?
I jak tu wejść w dobrą relację, dobry związek? Nie pamiętając o sobie?!
A może i w przyjaźniach powinniśmy się modlić za siebie samych? O bycie dobrym przyjacielem/przyjaciółką dla wszystkich którzy nam blisko po drodze?
I w zwykłych, szarych relacjach, o bycie radością innych?
środa, 5 marca 2014
Być właściwą osobą
Ostatnio na Jankowym spotkaniu dla kobiet usłyszałam, że dobrze jest ten czas przed-związkowy wykorzystać na przygotowanie do niego, na przygotowanie do małżeństwa. Niby się z tym zgodziłam, że przecież oczywiście, że tak, jak najbardziej, ale...jak???
Na szczęście trafiła mi w ręce dobra książka, która trochę mnie naprowadziła na właściwy tor. I tak po pierwsze- w każdą relację wnoszę to, KIM jestem, moją osobowość, cechy charakteru, postawy. Czy w małżeństwie nie jest to szczególnie ważne?
Jest takie powiedzenie, że żeby chcieć księcia, trzeba być księżniczką. Myślę, że jest w tym duuuużo prawdy. I że ważniejsze od stawiania wymagań i planowania 'jaki MUSI BYĆ ten mój mężczyzna' jest stawanie się Kobietą, z którą ten właśnie 'wymarzony' będzie chciał być. Tu chyba nie chodzi tylko o to, żeby znaleźć tą właściwą osobę, ale o to, by tą właściwą osobą być. Genialne nie? ;)
"Musisz być gotowy dawać dokładnie to, co chcesz otrzymywać. Jakichkolwiek cech pragniesz w partnerze, wykształć je najpierw w sobie". Tak proste. I jednocześnie niełatwe do zrobienia. Chociaż mam w sobie taki mały bunt, co do tego drugiego cytowanego zdania. No bo przecież są takie cechy, które są tylko mężczyzny, i takie, które mogą być tylko moje! Ale rozumiem to jako ogólną ideę, która dotyczy cech potrzebnych (albo wręcz niezbędnych!) do budowania szczęśliwej miłości i szczęśliwego małżeństwa. A Ty jak myślisz? :)
Więc...patrzę na listę cech, których wymagam od tego jedynego i już wiem, nad czym chcę pracować. Plan na najbliższy czas - konsekwencja.
PS. ta 'mądra książka' to Tajemnica miłości J. McDowell. Polecam Ja ;)
Swoją drogą, podkradłam ją Rodzicom i ostatnio okazało się, że w domowej biblioteczce mamy więcej pozycji tego autora i że Rodzice byli za młodu na jego wykładach o małżeństwie właśnie! Ekstra :D
Na szczęście trafiła mi w ręce dobra książka, która trochę mnie naprowadziła na właściwy tor. I tak po pierwsze- w każdą relację wnoszę to, KIM jestem, moją osobowość, cechy charakteru, postawy. Czy w małżeństwie nie jest to szczególnie ważne?
Jest takie powiedzenie, że żeby chcieć księcia, trzeba być księżniczką. Myślę, że jest w tym duuuużo prawdy. I że ważniejsze od stawiania wymagań i planowania 'jaki MUSI BYĆ ten mój mężczyzna' jest stawanie się Kobietą, z którą ten właśnie 'wymarzony' będzie chciał być. Tu chyba nie chodzi tylko o to, żeby znaleźć tą właściwą osobę, ale o to, by tą właściwą osobą być. Genialne nie? ;)
"Musisz być gotowy dawać dokładnie to, co chcesz otrzymywać. Jakichkolwiek cech pragniesz w partnerze, wykształć je najpierw w sobie". Tak proste. I jednocześnie niełatwe do zrobienia. Chociaż mam w sobie taki mały bunt, co do tego drugiego cytowanego zdania. No bo przecież są takie cechy, które są tylko mężczyzny, i takie, które mogą być tylko moje! Ale rozumiem to jako ogólną ideę, która dotyczy cech potrzebnych (albo wręcz niezbędnych!) do budowania szczęśliwej miłości i szczęśliwego małżeństwa. A Ty jak myślisz? :)
Więc...patrzę na listę cech, których wymagam od tego jedynego i już wiem, nad czym chcę pracować. Plan na najbliższy czas - konsekwencja.
PS. ta 'mądra książka' to Tajemnica miłości J. McDowell. Polecam Ja ;)
Swoją drogą, podkradłam ją Rodzicom i ostatnio okazało się, że w domowej biblioteczce mamy więcej pozycji tego autora i że Rodzice byli za młodu na jego wykładach o małżeństwie właśnie! Ekstra :D
niedziela, 2 marca 2014
Trudne decyzje
Jesteśmy stworzeni do bycia w relacjach. W końcu 'nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam' :) A Kobiety to już chyba w ogóle pełnią tu specjalną rolę, nie myślisz? Jak tak czasem patrzę na znajomych, którzy się spotykają, żeby obejrzeć mecz, to jestem przekonana, że w żeńskim gronie by to nie przeszło ;) No jak to tak, spotkać się i nie dowiedzieć co u której z nas słychać? Co myślimy, z czym nam trudno, nie móc się którejś wyżalić? Bez sensu. Nie żebym miała coś do oglądania meczy, chyba wiesz, że to lubię. Ale...relacje są ważne, ludzie są ważni, ich serca są ważne. Dla Kobiet chyba szczególnie :)
Tylko co zrobić, kiedy pojawia się trudna relacja? Taka, która powoli zabija moje serce, która mnie niewoli, która mnie przytłacza? Wiesz o czym mówię?
Jak się wsłuchuję w swoje zranione serce, to zastanawiam się, czy warto. I widzę swoją postawę 'matki Teresy', kiedy coś w mojej głowie mówi: 'przecież ten człowiek cię potrzebuje, no jak mogłabyś odejść? Tyle możesz mu dać, jesteś mu potrzebna'. Chciałabym w relacji ofiarować to, co mam najlepsze, to, co jako Kobieta, jako JA mogę wnieść. I dziś mnie olśniło. Że kiedy relacja jest trudna, jest jakoś toksyczna i nie ma w niej wolności, to i tak nie dam drugiej osobie tego wszystkiego! Bo będę pełna lęku/smutku/rozżalenia/nieprzebaczenia/....I to wniosę w relację, te moje trudne emocje, a nie spokój, radość, zrozumienie,....
Tylko cóż z tego, że to zrozumiałam? Cóż z tego, że rozum podpowiada, żeby daną relację uśmiercić, przystopować, kiedy w sercu nie ma tej decyzji?
O tak, to zdecydowanie najtrudniejsze. Zadecydować. Być trochę egoistką. Walczyć o siebie.
Trudno powiedzieć 'koniec'. Trudno stracić drugiego człowieka. Trudno się na to zgodzić. Nawet jeśli to tylko na trochę, nawet jeśli to dla mojego dobra. Trudno.
PS polecam Ci konferencje ks. Węgrzyniaka o relacjach właśnie, które do tych i wielu innych refleksji mnie skłoniły.
http://wegrzyniak.com/rekolekcjonista/rekolekcje/daj-sie-zaprzegnac
Tylko co zrobić, kiedy pojawia się trudna relacja? Taka, która powoli zabija moje serce, która mnie niewoli, która mnie przytłacza? Wiesz o czym mówię?
Jak się wsłuchuję w swoje zranione serce, to zastanawiam się, czy warto. I widzę swoją postawę 'matki Teresy', kiedy coś w mojej głowie mówi: 'przecież ten człowiek cię potrzebuje, no jak mogłabyś odejść? Tyle możesz mu dać, jesteś mu potrzebna'. Chciałabym w relacji ofiarować to, co mam najlepsze, to, co jako Kobieta, jako JA mogę wnieść. I dziś mnie olśniło. Że kiedy relacja jest trudna, jest jakoś toksyczna i nie ma w niej wolności, to i tak nie dam drugiej osobie tego wszystkiego! Bo będę pełna lęku/smutku/rozżalenia/nieprzebaczenia/....I to wniosę w relację, te moje trudne emocje, a nie spokój, radość, zrozumienie,....
Tylko cóż z tego, że to zrozumiałam? Cóż z tego, że rozum podpowiada, żeby daną relację uśmiercić, przystopować, kiedy w sercu nie ma tej decyzji?
O tak, to zdecydowanie najtrudniejsze. Zadecydować. Być trochę egoistką. Walczyć o siebie.
Trudno powiedzieć 'koniec'. Trudno stracić drugiego człowieka. Trudno się na to zgodzić. Nawet jeśli to tylko na trochę, nawet jeśli to dla mojego dobra. Trudno.
PS polecam Ci konferencje ks. Węgrzyniaka o relacjach właśnie, które do tych i wielu innych refleksji mnie skłoniły.
http://wegrzyniak.com/rekolekcjonista/rekolekcje/daj-sie-zaprzegnac
piątek, 28 lutego 2014
o relacjach. nie tylko fejsbukowych.
Tak sobie ostatnio myślałam o różnych ludzkich relacjach.
Moja pra(a może jeszcze jedno pra)babcia miała nieźle. Jak nie wróciła z imienin o 20.00, to wyciągali ją z tej imprezy jej brat z mamą. Była w moim wieku. Ja wiem, że to inne czasy. Ale miała niejako łatwiej.
No, popatrz: mam tego fejsa. Gadam z kim chce, wychodzę kiedy chcę z kim chcę i nikomu o tym nie mówię. Potem mam milion zaczętych dziwnych relacji, sama się w tym gubię, nikt mnie nie pilnuje a tym bardziej nie obroni. A moja przodkini miała prosto nakreślone - widzisz się z tymi i tymi maksymalnie do tej godziny. Nawet w narzeczeństwie byli ograniczeni.
Nie, nie mówię, że chcę do tamtych czasów, i że dawniej było lepiej!
Ale dało mi to niejaki pogląd żeby się nad tymi moimi relacjami zastanowić.
I też miałam ostatnio taką rozmowę z mądrą młodą mamą - że trzeba sobie poukładać i poszufladkować relacje. Przyjaciół - takich najlepszych dwóch, trzech. Znajomych - już więcej, ale z każdym po coś się znamy, te relacje mają coś w nosić do naszego i ich życia. Ludzi z pracy, studiów, ze szkoły - to są tacy, którzy się pojawiają i znikają. Nie znaczy, że trzeba ich olać i że nie są ważni. O, nie! Myślę, że mogą być najważniejsi. Są nam dani tylko na chwilę, nie mamy wiele czasu na ofiarowanie im Dobra. Rodzina - ona zawsze jest i tu się nie wybiera, czasem to męczy i ciągnie w dół, a czasem pozytywnie ładuje akumulatory. I Pan Bóg. Który to wszystko przenika.
No i teraz trzeba sobie pomyśleć - czy wszystkie relacje ciągniemy dalej? Może miały być chwilowe? Może my nic nie zyskujemy i druga strona też nie? Może się za bardzo męczymy?
Więc w szufladki, a potem pilnować z kim utrzymuję kontakt sporadyczny a z kim się przyjaźnię.
I jeszcze jedno jest tu chyba ważne. Gdzie ja jestem w tym wszystkim?
Czego oczekuję od siebie? Czego oczekuję od innych? Jaki/jaka jestem? A jaki/jaka chcę być?
Moja pra(a może jeszcze jedno pra)babcia miała nieźle. Jak nie wróciła z imienin o 20.00, to wyciągali ją z tej imprezy jej brat z mamą. Była w moim wieku. Ja wiem, że to inne czasy. Ale miała niejako łatwiej.
No, popatrz: mam tego fejsa. Gadam z kim chce, wychodzę kiedy chcę z kim chcę i nikomu o tym nie mówię. Potem mam milion zaczętych dziwnych relacji, sama się w tym gubię, nikt mnie nie pilnuje a tym bardziej nie obroni. A moja przodkini miała prosto nakreślone - widzisz się z tymi i tymi maksymalnie do tej godziny. Nawet w narzeczeństwie byli ograniczeni.
Nie, nie mówię, że chcę do tamtych czasów, i że dawniej było lepiej!
Ale dało mi to niejaki pogląd żeby się nad tymi moimi relacjami zastanowić.
I też miałam ostatnio taką rozmowę z mądrą młodą mamą - że trzeba sobie poukładać i poszufladkować relacje. Przyjaciół - takich najlepszych dwóch, trzech. Znajomych - już więcej, ale z każdym po coś się znamy, te relacje mają coś w nosić do naszego i ich życia. Ludzi z pracy, studiów, ze szkoły - to są tacy, którzy się pojawiają i znikają. Nie znaczy, że trzeba ich olać i że nie są ważni. O, nie! Myślę, że mogą być najważniejsi. Są nam dani tylko na chwilę, nie mamy wiele czasu na ofiarowanie im Dobra. Rodzina - ona zawsze jest i tu się nie wybiera, czasem to męczy i ciągnie w dół, a czasem pozytywnie ładuje akumulatory. I Pan Bóg. Który to wszystko przenika.
No i teraz trzeba sobie pomyśleć - czy wszystkie relacje ciągniemy dalej? Może miały być chwilowe? Może my nic nie zyskujemy i druga strona też nie? Może się za bardzo męczymy?
Więc w szufladki, a potem pilnować z kim utrzymuję kontakt sporadyczny a z kim się przyjaźnię.
I jeszcze jedno jest tu chyba ważne. Gdzie ja jestem w tym wszystkim?
Czego oczekuję od siebie? Czego oczekuję od innych? Jaki/jaka jestem? A jaki/jaka chcę być?
Subskrybuj:
Posty (Atom)