Atakuje tak powoli. Wślizguje się do głowy i serca, zaczynając od jednej malutkiej myśli, a potem zmieniając ją w galopujące stado czarnych chmur. I tak się zatracam i zatapiam i chyba nawet w jakimś stopniu to lubię, takie trwanie w smutku i użalanie się nad sobą...Potem pojawia się niepokój. I albo mogę przed nim uciekać i udawać, że wcale go nie ma, albo mogę się z nim zmierzyć.Uciekanie jest zdecydowanie łatwiejsze...
Strasznie trudna jest modlitwa w takie dni. Trudne oddawanie tego wszystkiego Temu, który się tym zajmie, który nad tym panuje, trudne dziękowanie że jest jak jest, trudne zaufanie. Emocje krzyczą coś innego niż rozum.
Pomaga cisza i Pismo Święte. I uwielbienie i dziękczynienie, pomimo wszystko. Bo On jest Bogiem, a 'dla Boga nie ma NIC niemożliwego'. I kropka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz