Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

środa, 30 grudnia 2015

O umieraniu.

Wiem, wiem, mamy okres Bożego Narodzenia, a ja tu z takim tematem? Cóż....nie znamy dnia ani godziny. Byłam wczoraj na pogrzebie Osoby, którą widziałam kilka razy w życiu, ale z którą wiążą mnie tak zwane więzy krwi. I szczerze mówiąc, nie sądziłam, że jakoś bardzo mnie to poruszy. A jednak.
Pierwszy raz przeżywałam pogrzeb mając w perspektywie niebo. I kochającego Ojca, który czeka. I dotarło do mnie, że roniąc łzy, tak naprawdę nie płaczemy nad osobami, które odchodzą, ale nad nami. Opłakujemy naszą samotność. Wylewamy żal, złość, niezrozumienie. Bo przecież temu, który odchodzi, jest już dużo lepiej. Niewyobrażalnie lepiej.
Zaczęłam myśleć o moim odejściu. Czy to lekko niepoważne w tak młodym wieku wybierać czytania na swój pogrzeb? Może. Ale chciałabym, żeby to "ostatnie pożegnanie" było pełne nadziei i mocy. Żeby wybrzmiało Słowo pełne radości, mówiące o tym, że błogosławieni, którzy w Panu umierają - już teraz. Zaiste, mówi Duch, niech odpoczną od swoich mozołów, bo idą wraz z nimi ich czyny. I o tym, że Pan pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć, orzeźwia moją duszę. Żeby wybrzmiała Boża obietnica: wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę od swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia!  
Więc tak. Wybrałam już czytania i pieśni na swój własny pogrzeb. Żeby zostawić moich bliskich pełnych nadziei. A jak będzie, to się kiedyś okaże.

niedziela, 20 grudnia 2015

taka niedziela.

Taka dziś niedziela na rozmyślania. Oglądałam wczoraj film October baby opowiadający o dziewczynie, która przeżyła aborcję. Film bardzo dobry, polecam. Podobno miał pełnić funckję terapeutyczną dla kobiet, które dokonały aborcji. A mimo wszystko porusza też inne kwestie.
Mnie niezmiernie poruszyła relacja ojciec-córka, która wbrew pozorom nie jest tam przypadkowa.
I zasypiałam wczoraj z taką myślą - prośbą, że chciałabym takiego ojca dla moich dzieci, coby córki uwielbiał i kochał jakby były księżniczkami.
I chyba to nie przypadkiem na ten film trafiłam. Kilka dni temu miałam włączonego Youtuba i nie wiem czy to była reklama czy co (nie mogę tego odnaleźć a chciałam linka wrzucić), ponieważ leciał on w tle a ja pracowałam. Ale przeleciało mi przez ucho i zapadało w pamięci. Jakaś kobieta opowiadała o swoim pierwszym pobycie w Paryżu. Miała 8 lat i pojechała tam ze swoim ojcem. Pojechali tylko we dwoje, po to by na zawsze zapamiętała "że to ojciec jest tym który kocha ją najbardziej, na zawsze i niezależnie od tego co się wydarzy". Wzrusza? A może smuci?
No właśnie. Tak sobie czasem myślę, że ja mam tak bardzo dużo rzeczy niepoukładanych w swoim życiu...
Ale przypomniała mi się dziś w kościele środa popielcowa sprzed kilku lat. Kiedy tak strasznie płakałam i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, bo znów się czułam oszukana, że ktoś zachowywał się jakby mnie kochał, a jednak wcale nie chciał ze mną być. I stałam przed krzyżem i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. I usłyszałam wtedy słowa No co Ty ryczysz? Przecież Ja Cię kocham. I nigdy nie przestanę. Do dzisiaj płaczę jak o tym myślę. Nikt nigdy przenigdy nie kochał tak jak On. Aż do śmierci.
No i co płaczesz? Do przodu trzeba iść.