Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

niedziela, 28 maja 2017

Czego nauczyłam się od Hindusów, czyli rzecz o odpoczywaniu

Przede mną niedziela. Kolejna błoga niedziela. Już wiem,  że będzie ciepło. Już wiem, że cała masa rzeczy z listy "to do" przejdzie na kolejny poniedziałek.
Rok temu zniszczyło by to mój odpoczynek. Cały dzień myślałabym o tym czego nie zdążyłam zrobić, o tym co ważne i pilne. Albo co gorsza zajęłabym się robieniem tego wszystkiego i skreślaniem z mojej długiej listy.
Pewnie to taki nasz los, los człowieka współczesnego, że wszystko jest w dużej ilości a czasie krótkim. Za dużo bym chciała od życia, a doby nie rozciągnę nawet o 3 minuty.
W tym moim natłoku spraw na szybko pomogli mi Hindusi. Obserwując ich przez ponad dwa tygodnie odkryłam, że bardzo dużo czasu spędzali siedząc. W końcu i my, po jakimś czasie, zwolniłyśmy, zaczęłyśmy siadać jak oni. Po dwóch - trzech godzinach siedzenia człowiek przestaje myśleć. Bo i o czym jeszcze. O dziwo, sztukę niemyślenia można szybko opanować. Teraz zajmuje mi to chwilę. Potrafię teraz prawie codziennie znaleźć taki moment żeby nie myśleć. Czasem włączę sobie serial albo film. Czasem puszczę muzykę. A czasem wystarczy mi 15 minut na rowerze, na ławce, w autobusie. Zostawiam poza sobą wszystko co dziś robiłam, co jeszcze muszę zrobić. I siedzę. I trwam sama ze sobą. Bo w końcu jestem tu i teraz. Najistotniejsze jest to, co w tej chwili.
A Ty? Czy potrafisz odpoczywać? Czy może zawsze masz w tyle głowy listę "to do" i milion myśli o tym co by było gdyby...?

Dobrej, błogosławionej niedzieli i smacznego obiadu! (tak po franciszkowemu dzisiaj)

środa, 10 maja 2017

Zmarnowany czas.

Kiedy myślę o moich pierwszych latach na studiach, to czuję ciężar niewykorzystanego czasu. Prawie nie miałam zajęć, więc gdybym tylko chciała, mogłabym znaleźć sobie tyle zajęć! Mogłam spełniać swoje małe marzenia, jak nauka szycia na maszynie, śpiewania czy tańca. Mogłam doskonalić znane mi już języki, zwiedzać muzea albo jeździć w góry. To jest chyba jedyna rzecz, którą zrobiłabym inaczej, gdybym mogła. Pobolewa mnie trochę ta świadomość. I kiedy patrzę na moją młodszą siostrę, która robi to samo co ja wtedy, to wzbiera we mnie złość i wszystko mi w środku krzyczy "jak ona tak może?!".
Na szczęście rozmawiałam ostatnio z mądrym człowiekiem, który uświadomił mi, że to taki przywilej młodości. Oczywiście, są osoby, które ciągle są czymś zajęte, rozwijają swoje pasje i dbają o siebie. Ale czy każdy tak musi? Od niedawna myślę, że właśnie nie. Że ten etap marnowania jest jakoś potrzebny. Mając te prawie dwadzieścia lat nie trzeba myśleć o rozwijaniu siebie i sowich umiejętności, nie trzeba wykorzystywać na maksa każdej minuty, nie trzeba stawiać dalekosiężnych celów i rozmyślać nad drogą dojścia do nich, nie trzeba mieć planu na życie, nie trzeba robić wielkich rzeczy. Można po prostu... cieszyć się tym czasem, kiedy już nie jest się dzieckiem, ale też nie całkiem jeszcze dorosłym. To jest czas popełniania błędów, a najlepiej uczy się na tych własnych. Oczywistym jest, że straconego czasu się nie odzyska i te wszystkie minuty, które mogły być spożytkowane w wartościowy sposób, uciekają bezpowrotnie. Myślę sobie jednak, że jeśli dzięki takiemu spojrzeniu na przeszłość nasze "teraz" nie jest zmarnowane, to tak naprawdę było warto.