Kiedy myślę o moich pierwszych latach na studiach, to czuję ciężar niewykorzystanego czasu. Prawie nie miałam zajęć, więc gdybym tylko chciała, mogłabym znaleźć sobie tyle zajęć! Mogłam spełniać swoje małe marzenia, jak nauka szycia na maszynie, śpiewania czy tańca. Mogłam doskonalić znane mi już języki, zwiedzać muzea albo jeździć w góry. To jest chyba jedyna rzecz, którą zrobiłabym inaczej, gdybym mogła. Pobolewa mnie trochę ta świadomość. I kiedy patrzę na moją młodszą siostrę, która robi to samo co ja wtedy, to wzbiera we mnie złość i wszystko mi w środku krzyczy "jak ona tak może?!".
Na szczęście rozmawiałam ostatnio z mądrym człowiekiem, który uświadomił mi, że to taki przywilej młodości. Oczywiście, są osoby, które ciągle są czymś zajęte, rozwijają swoje pasje i dbają o siebie. Ale czy każdy tak musi? Od niedawna myślę, że właśnie nie. Że ten etap marnowania jest jakoś potrzebny. Mając te prawie dwadzieścia lat nie trzeba myśleć o rozwijaniu siebie i sowich umiejętności, nie trzeba wykorzystywać na maksa każdej minuty, nie trzeba stawiać dalekosiężnych celów i rozmyślać nad drogą dojścia do nich, nie trzeba mieć planu na życie, nie trzeba robić wielkich rzeczy. Można po prostu... cieszyć się tym czasem, kiedy już nie jest się dzieckiem, ale też nie całkiem jeszcze dorosłym. To jest czas popełniania błędów, a najlepiej uczy się na tych własnych. Oczywistym jest, że straconego czasu się nie odzyska i te wszystkie minuty, które mogły być spożytkowane w wartościowy sposób, uciekają bezpowrotnie. Myślę sobie jednak, że jeśli dzięki takiemu spojrzeniu na przeszłość nasze "teraz" nie jest zmarnowane, to tak naprawdę było warto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz