Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

wtorek, 13 listopada 2018

Czy można stracić wiarę?


W sumie to nie powinnam nic dodawać do tego filmu. Może oprócz stwierdzenia, że zgadzam się ze wszystkim, co w nim wypowiedziane. Dlaczego? Bo sama przez to przechodzę. Widzę, jak małymi kroczkami odchodzę od tego, co przecież jest dla mnie ważne.
Najpierw odpuszczam czytanie Słowa, bo zmęczenie, bo nagle wypadające inne plany, bo....
Im mniej takiej modlitwy, tym ciężej się do niej zmobilizować, bo tym mniej rozumiem i słyszę na każdej kolejnej. Frustracja, wątpliwości. A kiedy kuleje modlitwa, to wszystkie wypowiedziane słowa tracą na znaczeniu, bo relacja słabnie. Staje się w końcu spotkaniem z Kimś, kogo wcale nie znam i z Kim nie mam o czym mówić. A jeśli relacja niknie, to i sakramenty, bo przecież o to w nich chodzi. I tak efektem śnieżnej kuli wszystko się sypie.
Ciężko się wraca. Wymaga to dużej wytrwałości i samozaparcia. Ale to faktycznie jest tak, jak z ćwiczeniami fizycznymi. Im częściej, tym łatwiej z każdym kolejnym razem.

Zdarzało mi się czasem obudzić i myśleć, że ja przecież wcale nie wierzę. Ale nigdy nie przychodziło to nagle. Po prostu małymi kroczkami zamiast w stronę zrozumienia, szłam w stronę wątpliwości.
Każdy kryzys jest moją odpowiedzialnością. Cieszę się jednak, że mam doświadczenie, do którego w tych trudnych chwilach mogę wracać i które pozwala mi wrócić na dobrą ścieżkę.






wtorek, 9 października 2018

Myśli o macierzyństwie

Trafiłam ostatnio na cudowny kanał dwóch mam. Są piękne, dowcipne i moim zdaniem bardzo mądre. Dzielą się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami związanymi z macierzyństwem i bardzo odnajduję się w ich pomysłach i podejściu do dzieci. Chociaż dla mnie perspektywa macierzyństwa jest jeszcze dosyć odległa, to nie ukrywam, że w wielu momentach myślę o tym, jaką mamą chciałabym być, na co zwracać uwagę, czego absolutnie nie robić. Jest też w tym myśleniu wiele strachu. Czy to w ogóle rola dla mnie, czy będę umiała wychować dziecko na dobrego człowieka,  jak ogarnę dom, czy się w tym wszystkim nie zatracę i różne takie.... Więc szalenie podoba mi się też to, że Ola i Ania dużo mówią o trudnościach, ale robią to w sposób, który mnie nie przeraża, ale jakoś przygotowuje. A najfajniejsze jest chyba to, że zwracają uwagę na WOLNOŚĆ. Na wolność od swoich wyobrażeń i ustaleń, wolność w nie byciu idealnym i nie porównywaniu się z innymi, wolność w popełnianiu błędów. Nie przewidzi się wszystkiego, a może powinnam nawet powiedzieć, że nie przewidzi się niczego, to aż tak nowa sytuacja, że żadne wyobrażenie jej nie dorówna.
Czy jednak można się jakoś do macierzyństwa przygotować? Niewątpliwie. To, o czym myślę sobie teraz, kiedy jestem od tego daleka, to nabycie postaw i cech, które wiele w przyszłości ułatwią. Jakich? Może na przykład takich jak wymienione w poniższym filmie:



A Ty, wyobrażasz sobie to jakoś i planujesz?

czwartek, 13 września 2018

Mój Kościół

Dużo ostatnio głosów o skandalach w Kościele. Już od kilku lat co jakiś czas poruszane były różne problematyczne sprawy, ale wydaje mi się, że ostatnio przybrały na sile. I dobrze. Nie o samych skandalach chcę Ci powiedzieć, ale o tym, dlaczego mimo tego wciąż w Kościele jestem. Takie właśnie pytanie usłyszałam ostatnio od kogoś znajomego. Jak, mimo wszystkich afer, mogę dalej w Nim trwać?
To nie jest tak, że różne afery mnie nie dotykają. Kiedy czytam artykuły o odchodzących księżach, o pieniądzach i układach, a ostatnio o molestowanych dzieciach i zamiataniu tego wszystkiego pod dywan, to serce mi się kraje i rodzi się we mnie złość. Prawdą jest, że nikt ze znanych mi osób nie został skrzywdzony przez osobę duchowną. A przynajmniej nikt mi o tym nie powiedział. Gdyby tak jednak było, starałabym się o sprawiedliwość, czyli ukaranie sprawcy. Czy odeszłabym z Kościoła? Wydaje mi się, że nie. Jeśli Twój pracodawca  będzie stosował mobbing, to czy przestaniesz chodzić do pracy? Albo jeśli nauczyciel będzie molestował Twoje dziecko, to czy przestaniesz posyłać je do szkoły? Jedni moi znajomi przestali chodzić na Msze, bo ksiądz w ich parafii wyciągnął od nich dużo pieniędzy przed ślubem. Od razu pomyślałam sobie o sytuacjach, kiedy jestem w restauracji czy w sklepie i ktoś źle mnie obsłuży. To nie sprawia, że przestaję robić zakupy albo jadać na mieście. Po prostu szukam innych miejsc. I myślę, że z Kościołem też tak jest. Trafiamy w nim na różnych ludzi, tak jak i w życiu. I tych dobrych zawsze uda się nam znaleźć.
Po drugie, Kościół jest Ciałem. Tworzy je każdy ochrzczony. Sama wiem, jak ciężko mi się funkcjonuje, kiedy boli mnie głowa albo mały palec u nogi. Jeśli boli mnie chociaż jedna, najmniejsza nawet część mojego ciała, wpływa to na funkcjonowanie całości. I uważam, że tak samo jest z Kościołem. Każdy MÓJ grzech to ból, który zadaję Ciału i czy chcę, czy nie, pogarszam Jego funkcjonowanie. Każdy z nas to robi.
Chciałabym wielu zmian w Kościele. Oddzielenia od państwa, jawnych finansów, opodatkowania. Wyroków skazujących. Myślę sobie jednak, że nie dam rady zmienić Kościoła będąc poza nim.

piątek, 31 sierpnia 2018

Z miłością.

Zastanawiałam się ostatnio, jak robić te wszystkie rzeczy, których robić nie lubię, które mi nie sprawiają radości. Typu sprzątanie, gotowanie, prasowanie.
Dlaczego mnie to tak męczy wszystko?
Więc po pierwsze: nic nie muszę. Tylko chcę. Bo chcę mieć czysto, ładnie, schludnie i dobrze (do zjedzenia zwłaszcza).
A po drugie: to ma bardzo duży sens, gdy się to robi dla kogoś. Na przykład dla swojej rodziny, albo... dla siebie.
Więc robi się to z miłością.
I wszystko stało się jakieś łatwiejsze ;)

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Dlaczego ludzie chcą mieć dzieci?

Odwiedziłam znajomych, którym urodziło się pierwsze dziecko. Pytałam o poród, o trudności, o całą tą ich nową rzeczywistość. I w całym pięknie tej sytuacji widziałam dużo trudu. Wtedy też naszło mnie pytanie, dlaczego ludzie w ogóle decydują się na dziecko? Ta mała istota wywraca świat do góry nogami. Niczego nie da się zaplanować, bo nagła kolka/atak płaczu/choroba. Zmęczenie. Niewyspanie. Napięcia między małżonkami. I tyle rzeczy, z których trzeba rezygnować! I oprócz tego, że kocha się swoje dziecko, jest ono też źródłem cierpień i nieustannych niepokojów. Więc obiektywnie patrząc na sprawę, nie można nie zadać sobie pytania DLACZEGO?
Moi rodzice nie bardzo mi w tym pomogli, bo powiedzieli tylko, że oni od zawsze wiedzieli, że chcą mieć dzieci. I tyle. Nie zastanawiali się nad tym zbytnio. Pytanie znajomych też nie bardzo przyniosło odpowiedzi. Trochę mnie zatrwożyło, że przez dosyć długi czas nie umiałam sobie na to odpowiedzieć. Aż przeżyłam wyjątkowo piękny dzień. I wtedy dostałam swoją odpowiedź. Decydując się na dziecko dajesz mu szansę na przeżycie dobrego życia. Pozwalasz zaistnieć nowej istocie, która będzie doświadczać równie pięknych rzeczy, co Ty! Radości, takich malutkich i takich przejmujących do głębi, zachwytów, uśmiechów, przyjaźni. Usłyszy szum morza, poczuje deszcz na swojej twarzy, będzie tańczyć do upadłego.
To jest moja odpowiedź. A jaka jest Twoja?

piątek, 27 lipca 2018

Jak żyć bez instragrama i facebooka?

Zapomniałam dziś telefonu do pracy. Do pracy, w której wszystkie socialmedia są zablokowane! Oczywiście miałam kilka spraw do załatwienia, które zapisane były na messengerze. I były to wyjątkowo ważne rzeczy, które były związane z pracą. Więc udało mi się zalogować na messengera z koleżanki telefonu i przesłać wszystko co potrzebujowałam. Uff.

Zabrałam się wtedy do pracy ciesząc się, że będę miała spokój.
Przypomniało mi się potem, że miałam potwierdzić spotkanie, więc przekazałam info pisząc maila do koleżanki, która przekazała moje potwierdzenie odpowiedniej osobie. Pozostałe sprawy mogły poczekać.
Co jakiś czas sięgałam ręką w lewo... potem w prawo... aha, nie mam po co szukać.
Wiadomości email sprawdziłam w komputerze.
Nie wiem co się dzieje na fejsie, może przeżyję? Nie przeglądam bezmyślnie insta, może nawet to lepiej?
Ale widzę, że potrzebuję telefonu, że czuję się bez niego dziwnie. Tłumaczę sobie, że ostatnio dużo rzeczy załatwiam i że wszystko w tym telefonie mam. Ale może nie ma co sobie tłumaczyć? Może to dziwne uczucie zmierzające w kierunku niepokoju to reakcja na odstawienie czynnika uzależniającego?

I tu pojawiło mi się pytanie. Czy warto z tym walczyć, odzwyczajać się od telefonu? Czy może po prostu lepiej jest telefon ze sobą nosić i być podłączonym do świata?
A jak Ty uważasz?

poniedziałek, 16 lipca 2018

Śmierć

Generalnie nie boję się śmierci. Boję się cierpienia z nią związanego, oj tak. Ale sama perspektywa życia na wieki, w niewypowiedzianej radości i miłości, oglądając twarzą w twarz Tego, który jest tajemnicą.... Ach, czegóż się tu bać?
Moja Babcia przez ostatnie miesiące chorowała. Z dnia na dzień było widać pogorszenie. Przestawała chodzić, mówić, jeść. Wiedziałam, że niedługo umrze. Wydawało mi się, że jestem na to gotowa. Wiedziałam, że odejdzie, ale ufałam, że "po drugiej stronie" będzie Jej lepiej. I nawet trochę się karciłam, że jest we mnie taka zgoda i spokój i żadnych wielkich emocji...
A potem przyszedł ten dzień, kiedy dostałam telefon, że to już. I nagle okazało się, że wcale nie jestem gotowa. Było to dla mnie dosyć szokujące odkrycie. I myślałam sobie też wtedy o moich bliskich, którzy stracili kogoś niespodziewanie. Jak sobie wtedy z tym poradzić? A może jest tak, że wcale nie da się na to przygotować? Że choćbyśmy wszystko mieli poukładane w głowie, to w sytuacji utraty kogoś bliskiego to wszystko i tak staje się nieprzydatne?
I odkryłam też, po co są stypy. Wcześniej było to dla mnie jakieś absurdalne, że po pogrzebie, kiedy jest się rozemocjonowanym idzie się na obiad, jest alkohol i śmiechy. Ale teraz było to dla mnie dosyć niezwykłe wydarzenie, miałam okazję porozmawiać z koleżankami mojej Babci i posłuchać co one o niej myślały. A drugim dosyć wzruszającym spostrzeżeniem było to, że na pogrzebie zjawiły się osoby, które wcale albo słabo Ją znały, ale chciały tam być ze względu na Moich Rodziców. I zrozumiałam, że kiedy nie ma się słów, to samo bycie z kimś naprawdę wystarczy.