Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

wtorek, 13 listopada 2018

Czy można stracić wiarę?


W sumie to nie powinnam nic dodawać do tego filmu. Może oprócz stwierdzenia, że zgadzam się ze wszystkim, co w nim wypowiedziane. Dlaczego? Bo sama przez to przechodzę. Widzę, jak małymi kroczkami odchodzę od tego, co przecież jest dla mnie ważne.
Najpierw odpuszczam czytanie Słowa, bo zmęczenie, bo nagle wypadające inne plany, bo....
Im mniej takiej modlitwy, tym ciężej się do niej zmobilizować, bo tym mniej rozumiem i słyszę na każdej kolejnej. Frustracja, wątpliwości. A kiedy kuleje modlitwa, to wszystkie wypowiedziane słowa tracą na znaczeniu, bo relacja słabnie. Staje się w końcu spotkaniem z Kimś, kogo wcale nie znam i z Kim nie mam o czym mówić. A jeśli relacja niknie, to i sakramenty, bo przecież o to w nich chodzi. I tak efektem śnieżnej kuli wszystko się sypie.
Ciężko się wraca. Wymaga to dużej wytrwałości i samozaparcia. Ale to faktycznie jest tak, jak z ćwiczeniami fizycznymi. Im częściej, tym łatwiej z każdym kolejnym razem.

Zdarzało mi się czasem obudzić i myśleć, że ja przecież wcale nie wierzę. Ale nigdy nie przychodziło to nagle. Po prostu małymi kroczkami zamiast w stronę zrozumienia, szłam w stronę wątpliwości.
Każdy kryzys jest moją odpowiedzialnością. Cieszę się jednak, że mam doświadczenie, do którego w tych trudnych chwilach mogę wracać i które pozwala mi wrócić na dobrą ścieżkę.






wtorek, 9 października 2018

Myśli o macierzyństwie

Trafiłam ostatnio na cudowny kanał dwóch mam. Są piękne, dowcipne i moim zdaniem bardzo mądre. Dzielą się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami związanymi z macierzyństwem i bardzo odnajduję się w ich pomysłach i podejściu do dzieci. Chociaż dla mnie perspektywa macierzyństwa jest jeszcze dosyć odległa, to nie ukrywam, że w wielu momentach myślę o tym, jaką mamą chciałabym być, na co zwracać uwagę, czego absolutnie nie robić. Jest też w tym myśleniu wiele strachu. Czy to w ogóle rola dla mnie, czy będę umiała wychować dziecko na dobrego człowieka,  jak ogarnę dom, czy się w tym wszystkim nie zatracę i różne takie.... Więc szalenie podoba mi się też to, że Ola i Ania dużo mówią o trudnościach, ale robią to w sposób, który mnie nie przeraża, ale jakoś przygotowuje. A najfajniejsze jest chyba to, że zwracają uwagę na WOLNOŚĆ. Na wolność od swoich wyobrażeń i ustaleń, wolność w nie byciu idealnym i nie porównywaniu się z innymi, wolność w popełnianiu błędów. Nie przewidzi się wszystkiego, a może powinnam nawet powiedzieć, że nie przewidzi się niczego, to aż tak nowa sytuacja, że żadne wyobrażenie jej nie dorówna.
Czy jednak można się jakoś do macierzyństwa przygotować? Niewątpliwie. To, o czym myślę sobie teraz, kiedy jestem od tego daleka, to nabycie postaw i cech, które wiele w przyszłości ułatwią. Jakich? Może na przykład takich jak wymienione w poniższym filmie:



A Ty, wyobrażasz sobie to jakoś i planujesz?

czwartek, 13 września 2018

Mój Kościół

Dużo ostatnio głosów o skandalach w Kościele. Już od kilku lat co jakiś czas poruszane były różne problematyczne sprawy, ale wydaje mi się, że ostatnio przybrały na sile. I dobrze. Nie o samych skandalach chcę Ci powiedzieć, ale o tym, dlaczego mimo tego wciąż w Kościele jestem. Takie właśnie pytanie usłyszałam ostatnio od kogoś znajomego. Jak, mimo wszystkich afer, mogę dalej w Nim trwać?
To nie jest tak, że różne afery mnie nie dotykają. Kiedy czytam artykuły o odchodzących księżach, o pieniądzach i układach, a ostatnio o molestowanych dzieciach i zamiataniu tego wszystkiego pod dywan, to serce mi się kraje i rodzi się we mnie złość. Prawdą jest, że nikt ze znanych mi osób nie został skrzywdzony przez osobę duchowną. A przynajmniej nikt mi o tym nie powiedział. Gdyby tak jednak było, starałabym się o sprawiedliwość, czyli ukaranie sprawcy. Czy odeszłabym z Kościoła? Wydaje mi się, że nie. Jeśli Twój pracodawca  będzie stosował mobbing, to czy przestaniesz chodzić do pracy? Albo jeśli nauczyciel będzie molestował Twoje dziecko, to czy przestaniesz posyłać je do szkoły? Jedni moi znajomi przestali chodzić na Msze, bo ksiądz w ich parafii wyciągnął od nich dużo pieniędzy przed ślubem. Od razu pomyślałam sobie o sytuacjach, kiedy jestem w restauracji czy w sklepie i ktoś źle mnie obsłuży. To nie sprawia, że przestaję robić zakupy albo jadać na mieście. Po prostu szukam innych miejsc. I myślę, że z Kościołem też tak jest. Trafiamy w nim na różnych ludzi, tak jak i w życiu. I tych dobrych zawsze uda się nam znaleźć.
Po drugie, Kościół jest Ciałem. Tworzy je każdy ochrzczony. Sama wiem, jak ciężko mi się funkcjonuje, kiedy boli mnie głowa albo mały palec u nogi. Jeśli boli mnie chociaż jedna, najmniejsza nawet część mojego ciała, wpływa to na funkcjonowanie całości. I uważam, że tak samo jest z Kościołem. Każdy MÓJ grzech to ból, który zadaję Ciału i czy chcę, czy nie, pogarszam Jego funkcjonowanie. Każdy z nas to robi.
Chciałabym wielu zmian w Kościele. Oddzielenia od państwa, jawnych finansów, opodatkowania. Wyroków skazujących. Myślę sobie jednak, że nie dam rady zmienić Kościoła będąc poza nim.

piątek, 31 sierpnia 2018

Z miłością.

Zastanawiałam się ostatnio, jak robić te wszystkie rzeczy, których robić nie lubię, które mi nie sprawiają radości. Typu sprzątanie, gotowanie, prasowanie.
Dlaczego mnie to tak męczy wszystko?
Więc po pierwsze: nic nie muszę. Tylko chcę. Bo chcę mieć czysto, ładnie, schludnie i dobrze (do zjedzenia zwłaszcza).
A po drugie: to ma bardzo duży sens, gdy się to robi dla kogoś. Na przykład dla swojej rodziny, albo... dla siebie.
Więc robi się to z miłością.
I wszystko stało się jakieś łatwiejsze ;)

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Dlaczego ludzie chcą mieć dzieci?

Odwiedziłam znajomych, którym urodziło się pierwsze dziecko. Pytałam o poród, o trudności, o całą tą ich nową rzeczywistość. I w całym pięknie tej sytuacji widziałam dużo trudu. Wtedy też naszło mnie pytanie, dlaczego ludzie w ogóle decydują się na dziecko? Ta mała istota wywraca świat do góry nogami. Niczego nie da się zaplanować, bo nagła kolka/atak płaczu/choroba. Zmęczenie. Niewyspanie. Napięcia między małżonkami. I tyle rzeczy, z których trzeba rezygnować! I oprócz tego, że kocha się swoje dziecko, jest ono też źródłem cierpień i nieustannych niepokojów. Więc obiektywnie patrząc na sprawę, nie można nie zadać sobie pytania DLACZEGO?
Moi rodzice nie bardzo mi w tym pomogli, bo powiedzieli tylko, że oni od zawsze wiedzieli, że chcą mieć dzieci. I tyle. Nie zastanawiali się nad tym zbytnio. Pytanie znajomych też nie bardzo przyniosło odpowiedzi. Trochę mnie zatrwożyło, że przez dosyć długi czas nie umiałam sobie na to odpowiedzieć. Aż przeżyłam wyjątkowo piękny dzień. I wtedy dostałam swoją odpowiedź. Decydując się na dziecko dajesz mu szansę na przeżycie dobrego życia. Pozwalasz zaistnieć nowej istocie, która będzie doświadczać równie pięknych rzeczy, co Ty! Radości, takich malutkich i takich przejmujących do głębi, zachwytów, uśmiechów, przyjaźni. Usłyszy szum morza, poczuje deszcz na swojej twarzy, będzie tańczyć do upadłego.
To jest moja odpowiedź. A jaka jest Twoja?

piątek, 27 lipca 2018

Jak żyć bez instragrama i facebooka?

Zapomniałam dziś telefonu do pracy. Do pracy, w której wszystkie socialmedia są zablokowane! Oczywiście miałam kilka spraw do załatwienia, które zapisane były na messengerze. I były to wyjątkowo ważne rzeczy, które były związane z pracą. Więc udało mi się zalogować na messengera z koleżanki telefonu i przesłać wszystko co potrzebujowałam. Uff.

Zabrałam się wtedy do pracy ciesząc się, że będę miała spokój.
Przypomniało mi się potem, że miałam potwierdzić spotkanie, więc przekazałam info pisząc maila do koleżanki, która przekazała moje potwierdzenie odpowiedniej osobie. Pozostałe sprawy mogły poczekać.
Co jakiś czas sięgałam ręką w lewo... potem w prawo... aha, nie mam po co szukać.
Wiadomości email sprawdziłam w komputerze.
Nie wiem co się dzieje na fejsie, może przeżyję? Nie przeglądam bezmyślnie insta, może nawet to lepiej?
Ale widzę, że potrzebuję telefonu, że czuję się bez niego dziwnie. Tłumaczę sobie, że ostatnio dużo rzeczy załatwiam i że wszystko w tym telefonie mam. Ale może nie ma co sobie tłumaczyć? Może to dziwne uczucie zmierzające w kierunku niepokoju to reakcja na odstawienie czynnika uzależniającego?

I tu pojawiło mi się pytanie. Czy warto z tym walczyć, odzwyczajać się od telefonu? Czy może po prostu lepiej jest telefon ze sobą nosić i być podłączonym do świata?
A jak Ty uważasz?

poniedziałek, 16 lipca 2018

Śmierć

Generalnie nie boję się śmierci. Boję się cierpienia z nią związanego, oj tak. Ale sama perspektywa życia na wieki, w niewypowiedzianej radości i miłości, oglądając twarzą w twarz Tego, który jest tajemnicą.... Ach, czegóż się tu bać?
Moja Babcia przez ostatnie miesiące chorowała. Z dnia na dzień było widać pogorszenie. Przestawała chodzić, mówić, jeść. Wiedziałam, że niedługo umrze. Wydawało mi się, że jestem na to gotowa. Wiedziałam, że odejdzie, ale ufałam, że "po drugiej stronie" będzie Jej lepiej. I nawet trochę się karciłam, że jest we mnie taka zgoda i spokój i żadnych wielkich emocji...
A potem przyszedł ten dzień, kiedy dostałam telefon, że to już. I nagle okazało się, że wcale nie jestem gotowa. Było to dla mnie dosyć szokujące odkrycie. I myślałam sobie też wtedy o moich bliskich, którzy stracili kogoś niespodziewanie. Jak sobie wtedy z tym poradzić? A może jest tak, że wcale nie da się na to przygotować? Że choćbyśmy wszystko mieli poukładane w głowie, to w sytuacji utraty kogoś bliskiego to wszystko i tak staje się nieprzydatne?
I odkryłam też, po co są stypy. Wcześniej było to dla mnie jakieś absurdalne, że po pogrzebie, kiedy jest się rozemocjonowanym idzie się na obiad, jest alkohol i śmiechy. Ale teraz było to dla mnie dosyć niezwykłe wydarzenie, miałam okazję porozmawiać z koleżankami mojej Babci i posłuchać co one o niej myślały. A drugim dosyć wzruszającym spostrzeżeniem było to, że na pogrzebie zjawiły się osoby, które wcale albo słabo Ją znały, ale chciały tam być ze względu na Moich Rodziców. I zrozumiałam, że kiedy nie ma się słów, to samo bycie z kimś naprawdę wystarczy.

wtorek, 26 czerwca 2018

Mamo, dlaczego nie mogę wyrażać moich emocji?

Miałam dziś taką sytuację, określiła bym ją jako trudną i smutną.
Przebierałam się przed moim treningiem w szatni damskiej gdy z sali wyszły dwie zapłakane dziewczynki lat około 5-6. Nie wiem co się wydarzyło na ich treningu, ale znam to, zdarza się wychodzić w takim stanie. Natomiast to co się wydarzyło później, przerosło moje wyobrażenie.
Do szatni weszły dwie mamy (bez Dzień dobry do mnie, bo po co). Jedna z tekstem "Co to za humor masz?", a druga cicho i spokojnie. Dziecko tej pierwszej odpowiedziało "Czasem mogę mieć gorszy humor", na co usłyszało od rodzicielki (a może to była opiekunka?) "to ja poczekam na zewnątrz. Albo się uspokoisz i wyjdziesz do mnie, albo się nie uspokoisz i Cię tu zostawię". Jak się domyślasz, raczej to w uspokajaniu nie pomogło. Nie byłabym sobą, gdybym nie zareagowała.
Dziewczynce (na szczęście miała szafkę obok mnie) szepnęłam, że to normalne, że humor czasem jest gorszy, że każdy ma prawo się smucić. I że ja też czasem wychodzę z treningu z płaczem, czasem mi coś nie wychodzi. I że jutro będzie lepiej.
Z drugą mamą zamieniłam słówko w stylu "Ciekawe co tam się wydarzyło, idę zobaczyć". A pierwszej mamie nie powiedziałam już nic, żeby nie robić awantury i żeby mnie jeszcze przyjęli w tym jedynym miejscu gdzie mam przestrzeń do ćwiczenia....
Ale nie rozumiem, oj nie. Dlaczego nie mogę wyrażać emocji? Dlaczego nie może mi być smutno, źle? Czy pani nie wie, że zduszone emocje kiedyś wychodzą? I zaczyna się nerwica/depresja/inne problemy. Że nastoletniość pani córki będzie pełna bólu, może samookaleczania się i cichej autoagresji?
Uczenie dziecka jedynie pozytywnych emocji, lub całkowitego braku ich okazywania jest niezbyt mądrym pomysłem. Bo ileż da się być dzielną miłą grzeczną ukochaną córeczką? Ukochanym synkiem, który wygrywa wszystkie zawody i zawsze jest najlepszy? Moment, chwilę. Do pewnej granicy.
I pewnie bym przeszła obok tego obojętnie, gdyby nie wydało mi się to dziwnie znajome. I wiem, jak ciężko się potem odpuszcza i uczy, że można być słabym.
Miejmy nadzieję, że ktoś kiedyś zacznie prowadzić kursy przed-rodzicielskie tak jak są kursy przed-małżeńskie!
Dziś jedynie co mogę zrobić więcej, to się pomodlić za te wszystkie dzieci i ich trudnych rodziców, co nie wiedzą, że emocje trzeba wyrażać. Koniecznie.

wtorek, 5 czerwca 2018

Zmieniać pracę

Miałam ostatnio w pracy ciężki czas. Pojawiło się dużo absurdów, a jest to dla mnie jedna z rzeczy nie do przejścia. Skończył się jeden tydzień pełen frustracji, więc liczyłam na to, że od następnego będzie lepiej. Ale nie było. Każdego dnia działo się coś, co wyprowadzało mnie z równowagi i stawiało mnie w poczuciu, że moja praca nie jest szanowana. Spadła mi motywacja, bo kiedy ktoś inny nie pracuje dobrze i nie są wyciągane z tego żadne konsekwencje, to dlaczego ja mam?
W tym kryzysowym momencie dostałam wiadomość z zapytaniem, czy nie znam kogoś, kto szuka pracy? Oczywiście w pierwszej kolejności pomyślałam o innych, ale później... A właściwie dlaczego nie?
To otworzyło mi oczy. I głowę. Hej, przecież ja też mogę! Nie chcę być osobą, która zasiedzi się w jednym miejscu i będzie narzekać, jaka ta praca zła. Patrząc na to jeszcze z innej strony, to kiedy, jak nie teraz, będzie czas na próbowanie się w nowych dziedzinach? Tak naprawdę wcale nie wiem, kim chcę być, jak dorosnę. Marzenia o coachingu zdążyły się już zakurzyć. Ale może będę Panią z Banku? Albo sekretarką? Albo analitykiem danych? Albo.... możliwości jest wiele! I mam ten komfort, że nie mam ani kredytu (no, mam, ale taki całkiem mały), ani rodziny na utrzymaniu i mogę sobie też pozwolić na to, żeby podwinęła mi się noga.
Oczywiście jest też strach. Czy zwolnić się już, czy jeszcze trochę przetrzymać? Posłuchać rozumu czy intuicji? A co, jeśli wcale nie zjadę dobrej pracy? A jeśli tam też mi się nie spodoba? Jeśli będę pracować w gronie ludzi, z którymi się nie dogadam? A jeśli...
Sama siebie zapewniam, że dam radę. Jestem mądra. Zaradna. Poradzę sobie. I nawet jeśli nie słyszę tego od innych, sama sobie to powtarzam. Jestem odważna. Szkoda przecież tracić życie na frustracje. Więc kiedy, jeśli nie teraz?
A najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że w tych zmaganiach się z decyzją przez cały tydzień prowadzi mnie Słowo z dnia. I to nic, że nie słyszę jasnej odpowiedzi zrób tak i tak. Zresztą chyba nie o to chodzi w wolności. Ale wiem, że niezależnie od decyzji, którą podejmę, On będzie mi błogosławił.

czwartek, 24 maja 2018

Uzależnieni.

Chodzimy z tymi telefonami, przyklejeni do wyświetlaczy i klikamy. Like tu, like tam. A, nie tego jednak nie śledzę, a co tu się dzieje? Wiadomości jeszcze sprawdzę, może coś się zmieniło od rana. Odpiszę tutaj M., a K. odpiszę za chwilę.
Wsiadam do tramwaju, wyciągam książkę. Dziewczyny obok mnie zapatrzone w telefony a jednak ciągle ciągną konwersację między sobą. Pan obok coś czyta, też na telefonie, może wiadomości, a może filozoficzne teksty? Głupio mi, że czytam papier. Wyciągam telefon i sprawdzam wiadomości raz jeszcze.
Mijam zasłuchawkowanych ludzi - czego słuchają? Muzyki? Jakiś mądrych konferencji lub podcastów? Zepsuły mi się słuchawki, muzyki słucham tylko w domu, na dobrych głośnikach. Dźwięki miasta też są ciekawe, ale czasem bardzo mi brakuje muzyki gdy nie ma do kogo się odezwać.
Już kładę się spać, ale przypomniało mi się, że nie ćwiczyłam dziś angielskiego i niemieckiego. Więc sięgam po telefon i jeszcze klikam. Tap, tap, klik, klik, za szybko, znów się pomyliłam, a umiałam przetłumaczyć to zdanie przecież!
Budzę się kolejnego dnia z myślą, że może jednak kupić zwykły budzik (ale czy on da radę?). Bo pierwsze co robię to sprawdzam fejsa i insta, i odświeżam raz jeszcze, bo może mi nie wyświetliło powiadomień wszystkich? Idąc do łazienki czytam wiadomości. Telefon jest ze mną cały czas. (Poza momentami, gdy go zapomnę. O dziwo da się to przeżyć.) Łapię się na tym, że się dziwię, że nikt do mnie nie napisał, nikt nie polubił mojego nowego zdjęcia. A minęło ledwo pół godziny od ostatniego sprawdzenia. Nic się nie zmieniło, robi się nudne odświeżanie tych stron. To mnie pewnie ratuje, bo sięgam po książki, słucham mądrych rzeczy, staram się by ten telefon był narzędziem pracy a nie obiektem uzależniającym.
Ile jest ludzi, którzy kładą swój telefon obok łóżka? W łazience aby móc po niego sięgnąć zaraz po wyjściu spod prysznica? Nie wspominając o przeglądaniu internetu w wannie? W tramwaju/autobusie (przecież to niezłe wykorzystanie czasu podróży).
Są miliony aplikacji, które teoretycznie nam ułatwiają życie, a z drugiej strony pewnie drugie tyle (albo więcej?) które nam je zabierają.
Nie wiem czy to uzależnienie od internetu, dostępu do wiadomości, czy do kontaktu z ludźmi. Mam ich tam, w bezpiecznej odległości. Jak będę miała dość, to odłączę się od sieci. 
Proste? 
Straszne.

piątek, 11 maja 2018

Obserwować ludzi.

Lubię sama chodzić do restauracji. Tak bez pośpiechu. Czasem coś sobie czytam, czasem słucham muzyki, a czasem skupiam się na ludziach. Bo są zaskakujący. I piękni!
Bistro w centrum Krakowa, godzina przed 13.
Wchodzi starsza Pani, pewnie w wieku mojej babci. Raczej elegancka. Zamawia zupę i drugie danie. Idzie po jedno z czasopism dostępnych w lokalu i siada przy oknie. Wybrała Wyborczą. Je powoli, zaczytana. Po godzinie wychodzi. Przyszła sobie ot tak zjeść obiad na mieście. Sama. Jestem tak bardzo zadziwiona. I poruszona.
Młody, elegancki mężczyzna pyta mnie, czy może zająć miejsce obok. Ma doskonale skrojony granatowy garnitur, a kiedy siada czuję zapach jego perfum. Jak gdyby nigdy nic robi znak krzyża przed jedzeniem, powoli i w skupieniu pochłania posiłek i wychodzi.
Zawieszam wzrok na kobiecie niewiele ode mnie starszej w fioletowo-szarych włosach, z mocną szminką na ustach i doskonale dopasowanymi oprawkami. Jest tak śliczna, że nie mogę oderwać wzroku, chociaż przecież głupio tak się lampić na nieznajomą.
Inny dzień, inne miejsce. Rodzice z piątką dzieci, cztery dziewczyny, jeden chłopak. Mówią po hiszpańsku. Rodzinny obiad w Krakowie. Dzieciaki wychodzą do toalety, a rodzice wykorzystują ten moment na chwile czułości. Patrząc na nich myślę sobie, że też bym tak kiedyś chciała. Po wielu latach małżeństwa nadal patrzeć na siebie z miłością. I pożądaniem. Mieć czas na niespieszny obiad z rodziną. Po prostu być z bliskimi.
Lubię obserwować ludzi w takich miejscach. Czasem podsłuchać mądrą rozmowę. Czasem nacieszyć się czyimś pięknem. A czasem odkryć w sobie pragnienie, że ja też chcę tak, jak ktoś inny.



niedziela, 29 kwietnia 2018

Organizacja przyziemnych spraw.

Pomyślałam całkiem niedawno, że się z Tobą podzielę rzeczą zupełnie przyziemną. Organizacją codziennych spraw czyli sprzątania.
Czytałam kilka lat temu książkę o chemii w domu, o sprzątaniu i takie tam. I byłam bardzo zdziwiona dlaczego autorka rozpisuje sobie sprzątanie na każdy dzień. I codziennie coś robi w domu! Dramat, jak tak można? Przecież lepiej poświęcić dwie godziny na tydzień i wszystko zrobić na raz, a resztę tygodnia mieć dla siebie.
Otóż po kilku latach i kilku zmianach mieszkania muszę przyznać, że się myliłam. I o dziwo, odkryłam, że sama tak zaczęłam robić. Pewnie wynika to z powierzchni obecnie zajmowanego przeze mnie mieszkania (powyżej 50 metrów ciężko jest wysprzątać na raz tylko w 2 godziny!). Na pewno mój system zmodyfikowały też futrzaki, które u nas zamieszkały tej jesieni. Nie mogę odkurzyć tylko jednego pokoju, bo za parę godzin wszystko wygląda jak przed sprzątaniem. Nie mogę też odkurzać dywanu rzadziej niż co 7 dni (siedem. nie koło tygodnia!), bo tylko wtedy jest w jako tako kondycji i bez większego problemu da się go doprowadzić do niezłego stanu.
Tym samym musiałam sobie to jakoś porozdzielać. 5-10 minut dziennie nie będzie zauważalne w skali tygodnia.
Więc osobno jest ścieranie kurzu (dzielę to czasem na dwa dni), zazwyczaj łączone z podlewaniem kwiatków. Potem jest odkurzanie (kiedyś dzielone na dwa dni, już nie więc zajmuje mi 20 minut i powoduje niechęć do dalszego sprzątania). Kolejna porcja to łazienki (ah, mogłabym mieć jedną i byłoby szybciej!) - wbrew pozorom to też nie zajmuje dłużej niż 20 minut. Do tego dochodzi porządne mycie podłóg (w trzech pomieszczeniach), ale to już nie zdarza mi się raz w tygodniu tylko trochę rzadziej. Takie dodatkowe rzeczy jak dokładne odkurzenie półek, mycie okien, tak zwane "przed świętami" można sobie wtedy ładnie porozkładać po sobotach różnych miesięcy - najlepiej nie przed świętami! :D
Co mi to dało tak naprawdę? Dało mi to, że zgubiłam myśl "znowu muszę posprzątać!" i niejako robię to automatycznie i bez zbędnego zastanawiania się. Jasne, że zmienia mi się to w czasie i że czasem odsuwam coś na inny dzień. Ale jakoś takie uporządkowanie i podzielenie tej czynności na kilka małych pomogło mi ogarnąć to co wydawało się być nie do ogarnięcia.
A Ty masz na sprzątanie jakiś sposób? Czy zjada Ci soboty?

piątek, 13 kwietnia 2018

Czym jest dla mnie Zmartwychwstanie?

Muszę Ci się przyznać, że przez długi czas nie byłam fanką świąt Wielkanocnych. Kojarzyły mi się z godzinami spędzonymi na nabożeństwach, sobotnim pośpiechem i ogólnie szybko mijającym wolnym. Wkraczając coraz bardziej w duchowość odkrywałam wciąż nowe prawdy, jak na przykład to, że krzyż do Miłość albo że Wigilia Paschalna to najważniejszy dzień w roku i już wtedy świętujemy zmartwychwstanie, nie w niedzielę (szok! tyle lat w błędzie).
Tegoroczne Święta przyniosły mi dwa odkrycia. Po pierwsze - trochę wiedzy. O. Adam miał naprawdę świetne vlogi wyjaśniające liturgię Triduum. Zmienia patrzenie o 180 stopni!
Drugim był... brak oczekiwania. Odkąd zaczęłam bardziej świadomie przeżywać wiarę, każda Wielkanoc była oczekiwaniem na jakiś cud. Długo czułam, że wcale nie żyję, że moje serce jest grobem. I czekałam na Zmartwychwstanie. Liczyłam na to, że w Niedzielę stanie się jakiś cud i wszystko się odmieni. Że życie nagle stanie się piękniejsze. Że Go doświadczę. Że stanie się coś spektakularnego. Ale każde Święta mijały podobnie i.... nic z tych rzeczy się nie działo. Albo tak mi się tylko zdawało.
W tym roku uświadomiłam sobie, że nie muszę wyczekiwać. Że On naprawdę wstał z martwych. Jest Bogiem żywym i bliskim. I to nie tak, że muszę cały rok czekać, żeby móc Go prosić, żeby podniósł mnie z grobu w ten jeden konkretny dzień, kiedy świętujemy Jego zmartwychwstanie.
To właśnie celebrowałam w Wigilię Paschalną. Że Bóg, w którego wierzę, pokonał śmierć. Że obiecuje mi życie. Że każdego dnia zaczynamy od nowa. Że nawet kiedy czasem zakopuję się w moim grobie, rozpamiętuję to, co umarło, to On przychodzi tam ze swoją obietnicą. I to się dzieje każdego dnia. Jeśli tylko Mu na to pozwalam.

sobota, 31 marca 2018

Wielka Sobota. Cicha sobota.

Cisza.
Babki drożdżowe wysychają ozdobione lukrem. Pisanki mienią się kolorami, bukszpan pachnie i czekam aż rozwiną się żonkile.
Lubię ten spokój, że wszystko co roku jest tak samo, że wszystko o tej porze jest zrobione. Można w spokoju usiąść, zastanowić się, odetchnąć.
Myślę, że fajnie by było pójść usiąść przy grobie Pana. Ale to chyba nie moja rola, nie tym razem... W inny sposób przy Nim trwać.
Życzę Ci byś znalazła chwilę w świątecznych przygotowaniach żeby zatrzymać się i zastanowić nad tym co najważniejsze - że On umarł za Ciebie! Niech ta myśl dodaje sensu najbliższym dniom.

środa, 14 marca 2018

Piosenki mojego życia.

Znasz to uczucie, kiedy pierwszy raz słyszysz jakąś piosenkę, i nagle okazuje się, że dokładnie opisuje to, co właśnie przeżywasz? To niesłychanie wzruszający moment. Nie tak dawno temu ukazała się najnowsza płyta Mikromusic. Znalazłam na niej utwór, który mówi o mnie. Taki, pod którym podpisuję się obiema rękami, który byłby doskonałą odpowiedzią na pytanie jak wygląda moje życie. Wtedy też poczyniłam refleksję nad tym, jakie piosenki towarzyszyły mi kiedyś i........ A zresztą, zobacz sama.

1. Studia. Dorosłość. Odpowiedzialność. W głębi serca smutek i tęsknota, nie wiadomo za czym. I pragnienie bycia uratowaną.


2. Pierwsze nawrócenie. Boże obietnice. Małe kroki stawiane na drodze wiary. Nadzieja, że zaczyna się coś nowego, coś dobrego.



3. Dzisiaj. Odpuszczanie. Zgoda na porażki. Wdzięczność. I poczucie, że mam wszystko, czego potrzebuję.



Życie jest zaskakujące. I wiesz co? To naprawdę jest tak, że wszystko będzie dobrze.

piątek, 23 lutego 2018

Czy to ten moment? Czyli kiedy poprosić o pomoc.

Od 2001 roku 23 lutego jest  Ogólnopolskim Dniem Walki z Depresją. Myślę, że na ten dzień mogę Ci polecić bardzo dobry krótki wykład: Czym jest depresja?
Wpadłam na niego bardzo bardzo dawno temu. I przeraził mnie czas jaki zajmuje ludziom pójście na terapię. Ponad 7 lat! Z perspektywy kilku kolejnych lat widzę i rozumiem. Że decyzja ta jest bardzo trudna do podjęcia. Że sama decyzja nie skutkuje zaczęciem terapii. Że nie skutkuje pewnie też regularnością i wytrwaniu do końca. Że trzeba włożyć bardzo dużo wysiłku i pracy aby było lepiej. (Żeby nie powiedzieć, że pojawia się wątpliwość czy lepiej być może?).
Więc nasuwa mi się nieodstępujące ode mnie pytanie: kiedy poprosić o pomoc? Kiedy się przyznać, że już nie mogę? Kiedy powiedzieć, że potrzebuję wsparcia?
Jedno wiem na pewno. Nie należy czekać aż nie będzie się już dawało rady. Wiem, granica jest wąska. I dla każdego ten moment jest inny. Mówi się że dołek dłuższy niż dwa tygodnie jest już alarmujący. Zawsze można go sobie czymś przecież wytłumaczyć. A, bo zima, bo hormony, bo gorszy czas. Ile takiego gorszego czasu mieć można?
Jeśli widzisz, że rozmowa z najbliższymi nie pomaga, że przyjaciele nie wyrywają Cię z zamyślenia, że dalecy znajomi pytają czy naprawdę wszystko jest dobrze, zastanów się, czy nie warto poprosić o pomoc.
Podobno to nie jest tak, że (dorosłe) życie musi być okupywane takim wysiłkiem. A sam fakt pójścia na terapię świadczy o Twojej sile.
Otwartości na drugiego człowieka życzę Ci w tym dniu!

wtorek, 13 lutego 2018

Historia o samotnym wyjeździe.

Mój sylwester w tym roku był wyjątkowy. Pierwszy raz byłam nad morzem zimą. I pierwszy raz wyjechałam gdzieś sama. Było to jedno z najlepszych doświadczeń ostatnich lat, więc muszę Ci o tym opowiedzieć!
Generalnie większość moich wyjazdów odbywałam w gronie rodziny lub znajomych. Ale od pewnego czasu chodziła mi po głowie myśl, że może by tak gdzieś...samej pojechać? Sylwester to świetna okazja. Więc wymyśliłam sobie morze, bo już lata tam nie byłam. Bałam się jednak kilku rzeczy. Po pierwsze samej podróży, że coś pójdzie nie tak, spóźnię się na autobus, nie znajdę hotelu, cokolwiek. A po drugie, że będzie mi tam z samą sobą jakoś źle. Niewygodnie. Że w głowie będę mieć miliony trudnych myśli. Że okaże się to złą decyzją....
Było jednak całkiem na odwrót! Czułam niesamowitą wolność, kiedy tak sobie chodziłam ulicami Gdyni bez żadnego planu. Zobaczyłam uroczą kawiarnię i weszłam delektować się smakiem kawy i to nic, że byłam w drodze do muzeum. Bo przecież mogłam robić to wszystko, na co miałam ochotę. Uczyłam się powolnego spacerowania. Delektowałam się posiłkami. Bez pośpiechu. Z pokojem w sercu. A wytęskniony widok morza dawał tyle radości! Cały czas jednak nie wiedziałam, jak chciałabym spędzić samego sylwestra. Koncerty były jakimś planem, ale tak naprawdę wiedziałam, że to nie było miejsce, w którym chciałabym być. I tak, oczywiście całkiem przypadkiem, na jednej z Mszy usłyszałam o sylwestrowym nabożeństwie o 23:00. I wtedy wiedziałam, że to jest to, czego potrzebuję. Wystawienie, ja i On, rozmowy o minionym roku i tym, który nadchodził... Wielka wdzięczność. A o północy fajerwerki i udział w ulicznej radości. Nie mogłabym sobie tego lepiej zaplanować.
Cały ten wyjazd, choć krótki, pokazał mi, że nieplanowanie jest piękne. I bycie ze sobą też jest. Jeśli jeszcze nie masz takiego doświadczenia, to polecam Ci bardzo!

sobota, 27 stycznia 2018

o nieplanowaniu ciąg dalszy.

W tym roku zamiast kalendarza mam zeszyt - osobisty planer, który kosztował mnie jedynie 3,50 zł zamiast 80 czy 90 złotych. Zawiera wszystko czego potrzebuję. Listy podzielone na miejsca ich wykonywania, telefony, nazwiska lekarzy których ostatnio często przytrafia mi się spotykać, budżety na kolejne miesiące, myśli, notatki z mądrych książek.
Jest jednak kilka stron na początku niewypełnionych. "2018. Cele, palny, itd.".
Zostały puste bo: po pierwsze nie miałam czasu ich wypełnić, po drugie miałam nie robić postanowień, po trzecie nie zmieniły się od zeszłego roku i są tak samo mało spełniane (przepisać je tak po prostu? i dalej nic z tym nie robić?), po czwarte moje plany żywieniowo-treningowe zmieniają się z tygodnia na tydzień choć ogólnie podążają w jednym kierunku i są już dawno uregulowane (warzywa, mięso, warzywa, minimalna ilość cukru, treningów 3-5 w tygodniu, pamiętać o strechingu!, co 6-8 tygodni tydzień roztrenowania. cały tydzień, podobno tak trzeba!). 
I dobrze mieć to spisane, np formy kontraktu z samym sobą myślę że super się sprawdzają. Myśli spisane łatwiej się wdraża w życie.
I z tego wszystkiego czasem się pytam, czy nie mam za dużo zaplanowanego, poukładanego? A potem każde małe zachwianie planem wyprowadza mnie totalnie z równowagi? Więc w tym roku próbuję wdrożyć zaplanowany czas na spontaniczne rzeczy. Grafik, który jednak częściowo jest elastyczny. Żeby zyskiwać relacje z ludźmi a nie tylko przetrenowanie, albo czas spędzać w kuchni.
Bo ważne jest to co tu i teraz. Nie to co będzie jutro, w przyszłym miesiącu, nie mówiąc o tym co za pół roku (ah, jak wtedy będzie!). Wbrew pozorom pozostanie w czasie rzeczywistym bywa trudne.

czwartek, 11 stycznia 2018

Dlaczego nie robię noworocznych postanowień.

A widzisz, chyba myślimy podobnie. Ja podjęłam decyzję, żeby całkiem z noworocznych postanowień zrezygnować. Dlaczego?

Historia 1:
Roczna wymiana w Brazylii. Sylwester. Wszyscy ubrani na biało, bo to symbol szczęścia. I ja z jednej strony czuję szczęście, a z drugiej źle mi z samą sobą. Zapisuję moje postanowienia noworoczne na ostatniej stronie podręcznego słownika. Chcę być inna. Lepsza. Kilka miesięcy później już o tym nie pamiętam.
Mija 5 lat, pożyczam ten właśnie słownik mojej dobrej koleżance. Kiedy go oddaje, pyta, czy pamiętam, co napisałam na okładce. Czytamy razem. I wiem, że już stałam się osobą, którą chciałam być. Bez żadnego planu.


Historia 2:
Godzina 23:07. Kilka lat temu. Rozpisuję sobie na kartce zadania na następny dzień. Zajęcia zaplanowane co do godziny. Wyznaczone minuty na zakupy. Nauka języka, zadani na studia, ćwiczenia, gotowanie, porządki. Nadchodzi poranek. Brak chęci zrobienia czegokolwiek. Chęć odpoczynku. Ale przecież te wszystkie plany? Frustracja. Nicnierobienie. Wcale nie przyjemne, bo pełne wyrzutów sumienia. Poczucie straconego dnia, bo przecież nie zrobiłam nic z tego, co założyłam.

Historia 3:
Dwie z bliskich mi kobiet są zaręczone. A jeszcze pół roku temu, nie były nawet w związkach. Jedna miała już w głowie perfekcyjną wizję życia w samotności.

Więc myślę sobie, że życie jest zbyt piękne i zbyt nieprzewidywalne, żeby je wpisać w ramy. I nie mówię, że robienie postanowień jest bez sensu. Ale wiem, że ja tego nie potrzebuję. Mam małe marzenia, które powoli spełniam. A czasem idę w coś, o czym poprzedniego roku bym nie pomyślała. Jak na przykład haftowanie. Albo powrót na studia. Albo wyprowadzka z Krakowa i powrót do domu. A postanowienia, które się nie zmieniają i nie zależą od aktualnej daty i tak mam dwa - nawracać się i stawać się piękniejszą wersją siebie.