Muszę Ci się przyznać, że przez długi czas nie byłam fanką świąt Wielkanocnych. Kojarzyły mi się z godzinami spędzonymi na nabożeństwach, sobotnim pośpiechem i ogólnie szybko mijającym wolnym. Wkraczając coraz bardziej w duchowość odkrywałam wciąż nowe prawdy, jak na przykład to, że krzyż do Miłość albo że Wigilia Paschalna to najważniejszy dzień w roku i już wtedy świętujemy zmartwychwstanie, nie w niedzielę (szok! tyle lat w błędzie).
Tegoroczne Święta przyniosły mi dwa odkrycia. Po pierwsze - trochę wiedzy. O. Adam miał naprawdę świetne vlogi wyjaśniające liturgię Triduum. Zmienia patrzenie o 180 stopni!
Drugim był... brak oczekiwania. Odkąd zaczęłam bardziej świadomie przeżywać wiarę, każda Wielkanoc była oczekiwaniem na jakiś cud. Długo czułam, że wcale nie żyję, że moje serce jest grobem. I czekałam na Zmartwychwstanie. Liczyłam na to, że w Niedzielę stanie się jakiś cud i wszystko się odmieni. Że życie nagle stanie się piękniejsze. Że Go doświadczę. Że stanie się coś spektakularnego. Ale każde Święta mijały podobnie i.... nic z tych rzeczy się nie działo. Albo tak mi się tylko zdawało.
W tym roku uświadomiłam sobie, że nie muszę wyczekiwać. Że On naprawdę wstał z martwych. Jest Bogiem żywym i bliskim. I to nie tak, że muszę cały rok czekać, żeby móc Go prosić, żeby podniósł mnie z grobu w ten jeden konkretny dzień, kiedy świętujemy Jego zmartwychwstanie.
To właśnie celebrowałam w Wigilię Paschalną. Że Bóg, w którego wierzę, pokonał śmierć. Że obiecuje mi życie. Że każdego dnia zaczynamy od nowa. Że nawet kiedy czasem zakopuję się w moim grobie, rozpamiętuję to, co umarło, to On przychodzi tam ze swoją obietnicą. I to się dzieje każdego dnia. Jeśli tylko Mu na to pozwalam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz