Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

piątek, 29 grudnia 2017

postanowienia, kamienie milowe i takie tam

Mam takie wrażenie, że co roku, końcem grudnia, wpadamy w wielki popłoch. Bo przecież trzeba wymyślić jaki będzie kolejny rok, zrobić jakiś plan działania, wytyczyć sobie jakąś ścieżkę kariery, ustawić kolejne kamienie milowe, podjąć nowych pasji, podjąć postanowienia i wyzwania!
Może jest takich ludzi coraz mniej, ale jednak, wszędzie się słyszy o postanowieniach noworocznych. Znów będą tłumy na siłowni, znów będzie trzeba z wyprzedzeniem zapisać się na trening, znów będą tłumy w szatniach basenowych. W sumie może to bardziej efekt świątecznego obżarstwa niż postanowień noworocznych, sama nie wiem.
W każdym razie prawdopodobnie większość tych planów legnie w gruzach jeszcze w styczniu, co Amerykanie postanowili uczcić ustanawiając Blue Monday
Możemy jeszcze dodać slogan "Najbliższy rok będzie rokiem wielu decyzji" i już czujemy, że możemy kończyć 2017ty. 
A gdyby tak jednak...
nie robić żadnych planów? Nie wypełniać kalendarza postanowieniami?
I dać się ponieść?
Może właśnie to co niezaplanowane przyniesie nam więcej dobra, niż nasze bardziej lub mniej bogate plany?
Wydaje mi się, że w zeszłym roku podzieliłam sobie różne obszary życia na planowanie w różnych miesiącach roku kalendarzowego. Ale i tak dopadła mnie gorączka myśli "co przyniesie mi nowy rok?". Próbuję znów wrócić do dawnego trybu, zobaczymy co będzie, plany kontynuuję z okresu wakacyjnego, gdy człowiek ma świeższą głowę.
A Ty? Jak podchodzisz do noworocznego planowania? Może masz na to jakiś sposób, który sprawdza się od lat? 
Pozostając w okresie świętowania, najlepsze życzenia dla Ciebie i Twojej Rodziny!

niedziela, 17 grudnia 2017

Adwent

Jeszcze tylko tydzień. A zaczynałam z kilkoma mocnymi postanowieniami i nadzieją, na kolejne małe nawrócenie.  Ale nie czuję się po tych dwóch tygodniach lepszym człowiekiem. Ani nawróconym. Ale ciągle jest szansa. Mnogość różnego rodzaju rekolekcji jest wręcz przytłaczająca. Może znajdę jeszcze coś dla siebie? Coś, co pokaże mi, że dobrze przeżyłam ten adwent?
Tak naprawdę, to wcale nie wiem, co to znaczy. Co roku mam jakiś problem z tym czasem. Czy powinnam się w nim wyciszyć? Pościć? Nawracać? Jak odkryć tą radość oczekiwania? Co to w ogóle znaczy przygotować swoje serce na Boże Narodzenie?
Jedną mam w sobie myśl, która chodzi za mną dzięki odsłuchanym rekolekcjom ks. Węgrzyniaka. w adwencie chodzi o oczekiwanie. Takie prawdziwe. O pielęgnowanie w sobie tęsknoty za Bogiem, za Jego bliskością, Jego przyjściem. Tyle razy mówimy przyjdź Panie Jezu, ale tak naprawdę wcale tego nie chcemy. Bo przecież jak przyjdzie, to coś zburzy albo coś zabierze. Albo myślimy przyjdź, ale jeszcze nie teraz. Odnajduję w tym swoje myślenie i swoją modlitwę. Więc chodzi chyba o to, żeby po pierwsze rozpalić w sobie tęsknotę. Jak za dawno niewidzianym bliskim, na którego powrót z podróży czekamy. Jest w tym taka dobra niecierpliwość. Odliczanie dni. Ekscytacja. I tak chyba powinno tęsknić nasze serce. A jeśli już jest w nim to wyczekiwanie, to warto je chyba pielęgnować. Jak? Wszystko opiera się na relacji. Im jest mi ktoś bliższy, tym bardziej czekam na spotkanie z nim. Takie prawdziwe, twarzą w twarz. Więc myślę sobie, że cały adwent rozbija się o to. Żeby Boga poznawać. Żeby bronić myśli, że On jest dobry. Żeby zacząć żyć Jego obietnicami.
Jeszcze tylko tydzień.

poniedziałek, 27 listopada 2017

o (nie)odpisywaniu na maile. i datkach dobroczynnych.

Rzecz będzie krótka. Bo i po co się rozpisywać?
Nie lubię takich sytuacji. Gdy piszę maila i nikt mi nie odpisuje.
Organizujemy już drugi raz Szlachetną Paczkę, więc ostatnio dużo spamuję. I jestem naprawdę bardzo bardzo zdziwiona. Że ludzie nie odpisują na maile. W pierwszym mailu napisałam, że jeśli ktoś już się włączył w akcje, niech da znać, to nie będę mu skrzynki mailowej zaśmiecać. Zakładam, że gdyby ktoś nie chciał dołączyć, to też powinien odpisać, że on w tym roku nie. Bez tłumaczenia. Ale nie, bo po co. Więc piszę i piszę i... liczę. Naprawdę. Cały czas mam nadzieję, że jeszcze ktoś dołączy...albo odpisze mi na maila. Sprawdzam skrzynkę pocztową na zmianę z kontem bankowym.
Czuję się, jakbym mówiła do ściany, wysyłała te maile do piekła. 
Bo wydaje mi się, że każdy z nas mógłby pomóc. Chociaż dyszką. Zawsze to coś. 
Przyjęłam w tym roku zasadę 1%. Dokładnie tyle oddaję na cele nie związane ze mną: fundacje charytatywne, misje, Szlachetną Paczkę i inne. Niby nic, ale zawsze coś.
Podobno im więcej się zarabia, tym trudniej się ten 1% oddaje. A może to za mało? Może powinnam to zwiększyć do 2%?
A Ty? Też masz jakieś takie postanowienia?
Też masz takie obserwacje, że ludzie nie odpisują na maile?

poniedziałek, 13 listopada 2017

Odczarować portale randkowe.

Półtora roku temu chciałam założyć profil na portalu randkowym. Akurat w tym czasie kilka moich znajomych poznało swoich mężczyzn właśnie taką drogą. Ale kiedy strona zaczęła pytać mnie o moje poglądy na ważkie sprawy, sposób spędzania wolnego czasu, osoby, które podziwiam i inne tym podobne, do źle się czułam pisząc to wszystko. Jakbym była towarem na półce i chciała obkleić się najładniejszą etykietką. I zostawiłam to.
No bo przecież było tyle miejsc, w których mogłam kogoś poznać! Praca, tramwaj, kursy, wykłady, imprezy w gronie bardziej i mniej znajomych ludzi... Ale nic się nie działo. Najpierw dotarło do mnie, że wcale nie chadzam w miejsca, gdzie mogę poznać kogoś nowego, tylko obracam się w stałym gronie znajomych. A potem pewnego razu wracałam busem do domu. Nagle wsiadł całkiem miło wyglądający pan. Stanął obok mnie. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Zauważyłam różaniec na środkowym palcu. Wymieniliśmy kilka spojrzeń. Aż w końcu wysiadł. I nic. To mi pokazało, że zapoczątkowanie rozmowy z kimś całkiem obcym, stojąc z nim twarzą w twarz, wcale nie jest łatwą sprawą. I zdecydowałam, że wracam do portalu randkowego.
Bo nie ma się co oszukiwać, że będę mieć czas i sposobność poznać kogoś tak o. Trzeba się o to postarać. "Wyjść do ludzi", nawet jeśli będzie to wyjście wirtualne. Więc odpowiadam na pytania o moje wartości i poglądy, ulubione jedzenie i najpiękniejsze miejsce, w którym byłam. Ale już bez tego wcześniejszego niesmaku i poczucia wystawiania się na sprzedaż. Za to z ciekawością, co przyniesie taka forma poznawania nowych ludzi. Może kompletnie nic, może złamane serce, wielkie rozczarowanie albo niechęć do wszystkich mężczyzn świata. A może dobrą relację. Zobaczymy. Ale nie chcę kiedyś się zastanawiać, co by było, gdyby...

sobota, 28 października 2017

za dużo.

Mam takie ostatnio wrażenie, że jestem bombardowana informacjami. Że chciałabym milion rzeczy zrobić, spróbować, przeżyć. Do tego stopnia, że szkoda mi czasu na spanie.
Dziś, dzięki dostępowi do Internetu, wszelakich książek i publikacji, jednego kliknięcia myszką, tudzież wyszukiwania głosowego, mogę znaleźć wszystko i nic. Miliony informacji na temat właściwej diety - nie wiem która rzeczywiście jest właściwa. Tysiąc pomysłów na ćwiczenia w domu, ale czy ja na pewno powinnam rozciągać plecy? No i oczywiście info na temat mojej choroby, im dłużej czytam, tym bardziej jestem przekonana, że mam raka i zaraz umrę. Widzę, że jest bardzo dużo śmieci, bzdur, bełkotu. Pewnie dużo ludzi czyta i wierzy. Nic dziwnego, ja też się w tym gubię.
Każdy może zacząć publikować i wysyłać swoje przekonania w sieć. Herezje, spostrzeżenia, wątpliwości, przeżycia. Jak my - niby dla siebie a jednak nie. Niby piszę o tym co mnie porusza, a liczę, że Tobie też da do myślenia.
No i żeby się sprzedać, istnieć, dostać nową pracę, liczyć się wśród ludzi, musisz, nie, że możesz, musisz istnieć online. Więc pilnuję się co udostępniam, jakie zdjęcia wrzucam, jakie opinie wygłaszam, zwłaszcza że łatwiej się to robi online, mając wrażenie anonimowości (nie do końca jest to prawdą). Sama sobie robię jak najlepszy PR - kto wie, co za kilka lat będę chciała w życiu robić?
I mam takie wrażenie, że przez to, że czytam o takich możliwościach, o podróżach, o szyciu, o rowerze, o pomyśle na biznes, o zakładaniu start up'u, o pływaniu i nie wiem czym jeszcze, chce wszystkiego spróbować. Chcę obejrzeć te wszystkie filmy, które polecacie, chce przeczytać te wszystkie książki, których zapowiedzi dostaję codziennie w newsletterze.
Nie da się. Za dużo tego jest.
Więc chyba przydałby się minimalizm w życiu online. Fejsbuk tylko do komunikacji i sprawdzaniu ogłoszeń wspólnotowych. Instagram tylko do czerpania inspiracji rozwojowych. Kursy online szycia - sprawdzone (pani z Burdy na Youtube jest super!). Medyczne porady tylko u lekarza - twarzą w twarz. Trening z instruktorem, w odpowiednio zaawansowanej grupie. Książka w tramwaju czytana - tylko dobra, nie ma co czytać miernoty (już wykasowałam z Kindla początkujących autorów próbujących opowieści o piciu wódki), czas wypisać się z newsletterów portali sprzedających e-booki - wejdę tam jak skończę czytać to co teraz czytam). O diecie kupiłam sobie książkę. A z racji blokady w pracy nie słucham już muzyki z Youtube, choć tej muzyki to jednak mi żal.
Widzę, że za dużo mam życia online, a równocześnie chcę to wyrównać życiem w realu co kończy się niedospaniem. Za duża ilość informacji przygniata, za dużo pokazuje informacji, za duży robi mętlik w głowie. 
A jak Ty sobie z tym radzisz?

niedziela, 15 października 2017

Nic co mam, nie jest moje.

Polecam Listy starego diabła do młodego C.S. Lewisa. Jestem pod ogromnym wrażeniem! Każdy rozdział daje tyle do myślenia, że mówić by o tym można było godzinami. Jedna myśli chodzi za mną jednak jakoś szczególne. Posiadanie.
Tak często mówimy, że coś jest NASZE. MOJA Mama, MOJA przyjaciółka, MOJA praca, MOJE pieniądze, MOJE auto, MÓJ czas, MOJE życie. Moje, moje, moje. A przecież tak naprawdę, nic z tych rzeczy nie należy do mnie.
Nie wybrałam moich rodziców, ani momentu w którym się narodziłam. Nie mam też żadnej władzy nad tym, ile chwil przeżyję. Mogę sobie planować MÓJ wolny czas, ale nie mam wpływu na te wszystkie niespodziewane rzeczy, które mogą się zdarzyć i pokrzyżować MOJE plany. Ludzie, którzy są mi bliscy, są wolni, mogą odejść kiedy chcą. Nie są moją własnością. To zmienia perspektywę. Zaczynam widzieć, że to wszystko jest DAREM. Bezinteresownym. Z miłości. To rodzi wolność. Przestaję kurczowo się chwytać tego, co nazwalam swoim. Przestaję się bać, że stracę. Przyjmuję z wdzięcznością. Każdy dzień, przyjaciół, rodzinę. I wiem, że prawdziwym właścicielem jest ON. I ja cała należę do Niego.
Nagle przypowieść o robotnikach w pańskiej winnicy nabiera sensu. A te wszystkie materialne rzeczy, które kupiłam, o których mogę powiedzieć, że są moimi, traktuję jak narzędzia dane robotnikom do uprawy winorośli.
Niesamowicie uwalniająca jest świadomość tego, że tak naprawdę nic nie mam. I jednocześnie nie muszę się o nic martwić, bo Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem, to On mój los zabezpiecza (Ps 16, 5).

piątek, 29 września 2017

no, co Ty?

Nie mogę się nadziwić, że to już się stało.
Że już można mi wytknąć "no, co Ty?!?! Snapa nie masz?".
No nie mam. No i nie potrafię obsługiwać. I co z tego?
Ostatnie kilka dni odkrywam Instagrama. Lepiej późno niż wcale. Ale jak to?, ja potrzebuję aplikacji żeby wrzucić tam zdjęcie? Muszę pytać młodszego rodzeństwa jak przesuwać zawartość, żeby nie klikać za dużo serduszek. Uczę się już nie tak szybko. Naprawdę?
Trudne to jest, przecież nie jestem dzieckiem internetów. Nie tak szybko pojawił się u mnie komputer i łącze internetowe w domu. I smartfona też mam stosunkowo niedawno, bo co to jest trzy lata. I może właśnie dlatego nie nadążam? Nie wiem.
Wiem natomiast, że jeśli chcę wyjść naprzeciw drugiemu człowiekowi, wejść w jakieś specjalistyczne środowisko albo pochwalić się czymś całemu światu, muszę zacząć nadążać za techniką internetową, muszę.
Więc się uczę. Za parę lat nów coś nowego się pojawi czego nie będę już łapać totalnie, a przecież jeszcze będę młoda...
Bycie z przełomu pokoleń Y/Z jest trudne. A może po prostu jestem tym Z i mam problem z łączeniem rzeczywistości wirtualnej z tą realną? Nie wiem. Może nie muszę się niczym dzielić z całym światem?
Pozostawię do przemyślenia.

piątek, 15 września 2017

Być zawiedzionym



Miałam plan na moje urodziny już od dawna. Chciałam spełnić jedno ze swoich marzeń i wspiąć się na Babi ą przed wschodem słońca, a potem podziwiać go popijając ciepłą herbatę w towarzystwie bliskich mi osób. Wschodu wprawdzie nie widziałam, ale góra zdobyta i kolejne piękne doświadczenie na koncie. Ale nie o tym chcę Ci dziś opowiedzieć. Radosnemu planowaniu towarzyszyły też spore przykrości. Na kilka dni przed wyprawą dostałam odpowiedź od moich przyjaciółek, że ze mną nie pojadą. Kiedy się dowiedziałam, broda mi się zatrzęsła i wezbrał we mnie jakiś taki żal. Całą niecodzienną mieszankę uczuć w końcu rozpoznałam jako zawiedzenie. Nieczęsto je czuję, muszę przyznać. To chyba dlatego, że nie przywiązuję się szalenie do swoich planów i nie mam problemu z ich odpuszczaniem. Czasem zawodzę sama siebie, ale to uczucie nieco się różni. Kiedy najbliższe mi osoby wymówiły się z tego przedsięwzięcia, na które czekałam cały rok i o którym i one mówiły od długiego czasu, nie bardzo umiałam sobie z tym poradzić. Najgorsze było chyba to, że nie całkiem rozumiałam ich powody. Miałam poczucie, że ja na ich miejscu bardziej bym się postarała, żeby być. W końcu się przyjaźnimy i jesteśmy dla siebie ważne. Trudne też było dla mnie tłumaczenie ich nieobecności przed innymi. Wstydziłam się tego, tak jakby mówiło to coś o mnie, a nie o nich. A może tak było?
Oczywiście cały wypad był przedni, przyniósł mi dużo radości i dumy. Ale gdzieś w środku czułam zawód, że w tych ważnych dla mnie chwilach nie ma ze mną tych, które uważam za najważniejsze.

Chciałabym to jakoś teraz spuentować, pokazać Ci, jak sobie z tym poradziłam, czego mnie to nauczyło albo coś w ten deseń. Ale nic takiego nie mam. Muszę ze sobą walczyć, żeby nie pielęgnować tego poczucia zawodu, żeby nie chcieć im jakoś odpłacić, żeby to puścić. To chyba jedno z najgorszych uczuć, jakich ostatnio doświadczyłam. Więc… może Ty masz jakąś radę, jak to przeskoczyć?

sobota, 26 sierpnia 2017

łowcy odpustów.

Gdy byłam mała, marzyłam żeby zostać łowcą burz. Gdzieś, kiedyś obejrzałam dokument (?) o łowcach burz w Ameryce. Gdy nadciągało takie zjawisko, pakowali się w samochód i kilometrami gonili błyskawice, żeby zrobić najlepsze zdjęcie. 
Nie pamiętam, czy bardziej zafascynowało mnie to, że rzucali wszystko aby spełniać swoją pasję (o ile coś takiego można do pasji zaliczyć), czy to że pchali się w coś tak groźnego, naturalnego i nie opanowanego przez człowieka. W każdym razie chciałam też taka być. 
Moje marzenie szybko odepchnęłam, bo żyję w Polsce, nie Ameryce, u nas nie ma takich samochodów, takich dróg i niezamieszkanych terenów. Choć dziś myślę, że pewnie też byłoby to możliwe, wtedy zostało totalnie usunięte z marzeń. Może nie ma co ryzykować swoim życiem? Choć w samochodzie najbezpieczniej, to jechać w środek burzy nie wydaje się logiczne.
Wiele lat później odkryłam w Kościele Katolickim odpusty. I nagle się okazało, że to nie tylko przy jakichś specjalnych okazjach ale na co dzień odpust można uzyskać. Jeden dziennie. Czyli... 365 w roku! Ile dusz czyśćcowych może pójść do nieba!
Jako Kościół Pielgrzymujący powinniśmy się do tego poczuwać.
Warunki: 1) spowiedź sakramentalna - tzn stan łaski uświęcającej i brak przywiązania do grzechu; 2) Komunia Święta; 3) Modlitwa w Intencjach Ojca Świętego - co miesiąc są inne, nie trzema ich znać, ale może warto?
Proste? Może i nie, ale do spełnienia.
Teraz za co odpust, taki z najprostszych?
Za:
  • Adorację Najświętszego Sakramentu trwającą przynajmniej pół godziny lub
  • Pobożną lekturę Pisma Świętego trwającą przynajmniej pół godziny lub
  • Pobożne odprawienie Drogi Krzyżowej lub
  • Wspólne odmówienie różańca w kościele, w kaplicy publicznej, w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w pobożnym stowarzyszeniu
Wydaje się bardzo łatwe. Myślę, że gorzej w życiu codziennym, dorosłym, rodzinnym, pracującym jest znaleźć się co dzień czas na Eucharystię. Ale od czego jest niedziela? Od świętowania! No więc po Eucharystii jeszcze wspólny różaniec.

Ale w czynnościach odpustowych jest też np.:
  • nawiedzenie cmentarza w 1 listopada i całą Oktawę (1 listopada większość z nas tam jest)
  • pobożne przyjęcie - choćby tylko przez radio - Błogosławieństwa Papieskiego udzielanego Miastu i Światu (oh, ile ja odpustów przepuściłam z niewiedzy! zawsze w niedzielę u Babci trafiałam właśnie na błogosławieństwo!)
  • pobożny udział w obrzędzie liturgicznym w Wielki Piątek i ucałowanie krzyża (nie lubię tego, stać w kolejce całować krzyż. tak jak całować relikwii. nie moja duchowość. a może warto?)
  • przystąpienie po raz pierwszy do Komunii św. lub udział w takiej pobożnej ceremonii (nikt mi nie powiedział!!!)
  • odmówienie w sposób uroczysty hymnu "Przed tak wielkim Sakramentem" w Wielki Czwartek (tylko trzeba pamiętać i mieć świadomość że to jako odpust jest!)
  • odnowienie przyrzeczeń chrztu św. w czasie nabożeństwa Wigilii Paschalnej lub w rocznicę swego chrztu (jak wyżej)
  • Pobożne odmówienie Koronki do Miłosierdzia Bożego
Wybrałam te najprostsze. Reszty poszukajcie sami :)
Do dzieła Kościele Pielgrzymujący!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Powołanie

Nie cierpię, kiedy mi ktoś radzi "rozeznaj to". Mam uczulenie na to słowo. A kiedy ktoś mi mówi o rozeznawaniu życiowego powołania to już w ogóle, zalewają mnie alergiczne łzy. No bo co to w ogóle znaczy?
Rozmawiałam ostatnio ze znajomym, który idzie do seminarium. Kiedy się dowiedziałam, przeżyłam niezły szok. Bo odkąd go znam, mówił o żonie i gromadce dzieci. Więc skąd nagle taki przeskok? Zapytałam go więc, skąd wiedział, że ta droga, to TA droga. Nie satysfakcjonowała mnie odpowiedź, że tak to po prostu to rozeznał, zapytałam więc konkretnie, jak to zrobił. I usłyszałam dosyć wstrząsającą odpowiedź. Zapytałem Boga, czego dla mnie chce. I jednocześnie zgodziłem się na to, że to może nie być zgodne z moją wizją przyszłości. Zapytałem Go i chciałem usłyszeć, co On on tym myśli.
Chciałem Go usłyszeć. Abstrahując od tego, jak w ogóle Bóg może odpowiadać, uderzające było dla mnie to stwierdzenie. Bo dotarło do mnie, że mój problem z "rozeznaniem powołania" wynika z tego, że ja wcale nie chcę usłyszeć Bożej odpowiedzi. Że niby pytam, ale nie czekam na odzew. Bo przeraża mnie wizja tego, że to może nie być zgodne z moim planem.
A Ty? Pytasz Go i słuchasz, czy też ciągle uciekasz od odpowiedzi?

piątek, 28 lipca 2017

nie opłaca się być uczciwym.

Siedziałyśmy w kinie, był środek tygodnia, miałam jakieś wyjątkowo złe myślenie po wyjściu z pracy. Bo może... może nie opłaca się być uczciwym? Bo przecież ludzie tak kombinują, idą na łatwiznę, oszukują, rozwijają krętactwo i mają się dobrze. A ja się staram, męczę, efekt jest niewielki, a frustracja wprost proporcjonalna. I co, tak do końca życia ma być? Że nie będzie mi wychodziło? Że ciągle będzie mi czegoś brakowało? 
A wtedy K. szepnęła mi do ucha: "Ale popatrz na Pana Jezusa. Popatrz kogo on miał wokół siebie. To nie jest tak, że się nie opłaca. Ale jest bardzo trudno."
I już wiem. W kwestii wiary i sposobu życia to nie jest jednokrotny wybór. Teraz co dzień trzeba zdecydować czy chcę, czy nie chcę za Nim iść. Czy znowu powstrzymam się od złego mówienia o kimś? Czy tym razem będę błądzić po internecie zamiast pracować?
Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo. A chcielibyśmy.
Zawsze mi czegoś będzie brakować, w końcu już dawno zostaliśmy wygnani z Raju, nic dziwnego że mamy na stałe wpisaną w myśli tęsknotę.
Ale wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. Jak już pamiętam, żeby się z nim wszystkim dzielić i oddawać mu moje złości i frustracje, to o dziwo jest ich mniej. A na pewno łatwiej je znoszę - bo nie sama. 
Szkoda, że tak łatwo się o tym zapomina i tak łatwo gubi...

środa, 12 lipca 2017

Wspólnota

Festiwal Siedem aniołów w Jarocinie. Nie wiem sama, jak to w ogóle opisać, bo działo się tam wszystko. Masa dzieci z różnych środowisk, część z domów dziecka, część z trudnych rodzin, część ze wspólnot franciszkańskich. Dorośli wierzący mniej i bardziej, księża i świeccy. Koncerty, warsztaty, spektakl przygotowywany przez dzieci i młodzież, Msze, adoracje, wspólne posiłki na orkiszowych talerzach, bycie razem, bycie samemu, bycie sobą. Boży chaos. Pojechałam tam sama nie bardzo wiedząc po co. Trochę się chcąc nawrócić, trochę odpocząć, trochę uciec od ludzi a trochę jednak z nimi pobyć.... Jadąc tam, nie wiedziałam czego się spodziewać. Zdarzyło się tam dużo, ale najważniejsza była moja zmiana myślenia o tym, czym jest Wspólnota.
Przez ostatnie kilka lat byłam związana z Odnową. Więc wiadomo, była i Wspólnota. Przez cały czas mojego w Niej bycia, nie do końca wiedziałam, czym Ona w ogóle jest. Miałam jednak poczucie, że to ciągle jestem ja kontra cała reszta. Że "oni" coś razem tworzą, a ja jestem jakby poza tym wszystkim. I nie cierpiałam takich kato-frazesów jak "dobrze, że jesteś" i tym podobnych, rzucanych na każdym kroku.
A potem był Jarocin. Najpierw Msza. Potem zaproszenie na modlitwę o uzdrowienie. No to sobie myślę, ok, zostanę, w końcu chcę się nawrócić, zresztą to moje klimaty, fajnie. I słyszę, jak prowadzący modlitwę zapraszam wszystkich, żeby stanęli na całej długości kościoła, twarzami do siebie, tworząc taki tunel. Więc od razu narodził się we mnie jakiś sprzeciw, że jak to tak, co oni wymyślają, to nie jest forma modlitwy, którą znam, wychodzę. I kiedy już prawie zdecydowałam się opuścić to miejsce, słyszę prowadzącego, który mówi tylko nie wychodźcie. No więc dobrze, zostaję, z lekkim oburzeniem w środku. Potem zaczyna się modlitwa. Jezus wystawiony na ołtarzu, my pośrodku kościoła tworzący tunel, którym każdy kroczy po kolei, aż przed samym ołtarzem zostaje "przechwycony" przez wstawienników. Osoby tworzące ów tunel miały się modlić za osobę idącą w środku i prowadzić ją w stronę ołtarza. No więc dobrze, stoję i ja. Błogosławię każdemu, kto przechodzi obok mnie, czasem dotykam kogoś za rękę, czasem nie. Generalnie mam poczucie, że to, czy tam stoję, czy nie, nikomu nie robi żadnej różnicy. I że to nieważne, czy komuś pobłogosławię dotykając go, czy nie.
Aż nadeszła moja kolej. Zamykam oczy i daję się innym prowadzić tym tunelem modlitwy. I szok. Czuję każdy dotyk. Ktoś mnie przytula, ktoś kreśli krzyż na moim czole, ktoś daje buziaka w policzek. Poczułam ogrom Miłości, w każdej małej interakcji. Chociaż nie znałam tam prawie nikogo. Potem modlitwa wstawiennicza. Kiedy się kończy, słyszę od jednego z posługujących, którego pierwszy raz widzę na oczy, że jestem naprawdę fajna. I co ciekawe, wcale nie uznałam tego za kolejne nic niewarte słowa, bo przecież "trzeba powiedzieć na końcu coś miłego", ale wiedziałam, że on wie, że jestem fajna, i że ja też to wiem. Żadnej ściemy, żadnych frazesów, szczere słowa.
W tamtym miejscu naprawdę odczułam, czym jest Wspólnota. Że to nieważne, czy się znamy, czy nie. I że to, czy się za kogoś modlę, czy nie, czy dotykam, czy nie, że to wszystko ma znaczenie. Moja obecność ma znaczenie.

sobota, 1 lipca 2017

Teraz już będą tylko wątpliwości?

Podejmowanie decyzji nigdy nie było dla mnie łatwe. Zawsze mam dużo za i dużo przeciw. Próbuję też z metodą wyobrażania sobie pierwszej możliwości, chodzenia z tym dzień, a potem drugiej. Nie jest to łatwe, bo mam zdolność postanowienia czegoś a na drugi dzień zmienienia tego na drugą opcję. I znów jestem przekonana że tym razem to dobra decyzja.
Nie wiem, może jest to akurat moje. A może, jak ktoś mi ładnie powiedział, mam z tym problem bo jestem kobietą a kobiety mają problemy z decyzjami.
Trudne decyzje można też przemodlić lub przesiedzieć na adoracji.
Ale mam takie wrażenie, że i tak te najlepsze decyzje, to te pod wpływem impulsu. Jeden telefon, szybka odpowiedź, a potem zmiany na całe życie. Czy dobre? Poznamy po owocach :)

środa, 14 czerwca 2017

Samotne wesele.

Byłam zaproszona na dwa wesela w maju. Nad całą radością związaną z wyczekiwaniem ślubnych dat wisiała jednak mała czarna chmurka, formująca się w pytanie z kim ja się tam pojawię? Bo przecież sama to nigdy w życiu! Wszyscy będą od razu wiedzieć, że związku na horyzoncie brak, będą się litować/żałować/komentować/pytać a jak to tak, a dlaczego. I co, jak będę tylko siedzieć przy stole patrząc jak cała reszta wspaniale się bawi? Co to, to nie. Takie był moje pierwsze myśli. Czas jednak mijał, a ja ciągle nikogo nie zapraszałam. Oczywiście znalazłoby się kilku znajomych, których na takie okazje można by zaprosić. Ale jak tylko próbowałam wyobrazić sobie te wesela i siebie z którymś z nich, to miałam poczucie, że to wcale nie jest to, czego chcę. A czemu robić coś wbrew sobie? Kiełkowała więc we mnie powolutku decyzja, żeby nikogo nie zapraszać. Tu pojawiła się jednak inna chmurka, zabierająca słońce rosnącemu postanowieniu, którą był strach. Co będzie, jeśli to zła decyzja? Jeśli wcale nie będę się dobrze bawić, bo jedynym towarzystwem będą mi puste krzesła tańczących znajomych? Jeśli każdy będzie zajęty swoją osobą towarzyszącą i oprócz wymiany pierwszych uprzejmości, nikt się do mnie nie odezwie?
Koniec końców uznałam, że to głupie zapraszać kogoś, z kim wcale się nie chce iść, ze strachu przed samotnością. Podobno dorosłość polega na przyjmowaniu konsekwencji własnych decyzji. A że nie da się wszystkiego przewidzieć i zapobiec temu, co trudne, chyba najlepszym rozwiązaniem jest podejmowanie decyzji w zgodzie ze sobą.
Podsumowanie jest krótkie - wybawiłam się przednio. I bardzo się cieszę z tej swojej decyzji. Oczywiście było kilka nostalgicznych momentów, w których pomyślałam sobie a gdybym tak.... Ale bardzo szybko uświadamiałam sobie, że podjęłam najlepszą decyzję z możliwych.
Myślę sobie więc, że kiedy się z czymś mierzymy, to tak naprawdę dobrze wiemy, czego chcemy. Trzeba się tylko czasem przestać oszukiwać.

niedziela, 28 maja 2017

Czego nauczyłam się od Hindusów, czyli rzecz o odpoczywaniu

Przede mną niedziela. Kolejna błoga niedziela. Już wiem,  że będzie ciepło. Już wiem, że cała masa rzeczy z listy "to do" przejdzie na kolejny poniedziałek.
Rok temu zniszczyło by to mój odpoczynek. Cały dzień myślałabym o tym czego nie zdążyłam zrobić, o tym co ważne i pilne. Albo co gorsza zajęłabym się robieniem tego wszystkiego i skreślaniem z mojej długiej listy.
Pewnie to taki nasz los, los człowieka współczesnego, że wszystko jest w dużej ilości a czasie krótkim. Za dużo bym chciała od życia, a doby nie rozciągnę nawet o 3 minuty.
W tym moim natłoku spraw na szybko pomogli mi Hindusi. Obserwując ich przez ponad dwa tygodnie odkryłam, że bardzo dużo czasu spędzali siedząc. W końcu i my, po jakimś czasie, zwolniłyśmy, zaczęłyśmy siadać jak oni. Po dwóch - trzech godzinach siedzenia człowiek przestaje myśleć. Bo i o czym jeszcze. O dziwo, sztukę niemyślenia można szybko opanować. Teraz zajmuje mi to chwilę. Potrafię teraz prawie codziennie znaleźć taki moment żeby nie myśleć. Czasem włączę sobie serial albo film. Czasem puszczę muzykę. A czasem wystarczy mi 15 minut na rowerze, na ławce, w autobusie. Zostawiam poza sobą wszystko co dziś robiłam, co jeszcze muszę zrobić. I siedzę. I trwam sama ze sobą. Bo w końcu jestem tu i teraz. Najistotniejsze jest to, co w tej chwili.
A Ty? Czy potrafisz odpoczywać? Czy może zawsze masz w tyle głowy listę "to do" i milion myśli o tym co by było gdyby...?

Dobrej, błogosławionej niedzieli i smacznego obiadu! (tak po franciszkowemu dzisiaj)

środa, 10 maja 2017

Zmarnowany czas.

Kiedy myślę o moich pierwszych latach na studiach, to czuję ciężar niewykorzystanego czasu. Prawie nie miałam zajęć, więc gdybym tylko chciała, mogłabym znaleźć sobie tyle zajęć! Mogłam spełniać swoje małe marzenia, jak nauka szycia na maszynie, śpiewania czy tańca. Mogłam doskonalić znane mi już języki, zwiedzać muzea albo jeździć w góry. To jest chyba jedyna rzecz, którą zrobiłabym inaczej, gdybym mogła. Pobolewa mnie trochę ta świadomość. I kiedy patrzę na moją młodszą siostrę, która robi to samo co ja wtedy, to wzbiera we mnie złość i wszystko mi w środku krzyczy "jak ona tak może?!".
Na szczęście rozmawiałam ostatnio z mądrym człowiekiem, który uświadomił mi, że to taki przywilej młodości. Oczywiście, są osoby, które ciągle są czymś zajęte, rozwijają swoje pasje i dbają o siebie. Ale czy każdy tak musi? Od niedawna myślę, że właśnie nie. Że ten etap marnowania jest jakoś potrzebny. Mając te prawie dwadzieścia lat nie trzeba myśleć o rozwijaniu siebie i sowich umiejętności, nie trzeba wykorzystywać na maksa każdej minuty, nie trzeba stawiać dalekosiężnych celów i rozmyślać nad drogą dojścia do nich, nie trzeba mieć planu na życie, nie trzeba robić wielkich rzeczy. Można po prostu... cieszyć się tym czasem, kiedy już nie jest się dzieckiem, ale też nie całkiem jeszcze dorosłym. To jest czas popełniania błędów, a najlepiej uczy się na tych własnych. Oczywistym jest, że straconego czasu się nie odzyska i te wszystkie minuty, które mogły być spożytkowane w wartościowy sposób, uciekają bezpowrotnie. Myślę sobie jednak, że jeśli dzięki takiemu spojrzeniu na przeszłość nasze "teraz" nie jest zmarnowane, to tak naprawdę było warto.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Gdybym...

Ej, śpisz?
Bo ja nie mogę... Naszła mnie taka myśl, że wolałabym być głupia za to ładna. A przecież zostałam obdarzona pięknością zarówno wewnętrzną jak i zewnętrzną!
Tylko, że czasem tego nie widzę. Czasem mam dni gdy jest mi tak smutno, że nie mogę spojrzeć spokojnie w lustro. Czasem w siebie totalnie nie wierzę i wydaje mi się że jestem bardzo naiwna, głupiutka i niedoświadczona.
A z drugiej strony miewam takie dni jak dziś. Że moja chęć rozwoju, zdobywania wiedzy, poszerzania horyzontów gdzieś mnie uwiera. Bo celuję wysoko ponad średnią poprzeczkę i nie mam z kim o tym pogadać, na mądre filmy muszę się do kina wybierać sama, nie wspominając o dyskusjach na temat mądrych książek. I nie idzie tu o jakąś wyjątkowo przesadną wiedzę czy też zainteresowanie. Tylko taką moją zwykłą rzeczywistość. Wtedy najczęściej czuję że to co wewnątrz wybiło się daleko poza moje zewnętrzne piękno. I przeszkadza mi krzywy warkocz i to że nierówności na cerze i to że mi spódnica znów źle leży. I patrzę w to lustro i myślę że jednak wolałabym być ładna...
I co bym wtedy zrobiła? Pewnie nic. Na pewno nie zastanawiałabym się teraz o co walczyć i czy warto. Nie mogłabym mieć poczucia pewnego rodzaju Nie spełnienia, bo nie wiedziałabym , że takowe może istnieć.
A czy Ty też tak masz? Że zderzasz się ze ścianą i myślisz: po co to tak wszystko rozważać?
Więc życzę Ci znalezienia tego guziczka co wyłącza myślenie i spokojnych snów!

niedziela, 9 kwietnia 2017

Małe wielkie sprawy.

Zaczynamy dziś Wielki Tydzień. Będą się działy Wielkie Teologiczne Sprawy.
A w samym ich środku będziemy my. My w przesileniu wiosennym, z bolącą głową, zmęczeni po pracy (tudzież sprzątaniu i świątecznym gotowaniu). My, będący przyczyną wspominanych przez nas wydarzeń. My, będący malutcy wobec tego co się wydażyło, co się wydarza stale - wobec naszego Zbawienia.
Ten tydzień jest dla mnie zawsze niesamowity. Że wśród naszych codziennych spraw odbywa się nasze Zbawienie. On nie czeka na moment, w którym nagle znajdziemy czas żeby się zatrzymać, odetchnąć i skupić nad duchowymi sprawami. On umiera za nas właśnie teraz. Teraz gdy być może zmagamy się
z naszymi słabościami, teraz gdy przeżywamy jakieś smutki, teraz gdy nie możemy się skupić, bo wiosna w naszym sercu. 
Nasze Zbawienie odbywa się tu i teraz. Codziennie, w każdej minucie, każdej sekundzie naszego życia. A Wielki Tydzień mamy po to by sobie to po raz kolejny uzmysłowić. By po raz kolejny spróbować dotknąć tej szczególnej tajemnicy. 
Wykorzystajcie ten czas jak najlepiej! Przynajmniej raz w roku uświadomcie sobie, że jesteście bezgranicznie kochani :)

sobota, 25 marca 2017

po co chodzę pływać?

Chyba ogólnie już jest przyjęte, że na zmęczenie psychiczne przydaje się wysiłek fizyczny. A na zmęczenie fizyczne wysiłek intelektualny.
Od jakiegoś czasu mam tak, że jak potrzebuję coś przemyśleć idę na basen. Pływam do oporu, bez stawania, aż minie mi czas biletu albo przepłynę konkretną długość, albo przemyślę to co chciałam sobie w głowie poukładać.
Nie wiem dlaczego się tak dzieje, ale w wodzie czuję się niezależna od innych zewnętrznych czynników, od ludzkich opinii, od ludzkich osądów (no, może nie spojrzeń). Łatwiej jest mi stanąć obok siebie i spojrzeć na moją sytuację/mój problem.
Nie mówiąc o tym, że po takim wysiłku wychodzę podwójnie silna tudzież zmęczona. Zmęczona fizycznie a silniejsza psychicznie. Z nową energią (to pewnie zasługa endorfin czy jak to tam się zwie). Tylko czasem ciężko się zmobilizować i na ten basen dotrzeć. Kwestia to dodatkowej nagrody za dużą mobilizację.
Jest jeden, jedyny minus. Podczas pływania nie można robić notatek ;)
A czy Ty też masz jakąś swoją aktywność fizyczną przy której możesz rozwikłać nawet najtrudniejsze zagwostki? 
Jeśli nie, to może warto w coś takiego zainwestować?

sobota, 11 marca 2017

Jak polubiłam ćwiczenia.

Przez cały czas mojej szkolnej edukacji nie cierpiałam wf-u. Pamiętam zapach sali gimnastycznej z liceum i ten okropny ścisk w żołądku. I poczucie bycia zawsze najgorszą. Zmora. Potem zaczęła się powolna dorosłość i zmiany, zmiany zmiany.
Najpierw wsiadłam na rower. Jazda komunikacją miejską przy trzydziestu stopniach to nic przyjemnego. Więc pomyślałam, że może akurat? Dostałam pięknego czerwonego składaka i to była miłość od pierwszej podróży. I pierwszy szok, że taka forma aktywności jest całkiem przyjemna. Potem były różne próby fitnessu, rolki, taniec... Nic mnie jakoś szalenie nie pociągało, próbowałam tego bo przecież "trzeba się ruszać" i "zobaczysz, jakie to wspaniałe uczucie tak się zmęczyć". No więc nie, nie widziałam tego kompletnie. Aż kilka miesięcy temu przyszedł czas na dietę. Ale nie taką na miesiąc, jak to zwykle bywało, a taką na życie. Regularne posiłki, masa warzyw (nagle się okazało, ze do wielu da się przekonać!), dużo wody i odstawianie tego, co niezdrowe. I ćwiczenia. Motywację miałam niezłą, bo czegóż się nie zrobi dla kilku kilogramów mniej. Więc znalazłam na youtube filmiki z zestawami różnych wygibasów, a z tyłu głowy miałam myśl, że jakoś to przeboleję, będzie pewnie jak zawsze, czyli niemoc i rozczarowanie, ale muszę dać radę. I jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że 15 min ćwiczeń jest mi źródłem.... radości. To nic, że niektórych nie byłam w stanie zrobić. Ta satysfakcja, kiedy sama sobie mówiłam, że jeszcze tylko dwa razy, przecież dam radę. I dawałam. I duma, kiedy widziałam, że tym razem zrobiłam więcej niż poprzednio. I tęsknota za wysiłkiem, kiedy cały tydzień miałam zawalony od rana do wieczora i nie było już na to czasu. Niesłychane. A dzisiaj byłam pierwszy raz na bieżni. Ja, która jeszcze parę tygodni temu mówiłam, że ćwiczenia owszem, wszystko super, ale biegać to ja nigdy nie będę, to nie dla mnie, nie dam rady. I kiedy tak sobie szłam szybkim krokiem, a potem zaczęłam truchtać, słyszałam w głowie głos, który mnie uświadomił, że JA PRZECIEŻ BIEGNĘ! I co najfajniejsze - wcale nie chcę przestać.
Możesz sobie pomyśleć, że cóż to, ćwiczenia, nic wielkiego, teraz prawie wszyscy chcą być fit i chodzą na siłownię. Ale to jest mój wielki sukces. Ja, która nienawidziłam jakichkolwiek aktywności, teraz sama tego szukam. Więc.... jeśli Ci się wydaje, że coś nie jest dla Ciebie, to chcę Ci tylko powiedzieć - spróbuj. Bo może to, co Cię powstrzymuje, to tylko głupie wyobrażenia z przeszłości.

wtorek, 28 lutego 2017

dlaczego łatwiej mi wytrwać w diecie niż poście?

Od jakiegoś czasu zastanawiam się jak to jest.
Dlaczego łatwiej mi wytrwać w diecie niż w poście?
Gdy przygotowuję się do diety uważnie robię zakupy jedzeniowe. Planuję moje posiłki. Pilnuję się co jem i nie rzucam się na ciasto razem z moimi kolegami
w pracy gdy ktoś z nas ma urodziny. Nie mam problemu powiedzieć: "nie, dziękuję, nie jem słodkiego.", "nie jem glutenu", "nie piję takiego świństwa". Mimo, że czasem spotykam się z wyśmianiem, nie poddaję się.
Dlaczego więc tak łatwo namówić mnie na piwo, gdy postanowiłam w Wielkim Poście nie pić alkoholu? Dlaczego mówię sobie "jedna czekoladka nie zaszkodzi", gdy postanowiłam, że nie jem słodkiego? Dlaczego wracam do domu taka zmęczona, że nie mam sił skupić się na Słowie (nawet nie na całym rozdziale z Pisma Świętego)? Dlaczego nie wracam do mojego postanowienia gdy raz się złamię?
Dlaczego do Wielkiego Postu nie przygotowuję się tak jak do diety? Czemu nie pójdę do spowiedzi, nie zaplanuję rekolekcji, nie przemyślę tego co naprawdę powinnam sobie postanowić na Ten Święty Czas?
A może wynika to trochę ze wstydu? Że głupio jest powiedzieć: "Sorry, nie piję, bo jest Wielki Post"? Bo do diety każdy ma prawo? 
Nie wiem.
Wiem natomiast, że mam prawo wyznawać Wiarę jaka mi odpowiada. Nie muszę się jej wstydzić, fakt jest to bardzo trudne. Nie powinnam się z nią ukrywać. Nie powinnam jej bagatelizować.
W tym roku zaczynam dietę na Wielki Post. To raz. A dwa, to muszę przepracować kilka rzeczy sama ze sobą. Więc co dzień chciałabym znaleźć 30 minut na Słowo i rozważanie. Czy starczy mi mobilizacji? Nie wiem.

piątek, 17 lutego 2017

Wielkopostne postanowienia.

Zaczęłam się już zastanawiać, co w tym roku postanowię w Wielkim Poście. Już kilka lat temu wyleczyłam się z niejedzenia słodyczy (bo przecież i tak chcę schudnąć) albo codziennych ćwiczeń, żeby wyrobić samodyscyplinę (i schudnąć). Jest dla mnie jasnym, że Post ma być czasem zbliżania się do Boga. Więc jeśli coś mnie od tego odciąga, to się tego pozbywam. Zostanę więc pewnie przy niewchodzeniu na fejsa. Ale co jeszcze? Codzienny różaniec/litania/koronka? Niesłuchanie muzyki i trwanie w ciszy? Codzienna Msza? A może.... coś, czego jeszcze nigdy nie robiłam?
W tym zastanawianiu obejrzałam filmik o. Mike'a:



Mówi tu wiele cennych rzeczy o modlitwie, poście i jałmużnej. Ta ostatnia jest dla mnie totalną zagadką, zawsze myśląc o tym widziałam siebie dającą datki na kuchnie dla ubogich albo noclegownie. I nigdy specjalnie nie myślałam o tym w poście. A ojciec Mike zwraca uwagę na fakt, że przecież nie musimy dawać pieniędzy. Możemy obdarowywać innych tym co tak cenne i czego wciąż za mało - czasem. I podaje przykład - codzienne pisanie dobrych słów, wyrazów wdzięczności czy miłości dla ważnych dla nas osób. Jak tylko to usłyszałam - wiedziałam, że TO TO. Genialne. Lista 40 imion na 40 dni. I każdego dnia mail lub sms z dobrym słowem. O tak. Więc do postanowień o trwaniu w ciszy dołączam i to, o obdarowywaniu ważnych dla mnie ludzi dobrymi słowami. Bo słowa mają moc.
A Ty, co postanawiasz?

piątek, 20 stycznia 2017

o praktykowaniu wiary.

Podczas mojej azjatyckiej podróży zderzyłam się z moją niewiarą. A właściwie to z naszym europejskim strachem przed publicznym praktykowaniem chrześcijaństwa.
Wiesz, przez te kilkanaście dni wkurzało mnie to, że muzułmanie kilka razy dziennie modlą się tak żeby było słychać w całym mieście. Aż budziła się we mnie wątpliwość czy ja zawsze trafiałam w muzułmańską dzielnię i okolice meczetu, czy po prostu ich wszędzie słychać.
A potem odkryłam wyznawców hinduizmu, którzy niezależnie od tego czy akurat mieli gości/klientów o konkretnej wieczornej godzinie odprawiali swoje rytuały. Hindus otwiera wtedy szafeczkę ze swoim bóstwem, zapala kadzidełka, mruczy modlitwy pod nosem. Po tym jak okadzi bóstwo idzie dalej, kadzi nad szafeczką z pieniędzmi, w holu hotelu, w sali restauracyjnej, w swoim pokoju,
w kuchni. Ludzie obok mogą głośno rozmawiać. Telefon może w kieszeni dzwonić. Klient może czekać. A on się modli.
Było to dla mnie doświadczenie zachwycające.
I ja się pytam co z naszą wiarą? Czemu się ukrywamy mówiąc różaniec
w tramwaju? Czemu się wstydzimy powiedzieć, że w niedzielę się nie spotkamy o dwunastej, bo idziemy na Mszę?
Czy problem dotyczy tylko europejskich chrześcijan czy wszystkich? A może tylko katolików? Odpowiedzi nie znam. Myślę że trzeba by się nad tym zastanowić i coś zmienić.

środa, 11 stycznia 2017

Widzieć Boga w rodzicach.

Miałam Ci opowiedzieć trochę więcej o moim ostatnim kryzysie, ale.... czuję, że to jeszcze nie czas, że powinnam to najpierw w sobie jakoś poukładać. Więc ta historia jeszcze poczeka. Ale myśląc sobie o wierze, wrócił do mnie obraz moich rodziców. Dlaczego?
Nieraz się zastanawiałam, jak to w ogóle jest możliwe, że Bóg nas TAK kocha. Że nam ciągle wybacza i zawsze przygarnia i o co w ogóle chodzi z tym miłosierdziem? Nie mogłam tego pojąć.
A potem była w moim domu trudna sytuacja. Mój brat zaczął żyć własnymi zasadami, na które nie mogli się zgodzić nasi rodzice. Była więc rozmowa o tym, co dobre, a co nie, i o tym, że oni nie będą do tego ręki przykładać. Ale nie było wyrzucania z domu ani gróźb, ani kłótni. Mój brat wiedział, że są rzeczy, na które rodzice nie mogą się zgodzić, ale mógł w wolności podjąć swoją decyzję. I być przyjętym, mimo wszystko. I kiedy czegoś potrzebował, nigdy nie został bez pomocy i zawsze mógł wrócić do domu. Była w tym wszystkim miłość i wolność, granice i wymagania, na równi z miłosierdziem.
I myśląc o całej tej sytuacji wyobraziłam sobie, że tak właśnie kocha nas Bóg. Skoro jesteśmy jego dziećmi, to musi nas pouczać, pokazywać co dla nas dobre, a co nie, stawiać granice i dawać w tym wszystkim wolność. I zawsze przyjmować z powrotem. I zawsze kochać, nieważne co robimy.

Wszystko to uzmysłowiło mi, że moi Rodzice są wspaniali. Że jest w ich miłości do nas cząstka tej Boskiej. I że jestem wielką szczęściarą, że ich mam.