Od jakiegoś czasu zastanawiam się jak to jest.
Dlaczego łatwiej mi wytrwać w diecie niż w poście?
Gdy przygotowuję się do diety uważnie robię zakupy jedzeniowe. Planuję moje posiłki. Pilnuję się co jem i nie rzucam się na ciasto razem z moimi kolegami
w pracy gdy ktoś z nas ma urodziny. Nie mam problemu powiedzieć: "nie, dziękuję, nie jem słodkiego.", "nie jem glutenu", "nie piję takiego świństwa". Mimo, że czasem spotykam się z wyśmianiem, nie poddaję się.
Dlaczego więc tak łatwo namówić mnie na piwo, gdy postanowiłam w Wielkim Poście nie pić alkoholu? Dlaczego mówię sobie "jedna czekoladka nie zaszkodzi", gdy postanowiłam, że nie jem słodkiego? Dlaczego wracam do domu taka zmęczona, że nie mam sił skupić się na Słowie (nawet nie na całym rozdziale z Pisma Świętego)? Dlaczego nie wracam do mojego postanowienia gdy raz się złamię?
Dlaczego do Wielkiego Postu nie przygotowuję się tak jak do diety? Czemu nie pójdę do spowiedzi, nie zaplanuję rekolekcji, nie przemyślę tego co naprawdę powinnam sobie postanowić na Ten Święty Czas?
A może wynika to trochę ze wstydu? Że głupio jest powiedzieć: "Sorry, nie piję, bo jest Wielki Post"? Bo do diety każdy ma prawo?
Nie wiem.
Wiem natomiast, że mam prawo wyznawać Wiarę jaka mi odpowiada. Nie muszę się jej wstydzić, fakt jest to bardzo trudne. Nie powinnam się z nią ukrywać. Nie powinnam jej bagatelizować.
W tym roku zaczynam dietę na Wielki Post. To raz. A dwa, to muszę przepracować kilka rzeczy sama ze sobą. Więc co dzień chciałabym znaleźć 30 minut na Słowo i rozważanie. Czy starczy mi mobilizacji? Nie wiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz