Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

czwartek, 25 lutego 2016

Tramwajowa historia.

Godzina dwudziesta z groszem, Plac Wszystkich Świętych. Podjeżdża tramwaj numer 8, do którego niespiesznie wsiadam i od razu kieruję się do automatu biletowego. Zatapiam się w swoich myślach, kiedy wybija mnie z nich zdanie "...bo tylko w niebycie może narodzić się byt. Bo Słowo ciałem się stało". Oho, będzie ciekawie. Siadam więc niedaleko pana, który rzucił owo zdanie. Lat około 40, lekko podchmielony. Rozmawia z młodym chłopakiem, w wieku na oko licealnym, chociaż, czy ja wiem? I ciągnie dalej swoje wywody.
"Wiesz kto to był Nietzsche? Nie? Filozof taki. I wiesz co on powiedział? Że Bóg umarł. I ja myślę, że miał rację. Bóg umarł, ale po trzech dniach zmartwychwstał. A wiesz kto jest moim ulubionym świętym? Paweł! Bo on zabijał, kradł i gwałcił (no, to akurat było nieprawdą, ale nie będę przerywać tej nie mojej konwersacji), a potem się nawrócił, tak jak ja. I tak, jestem bezdomnym, ale ostatni będą pierwszymi. Wiesz kto to powiedział? Jezus Chrystus." Chwila milczenia. Młody chłopak chyba nie bardzo wiedział co powiedzieć, ale uśmiechał się lekko. Pani siedząca przede mną też miała dużo radości z przysłuchiwania się tej konwersacji, widziałam jej ciągle trzęsące się ze śmiechu ramiona.
A tymczasem Pan Filozof przyjrzał się uważnie młodemu chłopakowi i rzucił jeszcze: "Ty jesteś ciekawski. Ale to dobrze, ta ciekawość doprowadzi Cię do prawdy. I pamiętaj, tylko w niebycie może narodzić się byt."
Wysiadłam. Przygwoździł mnie absurd tej sytuacji. Można dawać świadectwo w tramwaju będąc bezdomnym i lekko wstawionym? Można.
A Ty jaką masz wymówkę?

niedziela, 14 lutego 2016

Na co zasługuję?

Miałam w życiu taki czas, kiedy dokładnie wiedziałam, na co zasługuję, a na co się nie zgodzę. Że trzeba o mnie zabiegać. Że chcę być traktowana jak księżniczka. Że jestem wartościową i interesującą Kobietą. Wiedziałam, że chcę wejść w związek z mężczyzną, który będzie mnie traktował z szacunkiem, który będzie o mnie walczył i rozpieszczał. Który będzie odpowiedzialny i urzekać mnie będzie swoim dobrym sercem. Z którym będę mogła klękać do modlitwy, tańczyć do rana i nie bać się, że nadużyje alkoholowych procentów. Więc byłam przekonana, że wiem, czego chcę, a czego nie chcę. Że wiem też, dlaczego chcę tego, czego chcę i nie chcę tego, czego nie chcę. I że tak już zostanie.
A potem przyszedł czas ponownego przeżywania samotności, w którym wszystko zaczęło się mieszać. Bo przecież.... czy on naprawdę też musi uwielbiać tańczyć? I kiedy raz czy drugi poimprezuje, czy to będzie takie złe? I czy on w ogóle też musi wierzyć? Może wystarczy, jeśli będziemy szanowali swoje odmienne poglądy?
Podobno im dłużej kobieta jest sama, tym bardziej obniża swoje związkowe standardy. Czasem może to i dobrze, bo gonienie za idealną wersją tego jedynego może lekko zaślepić na tych nieidealnych, którzy są obok. Ale myślę też, że trzeba sobie nieustannie przypominać, kim jesteśmy i na co zasługujemy. To po pierwsze. A po drugie ufać. Bo przecież nasz Tata chce(!) spełnić nasze najskrytsze marzenia. I troszczy się o nasze relacje. I sam mówi, że będzie nas bronił. W Walentynki polecam więc oddać tą wymarzoną relację Temu, który chce nam dać tylko to, co najlepsze.


niedziela, 7 lutego 2016

godna praca.

Kiedyś czytałam artykuł o godnej pracy. A może nie godnej. Raczej właściwej dla chrześcijanina. Kiedy praca jest sprzeczna z naszymi wartościami i czym się kierować. I pomyślałam, że w ogóle co za problem. Że mało kiedy możemy mieć pracę która będzie sprzeczna z naszymi wartościami, że przecież mamy wybór i że to na pewno jest łatwe.
I trafiło się mi.
Moja praca jest dziwna. Czasem zdarza mi się spełniać dni na różnych halach przemysłowych. Różnych firm, różnych producentów, w różnych miastach/mieścinach/wsiach.
I bardzo często zdarza się, że jestem jedną z niewielu kobiet jakie postawią swoją stopę na takiej hali produkcyjnej.
Więc może nie mam się co dziwić. Może taki jest współczesny świat. A może po prostu męski.
Ale poczułam się tam... idiotycznie. Po prostu uprzedmiotowiona. Prawie przy każdym stanowisku pracy wisiał kalendarz (oby jeden!) z mocno roznegliżowanymi paniami. Paniami, które zdecydowanie więcej miały odkryte niż zakryte działając tym samym mocno na wyobraźnię. Paniami, które moim skromnym zdaniem, byłyby mniej pociągające gdyby były całkiem nagie. Ciekawe, że panowie mogą się skupić przy takich obrazkach. A może to już spowszechnienie, przyzwyczajenie. Cały miesiąc z tym samym odkrytym udem.... nuda.
A potem wraca się do przeciętnej żony...siada przed telewizorem i sięga po piwo?
Nie rozumiem, nie ogarniam czasem tego świata.
Bo, że takie obrazki się pojawiają w męskim świecie, to przecież wiedziałam. Że czasem gdzieś za drzwiami, w toalecie. Ale żeby tak po prostu na ścianie zaraz przy maszynie?!?!?
Zabolało mnie takie przyzwolenie na pornografię na co dzień i zachciało mi się powiedzieć: "przykro mi, nie będę brała udziału w tym projekcie, wyniki opracujecie sobie sami". Nie powiedziałam. Bezsens sytuacji? (Bo co ma mój szef do tego, że tak to tam wygląda? Nie wiedział, może jakby wiedział, to by mnie nie wpuścił na tą halę.) A może brak odwagi? Lecz cóż mój głos może w świecie zmienić? A może właśnie dopóki wszyscy milczymy nic się nie będzie zmieniało?
Wszyscy milczą, Bóg umiera. To tak na ten czas Wielkiego Postu do przemyślenia.

Żeby nie było - czasem, jak się pojawiam na hali przemysłowej, gdzie kobiety nie pracują (albo jest ich niewiele i przy innej linii), zostaję największą atrakcją. Panowie chętnie pomogą przenieść sprzęt pomiarowy, przyniosą kawę, pokażą drogę do toalety (a nawet odprowadzą do budynku biurowego żebym mogła skorzystać z damskiej toalety), czasem nawet proponują małżeństwo i dobry samochód (wystarczą 3 minuty bez kolegów z pracy). Sytuacja opisana w powyższym poście zdarzyła mi się tylko na jednej hali (na jakieś 10 w ciągu ostatniego roku). Mimo wszystko dała do myślenia przez kilka tygodni.