W tym roku zamiast kalendarza mam zeszyt - osobisty planer, który kosztował mnie jedynie 3,50 zł zamiast 80 czy 90 złotych. Zawiera wszystko czego potrzebuję. Listy podzielone na miejsca ich wykonywania, telefony, nazwiska lekarzy których ostatnio często przytrafia mi się spotykać, budżety na kolejne miesiące, myśli, notatki z mądrych książek.
Jest jednak kilka stron na początku niewypełnionych. "2018. Cele, palny, itd.".
Zostały puste bo: po pierwsze nie miałam czasu ich wypełnić, po drugie miałam nie robić postanowień, po trzecie nie zmieniły się od zeszłego roku i są tak samo mało spełniane (przepisać je tak po prostu? i dalej nic z tym nie robić?), po czwarte moje plany żywieniowo-treningowe zmieniają się z tygodnia na tydzień choć ogólnie podążają w jednym kierunku i są już dawno uregulowane (warzywa, mięso, warzywa, minimalna ilość cukru, treningów 3-5 w tygodniu, pamiętać o strechingu!, co 6-8 tygodni tydzień roztrenowania. cały tydzień, podobno tak trzeba!).
I dobrze mieć to spisane, np formy kontraktu z samym sobą myślę że super się sprawdzają. Myśli spisane łatwiej się wdraża w życie.
I z tego wszystkiego czasem się pytam, czy nie mam za dużo zaplanowanego, poukładanego? A potem każde małe zachwianie planem wyprowadza mnie totalnie z równowagi? Więc w tym roku próbuję wdrożyć zaplanowany czas na spontaniczne rzeczy. Grafik, który jednak częściowo jest elastyczny. Żeby zyskiwać relacje z ludźmi a nie tylko przetrenowanie, albo czas spędzać w kuchni.
Bo ważne jest to co tu i teraz. Nie to co będzie jutro, w przyszłym miesiącu, nie mówiąc o tym co za pół roku (ah, jak wtedy będzie!). Wbrew pozorom pozostanie w czasie rzeczywistym bywa trudne.