Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

niedziela, 18 grudnia 2016

Nie nosić samemu.

Mam kryzys. Straszny taki największy w całej mojej karierze kryzysów wiary. A było ich trochę. Pewnie jeszcze Ci więcej o tym opowiem, ale teraz tylko jedna mała myśl. Przez kilka tygodni nie mówiłam tego nikomu. Jak to tak, tym co mnie otaczają, i przy odkurzaniu śpiewają pieśni uwielbienia, albo nie mogą wypowiedzieć zdania, żeby w nim czegoś Bożego nie było, powiedzieć, że odeszłam i nie wiem jak wrócić? I że nie wiem czy w ogóle chcę wracać? Zaraz mnie zaczną nawracać tymi samymi słowami, które ja kiedyś z wielkim przekonaniem wypowiadałam do innych? O nie!
I tak sobie trwałam, dni odliczałam, spotkań unikałam, bo co odpowiem na pytanie co u mnie? No chyba nie prawdę. Ciężkie to było do noszenia i tak się pogrążałam i uciekałam i miotałam. I kiedy już już chciałam to z siebie zrzucić i się wygadać... przez usta mi te moje wątpliwości przejść nie mogły. Aż w końcu, naprędce, wyrzuciłam z siebie dwa zdania. I cudownie było wiedzieć, że bliska mi osoba już wie. Że nie muszę się kryć i niczego udawać. Że mogłam odsłonić nowy, niezbadany jeszcze obszar mojego serca. Ulga. Jeszcze większa, kiedy została skwitowana uściskiem i słowami, że to nic nie zmienia, bo jestem przyjęta z tym wszystkim co mam.
Więc... jeśli się wahasz, czy odciążyć swoje ramiona i pozwolić komuś nieść problem razem z Tobą, nie daj wygrać głupim strachom w głowie i pozwól bliskim być obok.

piątek, 18 listopada 2016

pompejanka raz jeszcze

Raz w roku, mniej więcej końcem grudnia/początkiem stycznia siadam i spisuję sobie długofalowe plany na kolejny rok. W tym roku znalazło się tam "pompejanka raz jeszcze". 
I byłabym zapomniała!
Na szczęście o. Szustak postanowił namówić większą ilość wiernych do tejże modlitwy. Więc zdążę ten plan na rok 2016 zrealizować.
Który to raz odmawiam Nowennę Pompejańską? Trzeci? Czwarty? Sama nie wiem... chyba czwarty już. 
Za każdym razem okrywam coś nowego. Za każdym razem w innym momencie jest ona dla mnie bardzo trudna. Zawsze przynosi owoce, niekoniecznie takie jakich bym oczekiwała (może na koniec mojego ziemskiego życia będę mogła powiedzieć, że wszystkie ostatecznie dały oczekiwany efekt, na razie tego nie wiem).
Tym razem jest w jakiś sposób łatwiej, bo filmiki motywujące z Langusty na palmie dają poczucie, że nie jestem sama. Oglądam je w pracy (nie tylko ja). Poza tym dużo ludzi wokół również tym razem też się modli w tym samym czasie. Odpytujemy się wieczorem: Zdążyłaś? Jeszcze jeden różaniec muszę zmówić... Poza tym spotykam mężczyzn w tramwajach/autobusach, którzy nie kryją się z różańcem. Oh, żadnej kobiety nie widziałam modlącej się tak żeby było widać. A w ostatnim czasie tylu mężczyzn! Sama nie mam takiej odwagi, żeby różaniec w tramwaju/autobusie z kieszeni wyciągnąć... Na spacerze to jeszcze, ale nie w zamkniętym pomieszczeniu! Udało mi się za to spaść
 z roweru w zamyśleniu nad nawiedzeniem św. Elżbiety.
Modlisz się razem z nami? 
Jeśli się tak, to życzę Ci wytrwałości i owoców. Jeśli jeszcze nie, to poszukaj w internecie więcej informacji i spróbuj! Myślę, że potem naturalną koleją rzeczy idzie druga i trzecia pompejanka. A myślę, że dużo ona daje.

piątek, 28 października 2016

Trudne dni

Czasem się zastanawiam, czemu mówimy o trudnych dniach kobiety w momencie kiedy dostaje okresu. Tak jakby jasne, jest to trudne, bolesne, czasem nawet przez dwa tygodnie chodzę zła, rozdrażniona i depresyjna.
Ale moje trudne dni są zupełnie kiedy indziej. Moje trudne dni to dni płodne.
Umieram wtedy z tęsknoty za dotykiem, mogłabym się do kogokolwiek przytulać. Każdy gest ze strony męskiej ma dla mnie podtekst. To taka moja comiesięczna walka z czystością.
I tu się pojawia pytanie czy to naprawdę ma sens? A jeśli już będę w poważnym związku, będziemy wiedzieli że to na zawsze? Po co czekać?
Walka o czystość jest niezmiernie trudna. I ważna. To taka nauka okazywania sobie miłości. I wierności sobie.
Tak, chcę być wierna mojemu mężowi i chcę by on był wierny mi. Czy dam radę? Nie wiem. Ufam że z Nim tak. Ale jednocześnie mam świadomość, że nie będzie to łatwe a na pewno niemożliwe gdy nie będzie przegadane i za obopólną świadomą zgodą.
Nikt nie mówił że będzie łatwo, prawda? Myślę że się da. Mam nadzieję, że się da. Musi się dać!

czwartek, 8 września 2016

O pracy.

Przez ostatni rok pracowałam w gastronomii. Moja "pierwsza poważna praca". Dużo nerwów i wysiłku, trochę nieprzespanych nocy, złorzeczeń, biegania w stresie, nieprzyjemnych uwag, załamanych rąk, rozbitych szklanek i talerzy. Wspaniali ludzie, rodzące się przyjaźnie, rozmowy o wierze, pasjach, związkach. Zderzenie się z całkiem innymi poglądami i charakterami. Poznawanie samej siebie w nowych sytuacjach. Wchodzenie w niewłaściwe relacje i powolne się z nich wygrzebywanie. Nauka życia. Zmiana patrzenia na świat. Pierwsza opuszczona od kilku lat niedzielna Msza. Kryzysy. Niepomalowane paznokcie i kilka nadprogramowych kilogramów. Dużo dobrych wspomnień.
I dysonans pragnień - zostać, czy uciekać? Czasem mam takie dni, kiedy jestem pewna, że czas tą pracę zmienić. Kiedy małe plusy przebywania ze wspaniałymi ludźmi są totalnie przysłonięte przez morze minusów. A potem, gdzieś między napełnianiem szklanek lodem i lemoniadą i polerowaniem talerzy, kiedy patrzę na to moje miejsce, czuję się jak w domu. I nie chcę tego zmieniać. I tak dzień za dniem, wahania. Co będzie dla mnie lepsze? Czy zmiana pracy pomoże mi jakoś lepiej swoje życie ogarnąć? Spowoduje, że zacznę mieć czas na rozwijanie siebie? Czy to tylko taka moja mrzonka i nic się nie zmieni? Czy to odważna decyzja, czy ucieczka przed tym, co trudne? I co z relacjami, które tu zbudowałam? Jak to tak... zostawić? Wejść w całkiem nowe, przerażająco nieznane?

I kiedy złe dni przeważają i wiem, że już dłużej nie chcę tak pracować, że gastronomia życia mnie nauczyła, ale sił już brak, zapada decyzja. Czas zacząć pisać CV.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Mateczka

Bywają takie miesiące, że moje myśli zmierzają bardziej ku Mateczce.
A zwłaszcza sierpniem.
Dawno nie byłam na pielgrzymce, ale ten nastrój pozostał. Mimo że nie idę, to jednak przeżywam. Cieszę się gdy trafiam w kościele na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej.
W sumie to ciekawe, że my tak ją rozróżniamy. Że ta jest Nieustającej Pomocy, ta Pocieszenia a ta od Wykupu Niewolników (poszukajcie dobrze w Krakowie!). Ale dzięki temu może jest nam łatwiej? Bo zawsze znajdziemy taką, która będzie nasza?
Pytanie czy bez tych wizerunków, różnych tytułów bylibyśmy w stanie ją nazwać Naszą Matką?
Pewnie kwestia czasu i dojrzałości. Nie każdy ten kult rozumie i ma potrzebę. Czy zmienia się z czasem? Nie wiem, u mnie się zmieniło.
Oby i dla Was była Ona ważna!

wtorek, 12 lipca 2016

Dajesz słowo?

Oglądam "Czas honoru". Próbuję sobie wyobrazić, jak to było. I kim ja bym była w czasie wojny? Czy chciałabym w ogóle walczyć za Polskę? Nie wiem. Rzeczywistość wojny jest chyba zbyt abstrakcyjna, żebym mogła to sobie wyobrazić.
Jedna rzecz szczególnie we mnie teraz siedzi. Słowa. "Dajesz słowo, że wrócisz? Wrócę". I był. Dana obietnica była przepustką do wolności. "Kocham" nie było na chwilę. A dzisiaj? Ciągle coś obiecuję, a potem nic z tego nie ma. Mówię, mówię, mówię. Czasem z prędkością karabinu wyrzucam kule w czyjeś serce, a czasem z moich ust wypadają kwiatki. Słowa, słowa, słowa. Z których w większości nic nie wynika. Boleśnie odczuwam czyjeś słowa wypowiedziane żartem, a odbierane serio, każde "zdzwonimy się jutro", które nie ma racji bytu. Złoszczę się, kiedy inni są niesłowni, chociaż każdy taki wyrzut powinnam skierować najpierw do siebie.
I boję się, że to nie tylko mój problem, ale ogólna kondycja świata. Że za szybko nazywamy się przyjaciółmi, mówimy o prawdzie i miłości wielkie-puste słowa i przyrzekamy sobie nieprawdę. I zastanawiam się intensywnie, jak w codziennym bełkocie świata wyłapać ważkie słowa, jak to, co z naszych ust wypada uczynić prawdą i czy to w ogóle możliwe, żeby tyle razy złamane "daję słowo!" nabrało mocy?
Nie wiem. Ale obiecuję, że coś wymyślę.

piątek, 24 czerwca 2016

co z naszą wiarą?

Nie wiem, czy nie masz podobnych obserwacji damsko-męskich, ale odnoszę takie wrażenie, że my, kobiety, mamy duże problemy z wiarą.
Bo, po pierwsze, jeśli idzie o wiarę w Boga, dobrych ludzi, wyższe wartości to mamy ją trochę za dużą. Zbyt optymistyczną. Nieomalże niezachwianą. Żeby nie powiedzieć, że na pokaz i dla przekonywania innych. Nie wiem czy wiesz co chcę przez to powiedzieć.
A z drugiej strony mamy bardzo duże problemy z wiarą w siebie. 
Nie walczymy o podwyżki, nie dajemy rady z projektami (tudzież wymyśleniem obiadu/rodziną/życiem i nie wiadomo czym jeszcze). Nie wysyłamy cv jeśli nie spełniamy wszystkich wymogów na idealnego kandydata. Nie zagadujemy do mężczyzn, którzy nam się podobają. Nie robimy mnóstwa rzeczy bo uważamy, że nie potrafimy, nie nadajemy się do tego, nie podołamy. Żeby nie powiedzieć że tracimy życie.
Pewnie to wszystko dlatego, że opieramy się głównie na naszych emocjach. Albo na naszych hormonach. W sumie to chyba ładnie się łączy w jedno.
A teraz ważne pytanie: czy naprawdę musimy w siebie nie wierzyć?

Więc teraz kilka rzeczy, które musimy sobie wbić do głowy:
  • podwyżka się należy (chyba, że rzeczywiście się totalnie obijasz w pracy)
  • należy się wypłata jednakowa na każdym stanowisku (potrafisz tak samo logicznie myśleć jak koledzy z pracy)
  • cv wysyła się nawet jeśli nie spełnia się wszystkich 100% wymagań na idealnego kandydata
  • podejmuje się wyzwań - w ramach rozwoju (bo albo wygrywasz albo się uczysz)
  • obiad się gotuje różny (nie warto tracić pół dnia na rozważania)
  • do mężczyzn się zagaduje (bo szkoda stracić okazji)
Po prostu więcej wiary w siebie! We wszystkim co robisz.




poniedziałek, 2 maja 2016

"Co byś zrobił, gdybyś wiedział, że za pół roku świat przestanie istnieć?"

Przeczytałam magazyn "Filozofuj" traktujący o sensie życia. Padło w nim pytanie jak w tytule. Nie wiem, na ile zadane było na poważnie, ja je w każdym razie potraktowałam serio. Abstrahując od rozważań o tym, czy wszyscy ludzie wiedzieliby, że zaraz umrzemy i zapanowałby ogólny chaos, skupiłam się na sobie. Co ja bym zrobiła? Czy rzuciłabym wszystko, co robię, żeby zwiedzać najdziwniejsze zakątki świata? Raczej nie. Myślę sobie, że zmieniłabym tylko dwie rzeczy - powiedziałabym tym, których kocham, ze ich kocham, i modliłabym się więcej. No, może jeszcze trochę mniej bym pracowała, a więcej przebywała w domu. I ucieszyłam się tym, co sobie uzmysłowiłam. I tym, że nie muszę czekać do końca świata, żeby móc to zmienić. Mogę już.
A Ty? Co byś zrobiła, gdybyś wiedziała, że za pół roku świat przestanie istnieć?

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

O zauroczeniach.

Krótka to będzie refleksja. Zastanowiłam się ostatnio, czemu tak się wstydzimy przyznać do naszych zauroczeń. No, może Ty nie, ale ja na pewno. Od małego starałam się ukrywać swoje uczucia, bo przecież cóż to by była za tragedia, gdyby się taki on dowiedział, że mi się podoba?! Koniec świata! I dopiero teraz mnie olśniło, że to trochę głupie, wstydzić się swoich uczuć. Więc czemu tracimy tyle energii na wypieranie się tego, co nam w sercach gra? Nie wiem.
Towarzyszy mi w tych przemyśleniach niezawodny Soyka. 





środa, 23 marca 2016

Bądź wierny. Sobie.

Miałam w zeszłym tygodniu taki spacer z długą rozmową. O życiu. O miłości. O korzystaniu z bycia singlem.
Mój rozmówca powiedział, że mogę się z nim nie zgadzać, że on jest facetem i pewnie widzi to inaczej. I widział. Nie dlatego,  że jest facetem, tylko dlatego,  że ma przyjęte inne wartości w życiu.
Tak więc.
Nie zgadzam się, że mieszkanie samemu jest czymś dziwnym. Uważam że pozwala dobrze poznać samego siebie, zatęsknić za życiem rodzinnym, dobrze przygotować się do bycia mężem/żoną.
Nie zgadzam się, że będąc singlem mam prawo do relaksu i oderwania się od codziennego życia poprzez umówienie się na randkę i zakończenie jej seksem. To, że nie jestem w żadnym związku, nie znaczy, że nie zdradzam mojego przyszłego męża. Randka randką, ale raczej na pierwszą to golf pod szyję. Istotne są inne rzeczy.
Nie zgadzam się również na opcję, że będąc w związku, seks jest dobrą metodą na przywiązanie mężczyzny do siebie, nie jest też dobrą metodą na rozwiązywanie problemów i przepraszanie za zepsuty samochód. O, nie.
Uważam natomiast że w relacjach damsko męskich ważna jest rozmowa. Ważne jest poznanie siebie nawzajem, zaprzyjaźnienie (o dziwo to się spotkało że zrozumieniem).
Ważne jest zaufanie i szacunek do wartości,  które wyznaje nasza ukochana osoba. To co dla Ciebie jest ważne, ważne jest też i dla mnie. I chce dla Ciebie dobra. Ale z moich wartości, które nota bene wynikają z mojej wiary, nie zrezygnuję.
W sumie to ciekawe że przez poprzednie ćwierćwiecze mojego życia przebrnęłam płynnie i bez zastanawiania się jakimi wartościami chcę się w życiu kierować...

czwartek, 25 lutego 2016

Tramwajowa historia.

Godzina dwudziesta z groszem, Plac Wszystkich Świętych. Podjeżdża tramwaj numer 8, do którego niespiesznie wsiadam i od razu kieruję się do automatu biletowego. Zatapiam się w swoich myślach, kiedy wybija mnie z nich zdanie "...bo tylko w niebycie może narodzić się byt. Bo Słowo ciałem się stało". Oho, będzie ciekawie. Siadam więc niedaleko pana, który rzucił owo zdanie. Lat około 40, lekko podchmielony. Rozmawia z młodym chłopakiem, w wieku na oko licealnym, chociaż, czy ja wiem? I ciągnie dalej swoje wywody.
"Wiesz kto to był Nietzsche? Nie? Filozof taki. I wiesz co on powiedział? Że Bóg umarł. I ja myślę, że miał rację. Bóg umarł, ale po trzech dniach zmartwychwstał. A wiesz kto jest moim ulubionym świętym? Paweł! Bo on zabijał, kradł i gwałcił (no, to akurat było nieprawdą, ale nie będę przerywać tej nie mojej konwersacji), a potem się nawrócił, tak jak ja. I tak, jestem bezdomnym, ale ostatni będą pierwszymi. Wiesz kto to powiedział? Jezus Chrystus." Chwila milczenia. Młody chłopak chyba nie bardzo wiedział co powiedzieć, ale uśmiechał się lekko. Pani siedząca przede mną też miała dużo radości z przysłuchiwania się tej konwersacji, widziałam jej ciągle trzęsące się ze śmiechu ramiona.
A tymczasem Pan Filozof przyjrzał się uważnie młodemu chłopakowi i rzucił jeszcze: "Ty jesteś ciekawski. Ale to dobrze, ta ciekawość doprowadzi Cię do prawdy. I pamiętaj, tylko w niebycie może narodzić się byt."
Wysiadłam. Przygwoździł mnie absurd tej sytuacji. Można dawać świadectwo w tramwaju będąc bezdomnym i lekko wstawionym? Można.
A Ty jaką masz wymówkę?

niedziela, 14 lutego 2016

Na co zasługuję?

Miałam w życiu taki czas, kiedy dokładnie wiedziałam, na co zasługuję, a na co się nie zgodzę. Że trzeba o mnie zabiegać. Że chcę być traktowana jak księżniczka. Że jestem wartościową i interesującą Kobietą. Wiedziałam, że chcę wejść w związek z mężczyzną, który będzie mnie traktował z szacunkiem, który będzie o mnie walczył i rozpieszczał. Który będzie odpowiedzialny i urzekać mnie będzie swoim dobrym sercem. Z którym będę mogła klękać do modlitwy, tańczyć do rana i nie bać się, że nadużyje alkoholowych procentów. Więc byłam przekonana, że wiem, czego chcę, a czego nie chcę. Że wiem też, dlaczego chcę tego, czego chcę i nie chcę tego, czego nie chcę. I że tak już zostanie.
A potem przyszedł czas ponownego przeżywania samotności, w którym wszystko zaczęło się mieszać. Bo przecież.... czy on naprawdę też musi uwielbiać tańczyć? I kiedy raz czy drugi poimprezuje, czy to będzie takie złe? I czy on w ogóle też musi wierzyć? Może wystarczy, jeśli będziemy szanowali swoje odmienne poglądy?
Podobno im dłużej kobieta jest sama, tym bardziej obniża swoje związkowe standardy. Czasem może to i dobrze, bo gonienie za idealną wersją tego jedynego może lekko zaślepić na tych nieidealnych, którzy są obok. Ale myślę też, że trzeba sobie nieustannie przypominać, kim jesteśmy i na co zasługujemy. To po pierwsze. A po drugie ufać. Bo przecież nasz Tata chce(!) spełnić nasze najskrytsze marzenia. I troszczy się o nasze relacje. I sam mówi, że będzie nas bronił. W Walentynki polecam więc oddać tą wymarzoną relację Temu, który chce nam dać tylko to, co najlepsze.


niedziela, 7 lutego 2016

godna praca.

Kiedyś czytałam artykuł o godnej pracy. A może nie godnej. Raczej właściwej dla chrześcijanina. Kiedy praca jest sprzeczna z naszymi wartościami i czym się kierować. I pomyślałam, że w ogóle co za problem. Że mało kiedy możemy mieć pracę która będzie sprzeczna z naszymi wartościami, że przecież mamy wybór i że to na pewno jest łatwe.
I trafiło się mi.
Moja praca jest dziwna. Czasem zdarza mi się spełniać dni na różnych halach przemysłowych. Różnych firm, różnych producentów, w różnych miastach/mieścinach/wsiach.
I bardzo często zdarza się, że jestem jedną z niewielu kobiet jakie postawią swoją stopę na takiej hali produkcyjnej.
Więc może nie mam się co dziwić. Może taki jest współczesny świat. A może po prostu męski.
Ale poczułam się tam... idiotycznie. Po prostu uprzedmiotowiona. Prawie przy każdym stanowisku pracy wisiał kalendarz (oby jeden!) z mocno roznegliżowanymi paniami. Paniami, które zdecydowanie więcej miały odkryte niż zakryte działając tym samym mocno na wyobraźnię. Paniami, które moim skromnym zdaniem, byłyby mniej pociągające gdyby były całkiem nagie. Ciekawe, że panowie mogą się skupić przy takich obrazkach. A może to już spowszechnienie, przyzwyczajenie. Cały miesiąc z tym samym odkrytym udem.... nuda.
A potem wraca się do przeciętnej żony...siada przed telewizorem i sięga po piwo?
Nie rozumiem, nie ogarniam czasem tego świata.
Bo, że takie obrazki się pojawiają w męskim świecie, to przecież wiedziałam. Że czasem gdzieś za drzwiami, w toalecie. Ale żeby tak po prostu na ścianie zaraz przy maszynie?!?!?
Zabolało mnie takie przyzwolenie na pornografię na co dzień i zachciało mi się powiedzieć: "przykro mi, nie będę brała udziału w tym projekcie, wyniki opracujecie sobie sami". Nie powiedziałam. Bezsens sytuacji? (Bo co ma mój szef do tego, że tak to tam wygląda? Nie wiedział, może jakby wiedział, to by mnie nie wpuścił na tą halę.) A może brak odwagi? Lecz cóż mój głos może w świecie zmienić? A może właśnie dopóki wszyscy milczymy nic się nie będzie zmieniało?
Wszyscy milczą, Bóg umiera. To tak na ten czas Wielkiego Postu do przemyślenia.

Żeby nie było - czasem, jak się pojawiam na hali przemysłowej, gdzie kobiety nie pracują (albo jest ich niewiele i przy innej linii), zostaję największą atrakcją. Panowie chętnie pomogą przenieść sprzęt pomiarowy, przyniosą kawę, pokażą drogę do toalety (a nawet odprowadzą do budynku biurowego żebym mogła skorzystać z damskiej toalety), czasem nawet proponują małżeństwo i dobry samochód (wystarczą 3 minuty bez kolegów z pracy). Sytuacja opisana w powyższym poście zdarzyła mi się tylko na jednej hali (na jakieś 10 w ciągu ostatniego roku). Mimo wszystko dała do myślenia przez kilka tygodni.

czwartek, 28 stycznia 2016

Dzień bez telefonu.

Przedziwne to doświadczenie zostawić telefon w serwisie na ponad 24h. Lekko problematyczne. Bo jak bez budzika w telefonie wstać o czasie na zajęcia? I jak zrobić przelew, kiedy kod autoryzacyjny przychodzi smsem? I skąd wiadomo, czy czekać na autobus, czy lepiej przejść się spacerkiem, kiedy zegarka brak? A z drugiej strony.... kiedy w drodze do pracy nie ma jak słuchać muzyki, to od razu z tej ciszy rodzi się modlitwa. I ręce same sięgają po różaniec. I skupić się można na tym, co mówi druga osoba, kiedy się co chwilę nie zerka na telefonu ekran. I jest jakaś piękna wolność w tej pewności, że nikt nie zadzwoni, nie przeszkodzi, że można tak samemu pobyć ze sobą.....
Daleka jestem od namawiania do porzucenia takich zdobyczy techniki jak telefon czy komputer, bo świat idzie do przodu i chyba nie o to chodzi, żeby bojkotować nowe technologie. Tylko...... niech sprzęty te będą dla nas, a nie my dla nich.

niedziela, 24 stycznia 2016

rozmowa.

Mam takie wrażenie, że pod naszymi rozmowami czasami czyha opowiadanie ale nie słuchanie.
Jak często pytasz kogoś: "Co u Ciebie?" a on mówi "Spoko" i przechodzicie do rozmawianiu o czymś niezbyt istotnym? A co robisz, gdy ktoś odpowiada: "Źle." albo "Może być."?
No właśnie. Ostatnio miałam niezłą zagwozdkę co zrobić. Jak pomóc, jak pociągnąć dalej taką rozmowę?
Pytanie pojawiło mi się, czy jeśli ktoś potrafi powiedzieć że u niego jest źle, czy będzie chciał o tym rozmawiać? I jak często pod naszym "OK" kryje się prawdziwe "źle"?
A ile razy Ty zauważasz, że mówisz do kogoś, a on totalnie nie słucha? Że mogłabyś/mógłbyś mówić do ściany? I masz ochotę po prostu odwrócić się i pójść w inną stronę?
Albo chcesz coś powiedzieć, coś trudnego, ale rozmówca ewidentnie Ci na to nie pozwala i ostatecznie kończysz tą rozmowę z niewypowiedzianą myślą. A przecież często nasze problemy nie będą obciążały innych, nie będą ich tak raniły jak ranią nas. I dobrze jest je wypowiedzieć na głos.
Myślę, że każdy z nas wie, iż są takie rzeczy, o których się ciężko mówi. Że potrzebujemy zachęty do wyrzucenia z siebie tego, co w nas siedzi. Potrzebujemy kogoś zaufanego, przyjaciela, czasem nawet terapeuty.
To takie zadanie/wyzwanie na najbliższy czas. Uważnie słuchać. Być wsparciem dla naszych rozmówców i pomagać wypowiedzieć to co dla nich trudne i bolesne. Jednym słowem: wspierać.

niedziela, 17 stycznia 2016

za kogo się modlisz?

Źle się układa w Twojej rodzinie?
Źle się układa w Twojej pracy? W Twoim otoczeniu, wśród Twoich przyjaciół?
Najlepszym rozwiązaniem - modlitwa. O to, co w naszych relacjach trudne i bolesne. W końcu, jak trwoga to do Boga. Pewnie sporo z nas z tego korzysta. Opowiedzieć Mu co nie tak, wypłakać się i ufać, że zaradzi.
Ale, ale. Ostatnio pojawiło się w mej głowie. A co z resztą świata? Dlaczego się za nich nie modlę?
A Ty? Czy modlisz się za:
papieża?
biskupów?
kapłanów z Twojej parafii?
Twojego szefa/szefową?
kolegów z pracy?
za nasz rząd? (zamiast narzekać)
za panią z warzywniaka?
za motorniczego?
i wielu innych, którzy na co dzień stają na drodze Twego życia?

sobota, 9 stycznia 2016

Niecierpliwość.

Chodziłam z tym hasłem cały adwent. Tyle się mówi, że to "czas oczekiwania". Ale to moje czekanie jakieś takie...bolesne. Czekanie na przyszłość, na rozwiązanie trudnych spraw, na otrzymanie odpowiedzi. Już bym chciała wszystko wiedzieć, co będzie, jak będzie, czy moje relacje są dobre, jak się potoczą, co robić, co zrobić, co przyniesie mi jutro.... I męczy mnie to czekanie. Niecierpliwość.

Usłyszałam gdzieś, że przeciwieństwem smutku jest cierpliwość. W takim razie smutek jest w pewnym sensie tożsamy z niecierpliwością. Kiedy? Gdy w oczekiwaniu nie ma nadziei. Wtedy zostaje tylko smutek, który pochłania serce, kawałek po kawałku. I wtedy czekanie boli. I przynosi śmierć. Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu, którego się /potem/ nie żałuje, smutek zaś tego świata sprawia śmierć (2 Kor 7,10).
Tu znów wracają do mnie słowa przewlekłe czekanie jest raną dla duszy, ziszczone pragnienie jest drzewem życia (Prz 13,12). Jak więc czekać? Jak być cierpliwym? Jak w tym, co niewiadome, odnaleźć nadzieję?
Jedną mam odpowiedź:

piątek, 1 stycznia 2016

życzenia.

Od kilku lat mam wrażenie, że sztuka składania życzeń zanika. Może nie globalnie, ale w mojej głowie, w moim życiu. Z jednej strony jest to trudne. A z drugiej... takie oczywiste.
Kiedyś wymyślałam dla każdego inne życzenia, łamanie się opłatkiem było dla mnie miłą chwilą, a wszyscy mi mówili: "jakie ładne Ty życzenia składasz!".
Nie wiem czy można to nazwać dorosłością, dojrzałością, ale obecnie nie potrafię tego robić. Męczy mnie wymyślanie pięknych frazesów. Dlaczego akurat na święta mam nagle komuś czegoś życzyć? Jeżeli moim bliskim nie życzę dobrze, to powinnam się nad tym zastanowić i coś zmienić. Jeżeli nie potrafię z nimi rozmawiać, to czas zacząć to naprawiać. A jeżeli jestem z kimś na tyle blisko, że wszystko mamy sobie powiedziane... to po co psuć to wymyślnymi życzeniami? Wystarczy może "Wszystkiego najlepszego!". W tym mnie utwierdził tenże wypowiadający się zakonnik.