Zaczęłam warsztaty "Żyj po Bożemu". Psychologia + wiara = połączenie idealne dla mnie :)
Pewnie wiele Ci jeszcze o samych warsztatach opowiem, dziś tylko o standardowym coachingowym narzędziu. Bo myślę sobie, że jest bardzo obrazowe, spróbuj też!
1. Narysuj koło, które przedstawia Twoje życie. Potem dziel je na ważne sfery Twojego życia - relację z Bogiem, przyjaciółmi, rodziną (dla mnie to na przykład całkiem osobne kwestie:), studia, pracę etc.
2. Zaznacz swój poziom zadowolenia z każdej sfery w skali od 1% to 100%.
3. Przypatrz się każdej sferze. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Czy coś Cię w tym stanie rzeczy cieszy/martwi?
4. Określ, jak chciałabyś, żeby było. Tak realistycznie, tak, żeby dało Ci to zadowolenie, było uciechą, a nie zmorą jakąś.
I najważniejsza rzecz - patrząc na te obszary Twojego życia, w których chciałabyś zmienić najwięcej, które są na teraz jakoś najważniejsze, pomyśl, co KONKRETNIE możesz zrobić, żeby zmniejszyć dystans między tym, jak jest, a jak chciałabyś, żeby było. I zapisz sobie jeden cel, który Cię do tego przybliży. I zrób go jeszcze dziś.
Genialne nie? :D
Ucieszyłam się tym ćwiczeniem bardzo. Po pierwsze dlatego, że kiedy pierwszy raz rysowałam moje koło, to mierzyłam się z nielubieniem siebie i najbardziej chciałam poprawić samą siebie, swoje zainteresowania, formy spędzania czasu wolnego i inne takie. A teraz była to jedna z dwóch sfer, które zostawiłabym bez zmiany. A po drugie dlatego, że wyznaczenie sobie tych małych kroków do przejścia każdego dnia natchnęło mnie nową falą optymizmu. I tak, tak, mam słomiany zapał....ale tym mam też wiarę, że tym razem będzie inaczej!
Dlaczego i po co.
Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...
czwartek, 15 stycznia 2015
wtorek, 6 stycznia 2015
o czystości.
Miałam Ci pisać o zeszłym roku, o tym ile się zmieniło, o byciu Królewną i Jego Córką, o odkrywaniu kobiecości i o zmianach. Bo zeszły rok był bardzo intensywny, wiesz?
Ale jest temat trudniejszy. Może ciekawszy. Pewnie dla ludzkości bardziej aktualny.
Tak naprawdę to przez większą część mojego życia byłam święcie przekonana, że problem czystości przedmałżeńskiej pojawia się dopiero w momencie wchodzenia w związek. To chyba jedno ze sprytniejszych kłamstw złego.
Drugi fakt to taki, że nigdy ale przenigdy chyba się nie zastanawiałam po co i dlaczego. I jak to wytłumaczyć drugiej osobie, tak, żeby 1) przekonać, 2) nie dać się przepchnąć na drugą stronę?
Bo na przykład mówienie o NPRze wydaje się proste (nie jest, zwłaszcza gdy 90% społeczeństwa wierzy że to kalendarzyk i nie da się przekonać że jest inaczej). Nie jest, jasne że nie, ale potrafię poruszyć ten temat, potrafię go bronić. Doskonale rozumiem dlaczego i po co. I nie mam tu żadnych wątpliwości.
Ostatnio zachwyciła mnie taka scena w filmie Pearl Harbour (chłopcy mi podsunęli myśl by go oglądnąć i bynajmniej nie dla tej sceny), gdzieś przy 28. minucie. Kiedy ona jest totalnie zdecydowana i wie, że to jest jej mężczyzna i że z nim chce spędzić tą noc. Pomimo tego, że nie wiadomo czy on wróci z frontu. Nie myśli o tym co potem, myśli o tym co teraz, o tym jak bardzo go kocha. A on ją stopuje i mówi, że chce wiedzieć, że najlepsze jest wciąż przed nim. Ta myśl, ta perspektywa, utrzyma go przy życiu. Fakt faktem, że życie życiem i (kto oglądał to wie), nie wszystko pójdzie tak jak pójść powinno. Ale całkowicie zauroczyło mnie to, że to on a nie ona miał taką postawę. Brawo! Szukamy takich mężczyzn. A przynajmniej fajnie by było żebyście się zdarzali, bo czasami mam wrażenie że wszyscy idziemy w bardzo złą stronę...
A druga rzecz, to od Ciebie - historia Moriah i Joela. Tu jej piękne świadectwo.
W ogóle cała sytuacja wydaje się nierzeczywista i niezrozumiała - bo żeby się nigdy nie całować? Tak w ogóle?!? Było to dla mnie dosyć absurdalne. Przez moment. Bo kto normalny da się przekonać, że będziemy się całować dopiero po ślubie? I co ze sobą robić wcześniej? Jak w ogóle wejść w jakikolwiek związek?
A jednocześnie pomyślałam sobie, że ja też tak chcę! I że to by było ekstra powiedzieć potem świadectwo. Patrzcie jakiego mam przystojnego męża! A wytrwaliśmy, udało się i było warto!
I pewnie mało kto się tu ze mną zgodzi. A ja wciąż nie mam argumentów za i do obrony. Nadal nie wiem jak przekonać do mojego punktu widzenia. Ale wiem, że chcę. Nie spróbować. Ale wytrwać, wywalczyć. Jestem tego stu procentowo pewna. To prawdopodobnie oznacza, że najbliższe moje trzy związki długo nie potrwają. A może i dziesięć. Trudno.
To pewnie oznacza też, że będzie bardzo bardzo bardzo ciężko. Ale nie ma nic nie możliwego.
Zapewne może rozpętam burzę i ktoś mi wygarnie, że pewnie jestem stara, brzydka i nie mam nikogo w pobliżu (ściema). Albo, że jestem głupia i staroświecka, nie wspominając o dewocji. Polecam Narzeczonych z Bożej Łaski. Oni też ładne świadectwo dają :)
I tak sobie myślę, że to nie przypadkiem ostatnio to wszystko do mnie trafia, wiesz? On ma w tym jakiś plan.
Tak więc na najbliższy czas, polecam i Tobie i wszystkim, którzy walczyć o czystość zamierzają:
Ale jest temat trudniejszy. Może ciekawszy. Pewnie dla ludzkości bardziej aktualny.
Tak naprawdę to przez większą część mojego życia byłam święcie przekonana, że problem czystości przedmałżeńskiej pojawia się dopiero w momencie wchodzenia w związek. To chyba jedno ze sprytniejszych kłamstw złego.
Drugi fakt to taki, że nigdy ale przenigdy chyba się nie zastanawiałam po co i dlaczego. I jak to wytłumaczyć drugiej osobie, tak, żeby 1) przekonać, 2) nie dać się przepchnąć na drugą stronę?
Bo na przykład mówienie o NPRze wydaje się proste (nie jest, zwłaszcza gdy 90% społeczeństwa wierzy że to kalendarzyk i nie da się przekonać że jest inaczej). Nie jest, jasne że nie, ale potrafię poruszyć ten temat, potrafię go bronić. Doskonale rozumiem dlaczego i po co. I nie mam tu żadnych wątpliwości.
Ostatnio zachwyciła mnie taka scena w filmie Pearl Harbour (chłopcy mi podsunęli myśl by go oglądnąć i bynajmniej nie dla tej sceny), gdzieś przy 28. minucie. Kiedy ona jest totalnie zdecydowana i wie, że to jest jej mężczyzna i że z nim chce spędzić tą noc. Pomimo tego, że nie wiadomo czy on wróci z frontu. Nie myśli o tym co potem, myśli o tym co teraz, o tym jak bardzo go kocha. A on ją stopuje i mówi, że chce wiedzieć, że najlepsze jest wciąż przed nim. Ta myśl, ta perspektywa, utrzyma go przy życiu. Fakt faktem, że życie życiem i (kto oglądał to wie), nie wszystko pójdzie tak jak pójść powinno. Ale całkowicie zauroczyło mnie to, że to on a nie ona miał taką postawę. Brawo! Szukamy takich mężczyzn. A przynajmniej fajnie by było żebyście się zdarzali, bo czasami mam wrażenie że wszyscy idziemy w bardzo złą stronę...
A druga rzecz, to od Ciebie - historia Moriah i Joela. Tu jej piękne świadectwo.
W ogóle cała sytuacja wydaje się nierzeczywista i niezrozumiała - bo żeby się nigdy nie całować? Tak w ogóle?!? Było to dla mnie dosyć absurdalne. Przez moment. Bo kto normalny da się przekonać, że będziemy się całować dopiero po ślubie? I co ze sobą robić wcześniej? Jak w ogóle wejść w jakikolwiek związek?
A jednocześnie pomyślałam sobie, że ja też tak chcę! I że to by było ekstra powiedzieć potem świadectwo. Patrzcie jakiego mam przystojnego męża! A wytrwaliśmy, udało się i było warto!
I pewnie mało kto się tu ze mną zgodzi. A ja wciąż nie mam argumentów za i do obrony. Nadal nie wiem jak przekonać do mojego punktu widzenia. Ale wiem, że chcę. Nie spróbować. Ale wytrwać, wywalczyć. Jestem tego stu procentowo pewna. To prawdopodobnie oznacza, że najbliższe moje trzy związki długo nie potrwają. A może i dziesięć. Trudno.
To pewnie oznacza też, że będzie bardzo bardzo bardzo ciężko. Ale nie ma nic nie możliwego.
Zapewne może rozpętam burzę i ktoś mi wygarnie, że pewnie jestem stara, brzydka i nie mam nikogo w pobliżu (ściema). Albo, że jestem głupia i staroświecka, nie wspominając o dewocji. Polecam Narzeczonych z Bożej Łaski. Oni też ładne świadectwo dają :)
I tak sobie myślę, że to nie przypadkiem ostatnio to wszystko do mnie trafia, wiesz? On ma w tym jakiś plan.
Tak więc na najbliższy czas, polecam i Tobie i wszystkim, którzy walczyć o czystość zamierzają:
Amen.
piątek, 2 stycznia 2015
'Bóg ma plan'
Odsłuchuję sobie znów Pomarańczarni, od samego początku. W pierwszej serii konferencja 8 jest odpowiadaniem na pytania studentów. I znów SZOK. I rewizja swojego myślenia.
Nie wierzę w przeznaczenie. W takim sensie, że "co się ma stać to i tak się stanie, nie ważne co ja zrobię". Wierzę, że każdy z nas jest stworzony wolnym. I że Bóg jest wszechwiedzący i wie, jak będzie wyglądać każda kolejna sekunda mojego życia, że mnie kocha najszaleniej na świecie i daje mi tylko to, co dla mnie dobre. I że miłość jest decyzją.
Żyłam sobie jednak w przekonaniu, że "Bóg ma plan dla mojego życia", że ma jakąś konkretną jedną drogę i że powinnam Go codziennie pytać, co mam danego dnia zrobić. I że jestem powołana do małżeństwa z konkretną osobą, do konkretnej pracy, do konkretnej posługi itd. Czy to się nie kłóci trochę w tym, co napisałam powyżej? No chyba.
I co o. Adam mówi w swojej konferencji?
"Nigdy Bóg nie powołuje jednej osoby dla drugiej osoby."
"Jeżeli kogoś wybierzesz, żeby go kochać, to jest to Boże powołanie, bo On w tą miłość wejdzie. Ale dopiero po Waszym wyborze."
"Bóg cię kocha. To jest koniec Bożego planu."
"To wy wybieracie drogę, nie Bóg ją dla was wybiera."
"Bóg mówi: kochaj! Szukaj, gdzie jest serce, które ci odpowie miłością. Jak je znajdziesz i wybierzesz, to ja ci w tym sercu pobłogosławię."
"Bóg przychodzi i mówi: czy ty chcesz?"
Wizja jest tu chyba taka: Bóg w każdej sytuacji życiowej staje przede mną i pokazuje mi, którędy mogę pójść. I pyta, czy chcę. A ja w mojej wolności wybieram. A jeśli nie wybiorę tego, co On mi proponuję, to On dalej będzie ze mną w tym wszystkim, w danej konkretnej sytuacji, wejdzie na tą wybraną przeze mnie ścieżkę i będzie wciąż mi pokazywał, co w danej sytuacji jest dla mnie dobre. Ale to ja wybieram. I że to nie tak, że On już wszystko zaplanował a ja mam tylko 'szukać Jego woli' i tego, co powinnam zrobić, żeby ten Jego plan spełnić.
Nie wiem, czy to co ci tu mówię ma w ogóle jakiś sens, jest to we mnie jeszcze niepoukładane... I nie chodzi też o to, że o. Adam jest jakąś wyrocznią czy coś. Ale te jego słowa bardzo mnie uderzyły i chyba obudziły. I mam nadzieję, że mnie poprowadzą do prawdy.
Nie wierzę w przeznaczenie. W takim sensie, że "co się ma stać to i tak się stanie, nie ważne co ja zrobię". Wierzę, że każdy z nas jest stworzony wolnym. I że Bóg jest wszechwiedzący i wie, jak będzie wyglądać każda kolejna sekunda mojego życia, że mnie kocha najszaleniej na świecie i daje mi tylko to, co dla mnie dobre. I że miłość jest decyzją.
Żyłam sobie jednak w przekonaniu, że "Bóg ma plan dla mojego życia", że ma jakąś konkretną jedną drogę i że powinnam Go codziennie pytać, co mam danego dnia zrobić. I że jestem powołana do małżeństwa z konkretną osobą, do konkretnej pracy, do konkretnej posługi itd. Czy to się nie kłóci trochę w tym, co napisałam powyżej? No chyba.
I co o. Adam mówi w swojej konferencji?
"Nigdy Bóg nie powołuje jednej osoby dla drugiej osoby."
"Jeżeli kogoś wybierzesz, żeby go kochać, to jest to Boże powołanie, bo On w tą miłość wejdzie. Ale dopiero po Waszym wyborze."
"Bóg cię kocha. To jest koniec Bożego planu."
"To wy wybieracie drogę, nie Bóg ją dla was wybiera."
"Bóg mówi: kochaj! Szukaj, gdzie jest serce, które ci odpowie miłością. Jak je znajdziesz i wybierzesz, to ja ci w tym sercu pobłogosławię."
"Bóg przychodzi i mówi: czy ty chcesz?"
Wizja jest tu chyba taka: Bóg w każdej sytuacji życiowej staje przede mną i pokazuje mi, którędy mogę pójść. I pyta, czy chcę. A ja w mojej wolności wybieram. A jeśli nie wybiorę tego, co On mi proponuję, to On dalej będzie ze mną w tym wszystkim, w danej konkretnej sytuacji, wejdzie na tą wybraną przeze mnie ścieżkę i będzie wciąż mi pokazywał, co w danej sytuacji jest dla mnie dobre. Ale to ja wybieram. I że to nie tak, że On już wszystko zaplanował a ja mam tylko 'szukać Jego woli' i tego, co powinnam zrobić, żeby ten Jego plan spełnić.
Nie wiem, czy to co ci tu mówię ma w ogóle jakiś sens, jest to we mnie jeszcze niepoukładane... I nie chodzi też o to, że o. Adam jest jakąś wyrocznią czy coś. Ale te jego słowa bardzo mnie uderzyły i chyba obudziły. I mam nadzieję, że mnie poprowadzą do prawdy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)