Podczas mojej azjatyckiej podróży zderzyłam się z moją niewiarą. A właściwie to z naszym europejskim strachem przed publicznym praktykowaniem chrześcijaństwa.
Wiesz, przez te kilkanaście dni wkurzało mnie to, że muzułmanie kilka razy dziennie modlą się tak żeby było słychać w całym mieście. Aż budziła się we mnie wątpliwość czy ja zawsze trafiałam w muzułmańską dzielnię i okolice meczetu, czy po prostu ich wszędzie słychać.
A potem odkryłam wyznawców hinduizmu, którzy niezależnie od tego czy akurat mieli gości/klientów o konkretnej wieczornej godzinie odprawiali swoje rytuały. Hindus otwiera wtedy szafeczkę ze swoim bóstwem, zapala kadzidełka, mruczy modlitwy pod nosem. Po tym jak okadzi bóstwo idzie dalej, kadzi nad szafeczką z pieniędzmi, w holu hotelu, w sali restauracyjnej, w swoim pokoju,
w kuchni. Ludzie obok mogą głośno rozmawiać. Telefon może w kieszeni dzwonić. Klient może czekać. A on się modli.
Było to dla mnie doświadczenie zachwycające.
I ja się pytam co z naszą wiarą? Czemu się ukrywamy mówiąc różaniec
w tramwaju? Czemu się wstydzimy powiedzieć, że w niedzielę się nie spotkamy o dwunastej, bo idziemy na Mszę?
Czy problem dotyczy tylko europejskich chrześcijan czy wszystkich? A może tylko katolików? Odpowiedzi nie znam. Myślę że trzeba by się nad tym zastanowić i coś zmienić.