Miałam Ci opowiedzieć trochę więcej o moim ostatnim kryzysie, ale.... czuję, że to jeszcze nie czas, że powinnam to najpierw w sobie jakoś poukładać. Więc ta historia jeszcze poczeka. Ale myśląc sobie o wierze, wrócił do mnie obraz moich rodziców. Dlaczego?
Nieraz się zastanawiałam, jak to w ogóle jest możliwe, że Bóg nas TAK kocha. Że nam ciągle wybacza i zawsze przygarnia i o co w ogóle chodzi z tym miłosierdziem? Nie mogłam tego pojąć.
A potem była w moim domu trudna sytuacja. Mój brat zaczął żyć własnymi zasadami, na które nie mogli się zgodzić nasi rodzice. Była więc rozmowa o tym, co dobre, a co nie, i o tym, że oni nie będą do tego ręki przykładać. Ale nie było wyrzucania z domu ani gróźb, ani kłótni. Mój brat wiedział, że są rzeczy, na które rodzice nie mogą się zgodzić, ale mógł w wolności podjąć swoją decyzję. I być przyjętym, mimo wszystko. I kiedy czegoś potrzebował, nigdy nie został bez pomocy i zawsze mógł wrócić do domu. Była w tym wszystkim miłość i wolność, granice i wymagania, na równi z miłosierdziem.
I myśląc o całej tej sytuacji wyobraziłam sobie, że tak właśnie kocha nas Bóg. Skoro jesteśmy jego dziećmi, to musi nas pouczać, pokazywać co dla nas dobre, a co nie, stawiać granice i dawać w tym wszystkim wolność. I zawsze przyjmować z powrotem. I zawsze kochać, nieważne co robimy.
Wszystko to uzmysłowiło mi, że moi Rodzice są wspaniali. Że jest w ich miłości do nas cząstka tej Boskiej. I że jestem wielką szczęściarą, że ich mam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz