Mam kryzys. Straszny taki największy w całej mojej karierze kryzysów wiary. A było ich trochę. Pewnie jeszcze Ci więcej o tym opowiem, ale teraz tylko jedna mała myśl. Przez kilka tygodni nie mówiłam tego nikomu. Jak to tak, tym co mnie otaczają, i przy odkurzaniu śpiewają pieśni uwielbienia, albo nie mogą wypowiedzieć zdania, żeby w nim czegoś Bożego nie było, powiedzieć, że odeszłam i nie wiem jak wrócić? I że nie wiem czy w ogóle chcę wracać? Zaraz mnie zaczną nawracać tymi samymi słowami, które ja kiedyś z wielkim przekonaniem wypowiadałam do innych? O nie!
I tak sobie trwałam, dni odliczałam, spotkań unikałam, bo co odpowiem na pytanie co u mnie? No chyba nie prawdę. Ciężkie to było do noszenia i tak się pogrążałam i uciekałam i miotałam. I kiedy już już chciałam to z siebie zrzucić i się wygadać... przez usta mi te moje wątpliwości przejść nie mogły. Aż w końcu, naprędce, wyrzuciłam z siebie dwa zdania. I cudownie było wiedzieć, że bliska mi osoba już wie. Że nie muszę się kryć i niczego udawać. Że mogłam odsłonić nowy, niezbadany jeszcze obszar mojego serca. Ulga. Jeszcze większa, kiedy została skwitowana uściskiem i słowami, że to nic nie zmienia, bo jestem przyjęta z tym wszystkim co mam.
Więc... jeśli się wahasz, czy odciążyć swoje ramiona i pozwolić komuś nieść problem razem z Tobą, nie daj wygrać głupim strachom w głowie i pozwól bliskim być obok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz