A widzisz, chyba myślimy podobnie. Ja podjęłam decyzję, żeby całkiem z noworocznych postanowień zrezygnować. Dlaczego?
Historia 1:
Roczna wymiana w Brazylii. Sylwester. Wszyscy ubrani na biało, bo to symbol szczęścia. I ja z jednej strony czuję szczęście, a z drugiej źle mi z samą sobą. Zapisuję moje postanowienia noworoczne na ostatniej stronie podręcznego słownika. Chcę być inna. Lepsza. Kilka miesięcy później już o tym nie pamiętam.
Mija 5 lat, pożyczam ten właśnie słownik mojej dobrej koleżance. Kiedy go oddaje, pyta, czy pamiętam, co napisałam na okładce. Czytamy razem. I wiem, że już stałam się osobą, którą chciałam być. Bez żadnego planu.
Historia 2:
Godzina 23:07. Kilka lat temu. Rozpisuję sobie na kartce zadania na następny dzień. Zajęcia zaplanowane co do godziny. Wyznaczone minuty na zakupy. Nauka języka, zadani na studia, ćwiczenia, gotowanie, porządki. Nadchodzi poranek. Brak chęci zrobienia czegokolwiek. Chęć odpoczynku. Ale przecież te wszystkie plany? Frustracja. Nicnierobienie. Wcale nie przyjemne, bo pełne wyrzutów sumienia. Poczucie straconego dnia, bo przecież nie zrobiłam nic z tego, co założyłam.
Historia 3:
Dwie z bliskich mi kobiet są zaręczone. A jeszcze pół roku temu, nie były nawet w związkach. Jedna miała już w głowie perfekcyjną wizję życia w samotności.
Więc myślę sobie, że życie jest zbyt piękne i zbyt nieprzewidywalne, żeby je wpisać w ramy. I nie mówię, że robienie postanowień jest bez sensu. Ale wiem, że ja tego nie potrzebuję. Mam małe marzenia, które powoli spełniam. A czasem idę w coś, o czym poprzedniego roku bym nie pomyślała. Jak na przykład haftowanie. Albo powrót na studia. Albo wyprowadzka z Krakowa i powrót do domu. A postanowienia, które się nie zmieniają i nie zależą od aktualnej daty i tak mam dwa - nawracać się i stawać się piękniejszą wersją siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz