Dlaczego i po co.

Najlepsze, najgłębsze i najistotniejsze rozmowy przeprowadza się w nocy. Gdy jest ciemno, cicho i wszyscy wokół śpią.
O czym rozmawiamy?
O relacjach z ludźmi (w szczególności z mężczyznami), o Panu Bogu, a odkrywaniu swojego ja (a zwłaszcza kobiecości),
o gotowaniu, szyciu, pomysłach na życie.
Już czwarta...idziemy spać? Idziemy, idziemy... Ale wiesz, co? Tak sobie myślę, że...

środa, 12 lipca 2017

Wspólnota

Festiwal Siedem aniołów w Jarocinie. Nie wiem sama, jak to w ogóle opisać, bo działo się tam wszystko. Masa dzieci z różnych środowisk, część z domów dziecka, część z trudnych rodzin, część ze wspólnot franciszkańskich. Dorośli wierzący mniej i bardziej, księża i świeccy. Koncerty, warsztaty, spektakl przygotowywany przez dzieci i młodzież, Msze, adoracje, wspólne posiłki na orkiszowych talerzach, bycie razem, bycie samemu, bycie sobą. Boży chaos. Pojechałam tam sama nie bardzo wiedząc po co. Trochę się chcąc nawrócić, trochę odpocząć, trochę uciec od ludzi a trochę jednak z nimi pobyć.... Jadąc tam, nie wiedziałam czego się spodziewać. Zdarzyło się tam dużo, ale najważniejsza była moja zmiana myślenia o tym, czym jest Wspólnota.
Przez ostatnie kilka lat byłam związana z Odnową. Więc wiadomo, była i Wspólnota. Przez cały czas mojego w Niej bycia, nie do końca wiedziałam, czym Ona w ogóle jest. Miałam jednak poczucie, że to ciągle jestem ja kontra cała reszta. Że "oni" coś razem tworzą, a ja jestem jakby poza tym wszystkim. I nie cierpiałam takich kato-frazesów jak "dobrze, że jesteś" i tym podobnych, rzucanych na każdym kroku.
A potem był Jarocin. Najpierw Msza. Potem zaproszenie na modlitwę o uzdrowienie. No to sobie myślę, ok, zostanę, w końcu chcę się nawrócić, zresztą to moje klimaty, fajnie. I słyszę, jak prowadzący modlitwę zapraszam wszystkich, żeby stanęli na całej długości kościoła, twarzami do siebie, tworząc taki tunel. Więc od razu narodził się we mnie jakiś sprzeciw, że jak to tak, co oni wymyślają, to nie jest forma modlitwy, którą znam, wychodzę. I kiedy już prawie zdecydowałam się opuścić to miejsce, słyszę prowadzącego, który mówi tylko nie wychodźcie. No więc dobrze, zostaję, z lekkim oburzeniem w środku. Potem zaczyna się modlitwa. Jezus wystawiony na ołtarzu, my pośrodku kościoła tworzący tunel, którym każdy kroczy po kolei, aż przed samym ołtarzem zostaje "przechwycony" przez wstawienników. Osoby tworzące ów tunel miały się modlić za osobę idącą w środku i prowadzić ją w stronę ołtarza. No więc dobrze, stoję i ja. Błogosławię każdemu, kto przechodzi obok mnie, czasem dotykam kogoś za rękę, czasem nie. Generalnie mam poczucie, że to, czy tam stoję, czy nie, nikomu nie robi żadnej różnicy. I że to nieważne, czy komuś pobłogosławię dotykając go, czy nie.
Aż nadeszła moja kolej. Zamykam oczy i daję się innym prowadzić tym tunelem modlitwy. I szok. Czuję każdy dotyk. Ktoś mnie przytula, ktoś kreśli krzyż na moim czole, ktoś daje buziaka w policzek. Poczułam ogrom Miłości, w każdej małej interakcji. Chociaż nie znałam tam prawie nikogo. Potem modlitwa wstawiennicza. Kiedy się kończy, słyszę od jednego z posługujących, którego pierwszy raz widzę na oczy, że jestem naprawdę fajna. I co ciekawe, wcale nie uznałam tego za kolejne nic niewarte słowa, bo przecież "trzeba powiedzieć na końcu coś miłego", ale wiedziałam, że on wie, że jestem fajna, i że ja też to wiem. Żadnej ściemy, żadnych frazesów, szczere słowa.
W tamtym miejscu naprawdę odczułam, czym jest Wspólnota. Że to nieważne, czy się znamy, czy nie. I że to, czy się za kogoś modlę, czy nie, czy dotykam, czy nie, że to wszystko ma znaczenie. Moja obecność ma znaczenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz