Siedziałyśmy w kinie, był środek tygodnia, miałam jakieś wyjątkowo złe myślenie po wyjściu z pracy. Bo może... może nie opłaca się być uczciwym? Bo przecież ludzie tak kombinują, idą na łatwiznę, oszukują, rozwijają krętactwo i mają się dobrze. A ja się staram, męczę, efekt jest niewielki, a frustracja wprost proporcjonalna. I co, tak do końca życia ma być? Że nie będzie mi wychodziło? Że ciągle będzie mi czegoś brakowało?
A wtedy K. szepnęła mi do ucha: "Ale popatrz na Pana Jezusa. Popatrz kogo on miał wokół siebie. To nie jest tak, że się nie opłaca. Ale jest bardzo trudno."
I już wiem. W kwestii wiary i sposobu życia to nie jest jednokrotny wybór. Teraz co dzień trzeba zdecydować czy chcę, czy nie chcę za Nim iść. Czy znowu powstrzymam się od złego mówienia o kimś? Czy tym razem będę błądzić po internecie zamiast pracować?
Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo. A chcielibyśmy.
Zawsze mi czegoś będzie brakować, w końcu już dawno zostaliśmy wygnani z Raju, nic dziwnego że mamy na stałe wpisaną w myśli tęsknotę.
Ale wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia. Jak już pamiętam, żeby się z nim wszystkim dzielić i oddawać mu moje złości i frustracje, to o dziwo jest ich mniej. A na pewno łatwiej je znoszę - bo nie sama.
Szkoda, że tak łatwo się o tym zapomina i tak łatwo gubi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz