Nie cierpię, kiedy mi ktoś radzi "rozeznaj to". Mam uczulenie na to słowo. A kiedy ktoś mi mówi o rozeznawaniu życiowego powołania to już w ogóle, zalewają mnie alergiczne łzy. No bo co to w ogóle znaczy?
Rozmawiałam ostatnio ze znajomym, który idzie do seminarium. Kiedy się dowiedziałam, przeżyłam niezły szok. Bo odkąd go znam, mówił o żonie i gromadce dzieci. Więc skąd nagle taki przeskok? Zapytałam go więc, skąd wiedział, że ta droga, to TA droga. Nie satysfakcjonowała mnie odpowiedź, że tak to po prostu to rozeznał, zapytałam więc konkretnie, jak to zrobił. I usłyszałam dosyć wstrząsającą odpowiedź. Zapytałem Boga, czego dla mnie chce. I jednocześnie zgodziłem się na to, że to może nie być zgodne z moją wizją przyszłości. Zapytałem Go i chciałem usłyszeć, co On on tym myśli.
Chciałem Go usłyszeć. Abstrahując od tego, jak w ogóle Bóg może odpowiadać, uderzające było dla mnie to stwierdzenie. Bo dotarło do mnie, że mój problem z "rozeznaniem powołania" wynika z tego, że ja wcale nie chcę usłyszeć Bożej odpowiedzi. Że niby pytam, ale nie czekam na odzew. Bo przeraża mnie wizja tego, że to może nie być zgodne z moim planem.
A Ty? Pytasz Go i słuchasz, czy też ciągle uciekasz od odpowiedzi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz