Lubię sama chodzić do restauracji. Tak bez pośpiechu. Czasem coś sobie czytam, czasem słucham muzyki, a czasem skupiam się na ludziach. Bo są zaskakujący. I piękni!
Bistro w centrum Krakowa, godzina przed 13.
Wchodzi starsza Pani, pewnie w wieku mojej babci. Raczej elegancka. Zamawia zupę i drugie danie. Idzie po jedno z czasopism dostępnych w lokalu i siada przy oknie. Wybrała Wyborczą. Je powoli, zaczytana. Po godzinie wychodzi. Przyszła sobie ot tak zjeść obiad na mieście. Sama. Jestem tak bardzo zadziwiona. I poruszona.
Młody, elegancki mężczyzna pyta mnie, czy może zająć miejsce obok. Ma doskonale skrojony granatowy garnitur, a kiedy siada czuję zapach jego perfum. Jak gdyby nigdy nic robi znak krzyża przed jedzeniem, powoli i w skupieniu pochłania posiłek i wychodzi.
Zawieszam wzrok na kobiecie niewiele ode mnie starszej w fioletowo-szarych włosach, z mocną szminką na ustach i doskonale dopasowanymi oprawkami. Jest tak śliczna, że nie mogę oderwać wzroku, chociaż przecież głupio tak się lampić na nieznajomą.
Inny dzień, inne miejsce. Rodzice z piątką dzieci, cztery dziewczyny, jeden chłopak. Mówią po hiszpańsku. Rodzinny obiad w Krakowie. Dzieciaki wychodzą do toalety, a rodzice wykorzystują ten moment na chwile czułości. Patrząc na nich myślę sobie, że też bym tak kiedyś chciała. Po wielu latach małżeństwa nadal patrzeć na siebie z miłością. I pożądaniem. Mieć czas na niespieszny obiad z rodziną. Po prostu być z bliskimi.
Lubię obserwować ludzi w takich miejscach. Czasem podsłuchać mądrą rozmowę. Czasem nacieszyć się czyimś pięknem. A czasem odkryć w sobie pragnienie, że ja też chcę tak, jak ktoś inny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz