Taka dziś niedziela na rozmyślania. Oglądałam wczoraj film October baby opowiadający o dziewczynie, która przeżyła aborcję. Film bardzo dobry, polecam. Podobno miał pełnić funckję terapeutyczną dla kobiet, które dokonały aborcji. A mimo wszystko porusza też inne kwestie.
Mnie niezmiernie poruszyła relacja ojciec-córka, która wbrew pozorom nie jest tam przypadkowa.
I zasypiałam wczoraj z taką myślą - prośbą, że chciałabym takiego ojca dla moich dzieci, coby córki uwielbiał i kochał jakby były księżniczkami.
I chyba to nie przypadkiem na ten film trafiłam. Kilka dni temu miałam włączonego Youtuba i nie wiem czy to była reklama czy co (nie mogę tego odnaleźć a chciałam linka wrzucić), ponieważ leciał on w tle a ja pracowałam. Ale przeleciało mi przez ucho i zapadało w pamięci. Jakaś kobieta opowiadała o swoim pierwszym pobycie w Paryżu. Miała 8 lat i pojechała tam ze swoim ojcem. Pojechali tylko we dwoje, po to by na zawsze zapamiętała "że to ojciec jest tym który kocha ją najbardziej, na zawsze i niezależnie od tego co się wydarzy". Wzrusza? A może smuci?
No właśnie. Tak sobie czasem myślę, że ja mam tak bardzo dużo rzeczy niepoukładanych w swoim życiu...
Ale przypomniała mi się dziś w kościele środa popielcowa sprzed kilku lat. Kiedy tak strasznie płakałam i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, bo znów się czułam oszukana, że ktoś zachowywał się jakby mnie kochał, a jednak wcale nie chciał ze mną być. I stałam przed krzyżem i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. I usłyszałam wtedy słowa No co Ty ryczysz? Przecież Ja Cię kocham. I nigdy nie przestanę. Do dzisiaj płaczę jak o tym myślę. Nikt nigdy przenigdy nie kochał tak jak On. Aż do śmierci.
No i co płaczesz? Do przodu trzeba iść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz