Ostatnio różne wydarzenia zmusiły mnie do chwili zadumy.
Praca, co naszym życiem chyba być nie powinna. A mimo wszystko tak dużo czasu to zajmuje... że ciężko nie mówić, że się tym żyje. A jeszcze gdy się lubi to co się robi...
Ale. Po pierwsze. O emocjach w pracy chciałam napisać. Bo bardzo często się zdarza, że męczą nas różne rzeczy, że mamy gorszy dzień, że coś się w życiu nie układa. I przychodzimy z tym do pracy. Zostawiać to za progiem czy nie?
Wszak mówi się, by pracy do domu nie nosić (tak zdrowiej!). To domu do pracy też nie, prawda?
I jest to trudne. Bo tworząc zespół (zgrany bardziej lub nie) bardzo na siebie oddziałowujemy. I ktokolwiek z nas przyjdzie w złym humorze, albo nie będzie się odzywał przez pół dnia, albo rzucał o wszystko... oddziałowuje na całe ciało. I z jednej strony chciało by się temu komuś pomóc, jakkolwiek ulżyć. A z drugiej zaczyna się człowiek denerwować (a może to brak cierpliwości?), że jest narażany na dodatkowe obciążenia, na oddziaływanie trudnych spraw innych. I choć mnie to bardzo boli, to wiem, że ja czasem też przychodzę z tym wszystkim co mnie w życiu dotyka do pracy. I że choć nie chcę nikogo obciążać tym, co boli mnie, to nie potrafię. I jestem po tej drugiej, "przeszkadzającej", stronie.
I są takie dni, że chciałoby się rzucić wszystko i powiedzieć: "chodź, idziemy gadać, nie mogę patrzeć jak Ty cierpisz". A nie ma jak, nie ma kiedy, jest pełno roboty.
I pojawia się druga kwestia, chyba najważniejsza.
Kto/co jest tu najważniejsze? Czy drugi człowiek czy praca?
Więc chyba trzeba być przede wszystkim sobą. Może to wraz z doświadczeniem zawodowym przychodzi... lekkość oddzielania życia od pracy lub zobojętnienie na mieszanie się tych dwóch światów? Pozostawiam to bez odpowiedzi i do ewentualnego przemyślenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz