Miałam dziś bezsenną noc. I ciężki dzień. Jeszcze 24h temu byłam człowiekiem, który martwił się swoimi niepoukładanymi relacjami, nowymi studiami, ustawieniem swoich zajęć w ciągu tygodnia i innymi tym podobnymi. A potem nagle trach, trudne wieści dużego kalibru. I niemoc, zwątpienie i złość. I szok. 'Grom z jasnego nieba'.
Strasznie tu bolesne i trudne, kiedy bliskie osoby spotyka tragedia i kiedy nijak nie można pomóc. Tak namacalnie. Tylko wspierać modlitwą.
I nagle człowiek sobie uświadamia, że tak naprawdę to nie ma żadnych problemów. Żadnych. Że nie ma się czym przejmować i w ogóle to ma piękne życie. Ale...chyba wolałam żyć w przekonaniu, że te moje problemy to największe na świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz