Mam ostatnio bardzo dużo czasu na przemyślenia. I tak czuję, że próbujemy dojść do tego samego. I ciągle nie możemy. I będziemy jeszcze błądzić i błądzić.
Co jest moim celem w życiu? Planować czy nie planować? Marzyć? W którą stronę się obrócić?
Całkiem niedawno, rozmawiałam z kimś, kto powiedział mi, że ma wszystko co chciał mieć i że jest szczęśliwy. Praca, dorosłe życie, kochająca druga połowa. Zaczęłam się wtedy zastanawiać. Jak to jest u mnie?
Na pewno mam mniej. Mniej niż chciałam mieć. Mniej niż oczekiwałam kiedykolwiek, że będę mieć. Chwilami nawet zdaje mi się, że mniej niż potrzebuję. I takich fizycznych rzeczy, sprzętów domowych, kuchni, ale i ludzi, zajęć, czasu, sił i całej masy rzeczy z ochotą włącznie.
Co z tego wynika? Na pewno chwilami mi to przeszkadza i doprowadza do szału (ta kuchnia i mieszkanie po studencku zwłaszcza). Ale daje pole do popisu jeśli chodzi o marzenia. Pokazuje, że mój plan to mój plan, a Boży to Boży, choć one i tak na szczęście są dosyć zbieżne ;) Ale wciąż Go pytam, co ja tu robię i dlaczego? I jak długo jeszcze i czy w ogóle to ma jakiś sens?!?
Ale z tym, że mam mniej, nie czuję się jakoś nieszczęśliwa. Raczej mocna. Że wszystkie moje plany na przyszłość po prostu uległy przeinaczeniu a ja się tu odnajduję, dalej idę do przodu, do Niego.
I tak sobie myślę... że moje wszystko to On. I od kiedy jest, choć czasem Go nie widzę wyraźnie, to nie muszę się o nic zbyt troszczyć. Wszystko jest na swoim miejscu i nie potrzebuję nic więcej. Naprawdę nic. I przez Niego mam więcej niż kiedykolwiek marzyło mi się mieć - mam perspektywę Nieba. I to jest najfajniejsze w naszym ziemskim życiu. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz