Byłam wczoraj na "Niezgodnej" z dwoma przyjaciółkami. Wzdychałyśmy wszystkie do głównego bohatera, oh i ah. Zachwycająca filmowa postać, jak nic! I może nie byłoby w tym nic niezwykłego, w końcu wiadomo, każda z nas ma jakichś ulubieńców ekranowych. Ale ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mnie ruszyło! No naprawdę, coś niezwykłego...Więc zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi, czemu ten lepszy od innych.
I chyba chodzi o to, że ten główny bohater to nie żaden kochaś ani sława tylko bohater. Ale bohater o dobrym sercu. Bo wiadomo, bohaterów to w filmach na pęczki, ale jeden drugiemu nierówny. Myślę, że to, co mnie tak bardzo urzekło, to ta siła, gwałtowność i dobre serce.
A potem pomyślałam o mężczyznach w Kościele. O tych, których znam. Tych o wielkim sercu - na pęczki! Ale takich, o których mogłabym powiedzieć, że odważni i silni, to już trudniej znaleźć...Nie myślisz?
Że tak jak my-kobiety często tracimy nasze przekonanie o wyjątkowości i pięknie, które jest w nas wpisane, tak oni-mężczyźni często tracą swoje waleczne serca.
Siła i dobroć. Tak. To jest sedno. Teraz już rozumiem, dlaczego ks. Pawlukiewicz mówił, żeby nie brać za męża mężczyzny, który się nigdy nie bił i nie chodził po drzewach :P
No i jest oczywiście druga strona medalu - taki mężczyzna też szuka odpowiedniej kobiety. Ale to już inna bajka...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz