- A słyszała pani o churchingu [czyt. czerczingu]? Nie? Jest teraz taki trend w Kościele, że się na Mszę chodzi dla księdza. Ooo, bo on tak fajnie mówi! I raz przyszła do mnie jakaś pani i mówi, że ona to chodzi do ojca X. A ja jej na to, że to wspaniale, on taki intelektualista, no i bardzo dobrze. Ale, mówię do niej, niech pani pamięta, że tak, jak w parafii, do nigdzie się za panią nie modlą. A ona zdziwiona mnie pyta, że jak to. A ja jej mówię, że tak właśnie, bo ja co tydzień odprawiam Mszę w intencji wszystkich parafian. Bo niech pani pamięta, że wuj zawsze pozostanie wujem, ale ojciec to ojciec.
Tak mi powiedział mój nowohucki ksiądz proboszcz. I nie mogłam się z nim nie zgodzić. A i ja byłam częścią tego trendu. Nawróciłam się u Dominikanów i do nich zapałałam sympatią. I jakoś nie ciągnęło mnie wcale do mojej wiejskiej parafii, no bo przecież u Dominikanów tak pięknie śpiewają i takie mówią kazania i w ogóle super. Najlepszy Kościół na świecie.
Teraz chyba dorastam do tego, żeby wrócić do domu. Żeby się cieszyć moją "wiejską Mszą", żeby chcieć tam być. Żeby poczuć się odpowiedzialną, za tą moją najbliższą część Kościoła...
Ale widzę tu pozytywną stronę owego churchingu. Idę za księdzem, który do mnie trafia, dzięki niemu wchodzę coraz bardziej i bardziej we Wspólnotę Kościoła. I rozumiem więcej, widzę więcej. I z tym co dostałam wracam do Domu.
A właśnie o tym ostatnio myślałam. Czy to jest tak, że mi się nie chce jeździć do białych, na "drugi koniec miasta", czy po prostu dojrzałam do własnej wspólnoty, własnej parafii. Więc chyba się skończył i u mnie churching jakiś czas temu...
OdpowiedzUsuńChociaż ciągle jestem trochę w parafii wrocławskiej, a trochę w tej podkrakowskiej ;)