W tym ostatnim zabieganiu to odkryłam. Że na wszystko jest czas.
Chodzenie na nabożeństwa majowe do kościoła, gdzie są poduszki na siedziskach ławek... na starość.
Przesiadywanie w kościele, też później, nie że wcale nie, ale może niekoniecznie zamiast randki...
I nie chodzi mi o to, że mamy nie mieć Pana na pierwszym miejscu. Tylko chodzi mi o to, że teraz jest czas żeby się pokazać, latać z nogami na wierzchu, a za chwilę rodzić dzieci.
A nam się czasem wszystko myli. Chcielibyśmy mieć wszystko od tyłu. Najpierw super ułożone życie duchowe, a potem starania o rodzinę. Nie, że wszyscy, ale taką niektórzy z nas mają tendencję.
I nie chodzi mi też o to, że mamy się zacząć martwić, że wszyscy wokół zaręczają się, rodzą dzieci, nie. Na to też jest czas.
Chodzi mi o takie przyjęcie, że to co teraz mam jest specjalnie dla mnie. Np. żeby mi wreszcie schabowe wychodziły, albo żebym potrafiła w pół godziny zrobić obiad, gdy na głodnego się wraca z delegacji. I trzeba tu takiego dobrego wyczucia między życiem sactrum a profanum. Tak bym to nazwała.
Dobrze Was "widzieć z powrotem. Po prostu.
OdpowiedzUsuńDzięki! :)
Ja bym połączyła randkowanie z poduszkami na kościelnych ławkach. Najlepiej :P
OdpowiedzUsuń